Morski wyścig zbrojeń na Dalekim Wschodzie. Chińczycy prześcigną US Navy? [ANALIZA]

20 stycznia 2019, 10:27
Zrzut ekranu 2019-01-18 o 13.24.32
Fot. GG001213, Wikipedia, CC

Amerykanie alarmują, że w Chinach gwałtownie przyśpiesza się programy budowy okrętów. Dotychczas Chińczycy prześcignęli amerykańską marynarkę wojenną w liczbie fregat i niszczycieli. Jednak prace nad nowymi technologiami okrętowymi wyraźnie wskazują, że morski wyścig zbrojeń się na tym nie zakończy, a jego efekty będą odczuwalne na całym świecie.

Według Amerykanów jednym z dowodów na przyśpieszenie programów okrętowych w Chinach ma być modernizacja i rozbudowa chińskich zakładów przemysłu stoczniowego. Amerykański think-tank CSIS (Center for Strategic and International Studies) wskazuje przy tym konkretnie na stocznię Jiangnan Shipyard, przeniesioną w 2008 roku z centrum Szanghaju na jego obrzeża. Pierwsze zdjęcia satelitarne wskazywały bowiem, że stocznia ta jest mieści się na terenie wielkości około 7 kilometrów kwadratowych. Ze zdjęć z 2018 r. wynika natomiast, że obszar ten zwiększył się aż o 64% - do 11,5 kilometrów kwadratowych (z budową nowego basenu stoczniowego oraz dwóch płaszczyzn produkcyjnych). Co ważne, ta tendencja wzrostowa dotyczy tylko części wojskowej stoczni Jiangnan, ponieważ jej część komercyjna pozostała praktycznie niezmieniona.

image
Mapa Google nie pokazuje aktualnej sytuacji w stoczni Jiangnan Shipyard, która obecnie zbudowała nową - stałą infrastrukturę (w miejscu obramowanym na czerwono) i wykopała basen portowy (w miejscu obramowanym na niebiesko). Fot. Google/M.Dura

Sytuacja jest o tyle alarmująca, że to właśnie te zakłady stoczniowe są odpowiedzialne za budowę najbardziej nowoczesnych i skomplikowanych chińskich okrętów nawodnych, np. niszczycieli przeciwlotniczych typu 052D (według NATO typu Luyang III) oraz najnowszych niszczycieli rakietowych typu 055 (według NATO typu Renhai), które ze względu na wyporność (około 12000 ton) powinny być klasyfikowane bardziej jako krążowniki.

Potwierdziła to organizacja CSIS, odnotowując na terenie stoczni Jiangnan znaczącą aktywność w zakresie budowy i wyposażenia okrętów, w tym pięciu niszczycieli typu 052D (które mają być odpowiednikami amerykańskich okrętów klasy AEGIS) i co najmniej dwóch niszczycieli/krążowników typu 055. Wynika z tego, że to właśnie w tym miejscu tworzone są główne narzędzia przyszłej ekspansji chińskiej marynarki wojennej na oceanach. Chińczycy się z tymi planami zresztą nie kryją, o czym mogą świadczyć niektóre wystąpienia chińskiego prezydenta Xi Jinpinga.

W czasie jednego ze swoich przemówień (w kwietniu 2018 r., na pokładzie zbudowanego w Jiangnan niszczyciela „Changsha” typu 052D) zaznaczył on wyraźnie, że zbudowanie silnej marynarki wojennej nigdy nie było tak pilne dla Chin. Prezydent Xi Jinping postawił jednocześnie admiralicji zadanie, aby chińska flota przekształciła się w siłę rangi światowej. Efektem takiej polityki było np. wprowadzenie w 2016 roku w Chinach osiemnastu okrętów, a w 2017 roku czternastu kolejnych jednostek pływających. W tym samym okresie Amerykanie wzbogacili swoją flotę „tylko” o 13 okrętów.

Ostatecznie w 2018 roku chińska marynarka wojenna posiadała już ponad 300 jednostek pływających. Co więcej, ta liczba w ciągu najbliższych piętnastu lat ma się zwiększyć do aż 430 okrętów nawodnych i 100 okrętów podwodnych. Dla porównania, U.S. Navy miała w 2018 roku 287 okrętów, Royal Navy – 75 okrętów, a australijska marynarka wojenna tylko 48.

image
Anteny radarów wkomponowane w nadbudówki chińskich okrętów to znak, że Chiny mają już swój odpowiednik amerykańskiego systemu walki AEGIS. Fot. M.Dura

Amerykańskie zaplecze stoczniowe – słabość U.S. Navy

Jak na razie Amerykanie uważają, że nawet jeżeli pod względem liczby niszczycieli i fregat Chiny przeganiają Stany Zjednoczone, to i tak Stany Zjednoczone jeszcze długo będą dysponować wyraźną przewagą jakościową i wypornościową (przewaga wypornościowa wynika z wykorzystywania przez U.S. Navy lotniskowców o wyporności około 100 000 ton). Z drugiej jednak strony, w USA wskazywane są te dziedziny, gdzie ta przewaga nie jest aż tak widoczna i może zostać szybko zniwelowana. Jedną z nich ma być przemysł stoczniowy, który według analityków jest w Stanach Zjednoczonych bardzo mocno niedoinwestowany.

I nie chodzi tu o zdolność do budowy nowych jednostek pływających, ale o remonty (w tym doraźne) tych, które już wprowadzono do służby. Amerykanie bez litości przypominają np., jak długo ciągnęły się naprawy dwóch niszczycieli typu Arleigh Burke, które doznały uszkodzeń w czasie kolizji na Pacyfiku 17 czerwca 2017 r. oraz 21 sierpnia 2017 r. Obecnie ocenia się że tylko 30% okrętowych zadań remontowych i modernizacyjnych jest zrealizowanych w terminie. Naprawa tej sytuacji może według analityków trwać w Stanach Zjednoczonych nawet 19 lat – oczywiście, jeśli podejmie się w tym celu odpowiednie kroki. A muszą one zostać podjęte, ponieważ plany rozbudowy floty zakładają zwiększenie liczby jednostek pływających w U.S. Navy do 2048 r. z obecnych 285 okrętów do 355.

Tymczasem Amerykanie pamiętają raport kongresowego biura budżetowego (CBO) z października 2018 r. oceniający, że dla osiągnięcia tego celu, marynarka wojenna Stanów Zjednoczonych musiałaby mieć budżet na budowę okrętów o 80% większy niż średnia takich budżetów przydzielanych przez ostatnie 30 lat. Przy obecnej polityce cięcia kosztów bardziej prawdopodobne jest więc kolejne przedłużanie życia swoim niszczycielom, krążownikom i okrętom podwodnym. Wymaga to jednak posiadania odpowiedniego, stoczniowego zaplecza remontowego i modernizacyjnego.

Sytuację pogarsza fakt, że Chińczycy powoli doganiają Amerykanów również jeżeli chodzi o jakość rozwiązań zastosowanych na pokładach ich okrętów. Jeżeli więc w 2010 roku tylko 50% chińskich jednostek pływających było ocenianych jako nowoczesne, to siedem lat później było to już 70%. W takim skoku technologicznym pomaga prowadzona przez Chińczyków ciągła analiza nowych rozwiązań wprowadzanych m.in. w amerykańskiej marynarce wojennej. To właśnie prawdopodobnie dlatego chińska flota nie skopiowała niszczycieli typu Zumwalt, które uznano w Pekinie za nieudany eksperyment, ale zainwestowała w budowę bardziej klasycznego „krążownika” typu 055. Gdyby Chińczycy posiadali takie same rakiety, jakie mają Amerykanie, to być może powstałby w ten sposób okręt o możliwościach większych, niż starzejące się amerykańskie krążowniki typu Ticonderoga.

image
Niszczyciele typu Zumwalt nie znalazły uznania u Chińczyków i nie zostały skopiowane. Fot. US Navy

Dużym utrudnieniem dla Amerykanów jest umiejętność kamuflowania przez Chiny swoich działań. To właśnie m.in. z tego powodu Chińczycy przenieśli stocznię Jiangnan z centrum Szngahaju na jedną z bardziej odseparowanych wysp na peryferiach tego miasta. O ile więc cywilnym, amerykańskim obserwatorom udało się wykryć budowę dużego, oceanicznego lodołamacza „Xue Long 2” (co miało być dowodem na „arktyczne” ambicje chińskich władz), o tyle jednocześnie „stracili z oczu” drugi i trzeci lotniskowiec (typu 002, prawdopodobnie wyposażany w katapulty elektromagnetyczne). A ten miał być samodzielnie budowany przez Chińczyków właśnie w stoczni Jiangnan.

Ukrywanie swoich zasobów wojskowych jest zresztą od dawna cechą chińskiej polityki informacyjnej. Chińczycy wprowadzają więc w błąd obserwatorów nie tylko wyolbrzymiając swoje osiągnięcia, ale również je ukrywając. Zdarzały się więc przypadki, gdy prototypy samolotów były fotografowane w kamuflażu jednostek bojowych za każdym razem z różnymi numerami. W ten sposób bardzo trudno było stwierdzić, czy te nowe samoloty zostały oddane do użytku, czy też nie.

Jak przebiega przemiana chińskiej floty przybrzeżnej w oceaniczne siły morskie?

Rozbudowa sił okrętowych jest związana całkowitą zmianą chińskiej strategii militarnej. Wcześniej Wojenno-Morskie Siły Narodowo-Wyzwoleńczej Armii Chin były traktowane o wiele gorzej niż lotnictwo i wojska lądowe. Dlatego chińska marynarka wojenna, pomimo stosunkowo dużej liczby okrętów, była zdolna jedynie do działania na morzach przybrzeżnych – i to dosłownie. Nie zakładano natomiast tworzenia typowych sił oceanicznych, mogących „rywalizować” z flotą amerykańską i radziecką - a nawet japońską. Nie sprzyjał temu również fakt, że początkowo większość chińskich okrętów była pozyskiwana w ramach współpracy ze Związku Radzieckiego (a więc z zasady była co najmniej jedną generację „do tyłu”).

Wraz z ochłodzeniem się stosunków z władzami komunistycznymi w Moskwie w połowie lat pięćdziesiątych Chińczycy zostali zmuszeni do samodzielnego projektowania i budowania jednostek pływających. Początkowo robiono to w oparciu o radzieckie konstrukcje, ale już w połowie lat osiemdziesiątych pojawiły się pierwsze, chińskie projekty – nawet w tak trudnych dziedzinach, jak budowa okrętów podwodnych.

image
Chińczycy przez lata do perfekcji opanowali umiejętność kopiowania zachodnich systemów uzbrojenia i montowania ich na swoich okrętach. Na zdjęciu wielolufowy zestaw artyleryjski Type 730 kalibru 30 mm - odpowiednik holenderskiego systemu Goalkeeper. Fot. M.Dura

Chińczycy umiejętnie korzystali przy tym z wiedzy innych krajów, kupując lub wykradając potrzebne technologie zarówno jeżeli chodzi o same jednostki pływające, jak i ich wyposażenie. Przy okazji budowano własne zdolności, które dawały chińskim politykom coraz więcej nadziei na wyjście poza wody przybrzeżne i rywalizowanie z takimi, niedoścignionymi wcześniej potęgami morskimi jak marynarka wojenna Japonii.

Ostateczny kierunek rozwoju chińskich sił morskich został wyznaczony na 18. kongresie partii komunistycznej w 2012 r. To właśnie wtedy ówczesny prezydent Hu Jintao wezwał, by Chiny stały się „potęgą morską zdolną do samodzielnej ochrony swoich morskich praw i interesów”. Stanowisko to zostało uwzględnione w ogłoszonym w 2015 roku dokumencie „Chińska Strategia Wojskowa”. Wskazano tam, m.in. na wielkie znaczenie jakie musi być przywiązane do „zarządzania morzami i oceanami oraz do ochrony praw i interesów morskich”.

Na efekty takich działań nie trzeba było długo czekać. Wystarczy tylko przypomnieć, że zgodnie z opracowaniem amerykańskiego think tanku Rand Corporation „The US-China military scorecard” w 1996 roku chińska marynarka wojenna składała się z 57 niszczycieli i fregat, z których tylko trzy miały pociski „ziemia-powietrze” - zdolne teoretycznie do zwalczania niskolecących (sea-skimmer) rakiet przeciwokrętowych. Nie lepiej było w przypadku sił podwodnych, w których trze czwarte okrętów należało do opracowanego w latach pięćdziesiątych projektu 633 (wg. NATO typ Romeo). Obecnie Chiny pod względem liczebności mają flotę większą niż Amerykanie – bo liczącą ponad 300 jednostek pływających.

image
Lotniskowiec USS “Ronald Reagan” na Morzu Wschodniochińskim 10 października 2018 roku.. Fot. S.Myers/US Navy

Jak Chińczycy budują nową flotę?

Z tą „nową” marynarką wojenną Chińczycy chcą działać etapami. Zaczęło się w 1997 roku, gdy Chiny poinformowały o odejściu od starej  doktryny „obrony wybrzeża” i przejściu do nowej strategii „aktywna obrona sąsiednich mórz”. Było to związane m.in. z ograniczaniem swoich sił w Azji przez Amerykanów (opuszczenie Filipin i zmniejszenie kontyngentów wojskowych w Japonii oraz Korei Południowej) oraz Rosjan (którzy wycofali się z Wietnamu i Laosu).

Chińczycy zaczęli więc wzmacniać swoje możliwości bojowe, jeżeli chodzi o działania przybrzeżne - przygotowując się do przejęcia pełnej kontroli na Morzu Południowochińskim i Morzu Wschodniochińskim. Głównym narzędziem mają być w tym przypadku korwety typu 056 (według NATO typu Jiangdao) o wyporności 1500 ton, których już wprowadzono 41, a których ma powstać w sumie 60.

Równolegle, choć wolniej, Chińczycy szykują flotę większych jednostek pływających z krążownikami typu 055, które są już wyraźnie nastawione na działania oceaniczne. Wszystkie takie okręty mają być z zasady zdolne do prowadzenia samodzielnie skutecznej obrony przeciwlotniczej, przeciwrakietowej i przeciwtorpedowej. Na ich pokładzie wdrażane są więc technologie dostępne tylko dla najnowocześniejszych sił morskich świata – w tym dwupasmowe radary z antenami ścianowymi zabudowanymi na stałe w nadbudówkach i ścianach masztów oraz rakietowe wyrzutnie pionowego startu.

Niejako przy okazji Chińczycy zaczynają również dominować na cywilnym rynku stoczniowym. Odnotowano ogromny skok w tej dziedzinie o czym świadczy prawie czterdziestokrotny wzrost tonażu zbudowanych statków handlowych od 1996 roku (1 milion ton) do 2011 roku (39 milionów ton). Pomimo kryzysu na rynku Chiny stały się obecnie największym producentem statków na świecie opanowując ponad 36% światowego rynku (z tonażem zbudowanych jednostek pływających większym niż 23,7 miliona ton). Dla porównania według danych z 2017 roku wcześniejszy lider w tej dziedzinie – Korea Południowa to obecnie „tylko” 34,4% (22 miliony ton) a Japonia to 20% (13,1 miliona ton).

Mając takie zaplecze stoczniowe Chińczycy mogą rzeczywiście zacząć myśleć o uzyskaniu dominacji na oceanach. Pomóc w tym może m.in. zbudowanie w 2018 r. największego na świecie tankowca „Navigator-Aurora” i w 2018 r. wielkiego lodołamacza „Xue Long 2”. Co ciekawe Chiny przyjęły zupełnie inną niż Amerykanie strategię działania i nie rozdzielają produkcji wojskowej od cywilnej. Stocznia Jiangnan produkuje więc zarówno okręty, jak i różnego rodzaju statki. W ten sposób z rynku cywilnego zdobywane są środki finansowe na badania i konstruowanie zupełne nowych okrętów.

Tymczasem tak potężne zakłady stoczniowe w Stanach Zjednoczonych jak Huntington Ingalls Industries specjalizują się głównie w budowie lotniskowców (obecnie typu Gerald R. Ford) i okrętów podwodnych z napędem atomowym. Podobnie wąską specjalność ma stocznia General Dynamics Electric Boat, dostarczająca dla US Navy atomowe okręty podwodne. Ograniczenie wojskowych zamówień rządowych automatycznie powoduje więc problemy finansowe, których Chińczycy przy swoim sposobie działania nie mają.

To myślenie ekonomiczne jest widoczne w przypadku chińskiej marynarki wojennej również w klasach wprowadzanych okrętów. O ile więc Amerykanie w pewnym momencie zrezygnowali z fregat (próbując je później zastąpić okrętami do działań przybrzeżnych typu LCS), o tyle Chińczycy nigdy nie popełnili takiego błędu. Dzięki temu nie muszą oni wykorzystywać do działań przybrzeżnych i operacji pokojowych (np. zwalczania piractwa) kosztownych w budowie i eksploatacji niszczycieli np. typu 052D o wyporności 7000 ton, ale mogą stosować tańsze fregaty typu 054A (według NATO typu Jiangkai II) o wyporności 4100 ton (których jest w tej chwili ponad 20 sztuk).

image
Chińczycy już pobili Amerykanów w liczbie fregat i niszczycieli. Na zdjęciu fregata typu 054A „Yiyang”. Fot. M.Dura

O chińskich planach działania w oddaleniu od własnych baz mogą świadczyć również realizowane obecnie projekty budowy dużych okrętów desantowych i lotniskowców. Szczegóły dotyczące tych jednostek pływających nie są niestety znane, ale wiadomo, że w obu przypadkach chodzi o zupełnie nowe okręty, które mają posiadać najnowocześniejsze rozwiązania techniczne (jak chociażby katapulty elektromagnetyczne w przypadku lotniskowców).

image
Jak na razie Chiny nie posiadają jeszcze odpowiedniej floty desantowej by zaatakować Tajwan. Jak na razie. Fot. mil.ru

Podobnie jest w przypadku desantowców, które mają w pierwszej kolejności pomóc Chińczykom w rozwiązaniu siłowym sporów o wyspy. Chiny planują oprzeć swoje okrętowe zespoły ekspedycyjne na dwóch typach takich jednostek pływających. Pierwszy z tych okrętów typu 071 (według NATO typu Yuzhao) to klasyczna jednostka amfibijna o wyporności około 20000 ton, która może transportować do czterech śmigłowców oraz nawet ośmiuset żołnierzy. Chińczycy mają w tej chwili cztery takie okręty gotowe do działań, a co najmniej jeden dodatkowy już został zwodowany.

Zupełnie nową konstrukcją maja być śmigłowcowce-doki typu 075, które będą miały wyporność dwukrotnie większą niż typ 071. Jednostki te będą prawdopodobnie przypominały amerykańskie śmigłowcowce typu America i Wasp. Chińczycy poinformowali, że okręty typu 075 będą mogły transportować nawet do 30 helikopterów bojowych. Przypuszcza się jednak, że będą to również pierwsze chińskie jednostki zdolne do przyjmowania i startu samolotów wielozadaniowych pionowego startu i lądowania.

Z czego wynika nowa strategia morska Chin?

By zrozumieć z czego wynika tak usilne parcie Chińczyków do zbudowania oceanicznej marynarki wojennej należy wziąć pod uwagę kilka czynników, a w tym uwarunkowania geograficzne, historyczne, kulturowe oraz teorię pięciu kręgów. Geograficzne „poczucie ważności” Pekinu wynika z faktu, że Chińska Republika Ludowa zajmuje powierzchnię 9,597 kilometrów kwadratowych – jest więc trzecim na świecie krajem pod względem wielkości. Wiąże się to również z posiadaniem: bardzo długiej linii brzegowej stykającej się z Morzem Żółtym, Wschodniochińskimi i Południowochińskim i aż 6000 wysp rozproszonych na chińskim obszarze morskim.

I to właśnie od wysp zacznie się najprawdopodobniej chińska ekspansja na morzach. Już w tej chwili trwa spór o wyspy Spratly (Nansha) na Morzu Południowochińskim, do których przyznają się Chiny, Malezja, Filipiny, Wietnam oraz Brunei. Chińska Republika Ludowa działa również metodą faktów dokonanych w odniesieniu do Wysp Paracelskich na Morzu Południowochińskim, przeciwko czemu protestuje Wietnam. Spór japońsko-chińsko-tajwański toczy się także w odniesieniu do zajętych w tej chwili przez Japonię wysp Senkaku (Diaoyu) na Morzu Wschodniochińskim.

image
Już niedługo chińska flota wojenna może być zdolna do działań oceanicznych. Fot. mil.ru

We wszystkich tych konfliktach chodzi przede wszystkim o prawo do eksploatacji bogactw naturalnych na wodach otaczających poszczególne archipelagi. Złoża ropy naftowej są np. w okolicach wysp Senkaku. Ale równie ważny jest prestiż, ponieważ przejęcie spornych wysp przez Chiny oznaczałoby, że morza Wschodniochińskie i Południowochińskie stałyby się chińskimi morzami wewnętrznymi.

Ten prestiż to - wbrew pozorom - bardzo ważny czynnik wpływający na politykę Pekinu, wynikający zresztą z charakteru Chińczyków, ich kultury oraz historii. Trzeba bowiem pamiętać, że przez stulecia Chińczycy byli i czuli się mieszkańcami najważniejszego i jednego z najstarszych państw na Ziemi, traktując resztę ludzi jak barbarzyńców. Nieprzypadkowo Chiny w języku chińskim określa się terminem „Zhongguo” (Środkowe Królestwo - centrum świata) lub terminem „Tianxia” (świat, wszechświat).

To poczucie „cywilizacyjnej wyższości” jest widoczne w postępowaniu chińskich przywódców i w psychice Chińczyków. Nadal nie mogą oni zapomnieć, że w 88 roku naszej ery Chiny kontrolowały jedno z największych imperiów, jakie kiedykolwiek znał świat. Późniejsi przywódcy wielokrotnie wyrażali swoje aspiracje odzyskania „utraconych terytoriów” (do których zalicza się Tajwan, Peskadory, Birmę, Annam, Borneo, Wyspy Sulu, Jawę, Cejlon i Nepal) i mają głęboko zakorzenioną w podświadomości niechęć do akceptacji granic zewnętrznych.

W dobie globalizacji bardzo trudno jest jednak rozszerzać swoje terytorium lądowe kosztem sąsiadów. W tej sytuacji akweny morskie i oceaniczne mogą stać się nowym i mniej „niebezpiecznym politycznie” polem ekspansji dla Chin. Być może dlatego koniec XX i początek XXI wieku był bardziej morski niż kiedykolwiek w przeszłości. Sprawa jest jednak niebezpieczna, ponieważ chińscy przywódcy wciąż wierzą w skuteczność użycia siły. Doskonale pamiętają, że ten rodzaj reakcji na problemy dał np. „właściwy” efekt na Placu Tiananmen w 1989 roku.

Atak wojska na demonstrantów nie tylko bowiem przestraszył na długo siły opozycyjne, ale również przyczynił się w jakiś sposób do wzrostu gospodarczego i stabilności finansowej. Armia stała się bowiem najważniejszą instytucją w Chinach, kierującą tysiącami zakładów przemysłowych oraz mającą wielki wpływ polityczny i ekonomiczny. Ta armia wraz z reklamowanym wszędzie kultem kraju, w którym pojedyncza osoba musi się poświęcić dla ojczyzny, stwarza zagrożenie, że Chiny będą w stanie przekształcić się w coś, co będzie bardziej niebezpieczne niż obecnie.

Władzom w Pekinie pomoże niewątpliwie fakt, że dla Chińczyków brutalna przemoc wobec własnych obywateli w celach politycznych nie jest tym samym problemem co np. w krajach zachodnich. W ChRL obywatele nie są po prostu tak ważni jak w państwach europejskich. Jest to zresztą tradycyjne podejście, o czym świadczy nie używanie w stosunku do nich pojęcia „mieszkańcy”, ale terminu „ren-kou” (usta do nakarmienia).

Widać to było nie tylko w czasie krwawego rozpędzenia demonstrantów na placu Tiananmen, ale również wcześniej, np. podczas wojny granicznej z Wietnamem w 1979 r. Chiny wykazały wtedy szokującą obojętność na życie swoich obywateli tracąc 70 tysięcy zabitych żołnierzy w ciągu trzydziestu dni walk. Chińscy generałowie zupełnie się tym nie przejmowali, uznając te straty za dopuszczalne. Tak samo może być w przypadku ewentualnych konfliktów o wyspy, w tym o Tajwan. Dodatkowo nie ma powodu, by sądzić, że Chiny będą bardziej zainteresowane życiem swoich wrogów niż swoich własnych żołnierzy. Dlatego ChRL może być bardziej podatna na lokalne użycie broni masowego rażenia niż kraje zachodnie.

Agresja w obronie własnych obywateli

Myślenie o pozyskaniu nowych terytoriów wynika również ze zbliżających się problemów z wyżywieniem ludności. Pamiętajmy, że posiadając 7% światowych powierzchni uprawnych gruntów Chiny muszą obecnie wyżywić ponad 22% światowej populacji. Dodatkowo, o ile liczba Chińczyków jest z roku na rok coraz większa, o tyle powierzchnia upraw rolnych systematycznie maleje (nie tylko przez urbanizację i industrializację, ale także przez zanieczyszczenie przemysłowe i rolnicze).

Powodem do zmartwienia dla krajów sąsiadujących z Chinami mogą być również Chińczycy mieszkający poza chińskim terytorium, szczególnie w Azji Południowo-Wschodniej i Oceanii. Te związki z rodakami nie powinny oczywiście dziwić, ale mogą martwić. Chińczycy przez swoją pracowitość i zorganizowanie tworzą bowiem w wielu krajach najbogatszą część ludności, która bardzo często prowokuje agresję pierwotnej populacji. Przykładem może być Indonezja, gdzie mniejszość chińska jest ofiarą regularnych prześladowań. Istnieje wiec możliwość, że pod pretekstem obrony swoich rodaków Chińczycy mogą zająć jakieś terytoria. Jest to tym bardziej prawdopodobne, że od 1982 r. chińska konstytucja obiecuje „chronić prawa i interesy obywateli chińskich za granicą”.

W Chinach powstała nawet tzw. „teoria pięciu kręgów”. Dwa pierwsze mają się znajdować na terytorium Chińskiej Republiki Ludowej. Najważniejszy z nich leży na wschodzie kraju z jedną trzecią terytorium i 1,1 miliarda mieszkańców (95% chińskiej populacji). Drugi krąg to przedmieścia Chin z około 120 milionami mieszkańców.

image
Bardzo ważną rolę w polityce Chin ogrywa silna, chińska diaspora w takich krajach jak np. Singapur. Fot. M.Dura

Trzy ostatnie kręgi to terytoria leżące poza Chinami. Najbliższe są regiony, w których istnieje silna, chińska diaspora. Jest wśród nich Tajwan (z 21 milionami Chińczyków), półwysep Indochiński z Singapurem (75% ludności to Chińczycy) i Filipiny, gdzie żyje ponad 30 milionów Chińczyków. Należy podkreślić, że mniejszości te są bardzo zjednoczone kulturowo oraz wyróżniają się ekonomicznie i technologicznie.

Czwarty krąg to kraje z niewątpliwie wielkim wpływem cywilizacji chińskiej (np. Japonia, Korea Północna i Południowa oraz Wietnam), a piąty to cała Azja i Pacyfik z chińską diasporą. Zjednoczenie tych pięciu kręgów jest marzeniem coraz większej liczby Chińczyków. I jeżeli takiego połączenia nie można zrobić militarnie, to można je powoli realizować ekonomicznie. Chińska armia będzie natomiast gwarantem, że to co już się zdobędzie nikt już nie będzie mógł odebrać.

Co dalej z chińską marynarką wojenną?

Zmiany wprowadzane od 30 lat w wojskowej strategii Chin zostały zapoczątkowane przede wszystkim wnioskami z wojny w Iraku w 1991 roku. Chińczycy byli zaszokowani skutecznością ataków lotniczych i możliwościami rakiet manewrujących oraz samolotów stealth. To właśnie wtedy w Pekinie zrozumiano, że wielka armia ze starymi czołgami jest całkowicie bezużyteczna w stosunku do nowoczesnej technologii.

Ruszyła więc modernizacja chińskich sił zbrojnych, której zakres jest cały czas utajniony, m.in. przez ukrywanie rzeczywistego budżetu wojskowego. Efekty tego już są, o czym świadczy opinia niektórych specjalistów, że Chiny są coraz bliżej zakończenia przygotowań do zbrojnego przejęcia Tajwanu. Gotowe do tego jest już chińskie lotnictwo zdolne do uzyskania przewagi w powietrzu oraz siły powietrzno-desantowe. Swoje plany realizuje również chińska marynarka wojenna – szczególnie jeżeli chodzi o okręty desantowe.

Z deklaracji polityków w Pekinie wynika jednak, że Tajwan wcale nie jest jedynym celem ich działań. Widać to m.in. w ujawnionej przez byłego szefa sztabu chińskiej marynarki wojennej, admirała Liu Huaginga tzw. strategii dwóch łańcuchów wysp. Pierwszy etap już jest realizowany i ma się zakończyć przejęciem kontroli nad wyspami Senakaku, Spratly i Paracelskimi. Drugi etap jest bardziej ambitny, ponieważ zakłada uzyskanie zdolności do działania na Pacyfiku w odległości ponad 10 000 km wybrzeża Chin (a więc na obszarze, w którego wnętrzu jest Japonia i Filipiny).

image
Jak na razie obecność amerykańskich zespołów okrętowych ma Morzu Wschodniochińskim wystarcza do uspokojenia sytuacji. Fot. US Navy

Potrzebne są do tego lotniskowce i nowoczesne samoloty pokładowe, ale w tych dziedzinach Chińczycy robią coraz większe postępy. Wzbudza to niepokój wśród państw wyspiarskich (głównie Japonii), które są całkowicie uzależnione od handlu drogą morską. Może się bowiem zdarzyć, że statki handlowe będą zmuszone płynąć przez akweny całkowicie kontrolowane przez flotę chińską. Jakie to może przynieść problemy w małej skali przekonali się Ukraińcy, którym Rosjanie zablokowali dostęp na Morze Azowskie.

Przygotowania do chińskiej ekspansji są widoczne nie tylko w planach rozwojowych chińskiej armii ale również w dwóch innych obszarach:

  • przygotowaniu terenu;
  • tworzenie nowego wizerunku Chin.

O działaniach Chin w tym pierwszym obszarze jako pierwsi głośno zaczęli mówić Japończycy. Od kilkunastu lat wskazują oni, że od jakiegoś czasu chińskie statki oceanograficzne prowadzą badania na japońskich akwenach morskich, daleko od własnego terytorium. W Tokio potraktowano to jako zagrożenie, uważając, że może to być przygotowanie do przyszłych działań chińskiej marynarki wojennej, zwłaszcza okrętów podwodnych.

Zaniepokojenie wzbudziły również plany budowy przez Chińczyków satelitarnego systemu oceanicznego, który oficjalnie miał służyć do badań cywilnych, w tym do kontroli środowiska morskiego. Wszyscy jednak zdają sobie sprawę, że wysłanie na oceany okrętów podwodnych, a także większych okrętów nawodnych, wymaga systemu łączności satelitarnej.

Jako przygotowanie do przyszłych działań można również potraktować przejęcie przez Chińczyków (konsorcjum Hutchison Whampoa) kontroli nad Kanałem Panamskim. Dopiero wtedy przypomniano sobie w Stanach Zjednoczonych, że w czasie wojny w Wietnamie to właśnie tą drogą przeszło 75% zaopatrzenia dla amerykańskich wojsk.

Chińska Republika Ludowa w ogóle bardzo dobrze wykorzystuje strategiczną koniunkturę globalną, aby zabezpieczyć i wzmocnić swoje interesy oraz pozycję. Władze w Pekinie próbują kontrolować sytuację także w pojedynczych krajach, reagując i zmieniając ją za pomocą różnych metod. Jest to zresztą proces, który trwa nieprzerwanie od 1949 roku. Szacuje się, że od tego czasu Chiny dostarczyły różnego rodzaju pomoc wojskową (szkolenia, doradców, wojskowe projekty budowlane, lotniska, fabryki, arsenały marynarki wojennej, broń osobistą, licencjonowane umowy produkcyjne i ciężki sprzęt) dla ponad 40 krajów i 29 ruchów rewolucyjnych oraz walczących mniejszości narodowych.

image
Wizyty chińskich okrętów w takich krajach jak Polska mają ocieplić wizerunek tego państwa, a jednocześnie pokazać go, jako rzeczywistą potęgę militarną. Fot. M.Dura

Ponad 23 państwa otrzymały chińskie okręty wojenne. Od czasu trzech konfliktów, w których Chiny były głównym dostawcą broni (konflikt w Kambodży, rywalizacja między Indiami i Pakistanem oraz wojna w Iraku i Iranie) niektórzy badacze szukali i analizowali powiązania między eksportowaną bronią a regionalną przemocą. Stwierdzono, że Chiny eksportując broń do obszarów konfliktowych (np. Kambodży, Laosu lub Birmy) mogą przedłużyć te konflikty i skorzystać z nich (na przykład wysyłając tam okręty, by oficjalnie uspokoić sytuację).

W tych działaniach pomaga nowy obraz Chińskiej Republiki Ludowej, który jest rozpowszechniany przez różnego rodzaju stowarzyszenia i organizacje przyjazne władzom w Pekinie. Wskazują one w pierwszej kolejności, że kontakty z Chinami dają wymierne korzyści ekonomiczne, a reformy społeczne prowadzone w tym kraju coraz bardziej zbliżają go do tego, co można napotkać w państwach zachodnich.

Osiągnięto już w tych działaniach dwa sukcesy. Po pierwsze, Chiny nie zostały zaliczone do tzw. „krajów bandyckich” (rogue states) pomimo łamanie praw człowieka, agresywnych kroków czynionych wobec sąsiednich krajów oraz prowadzenia „niejasnej” działalności gospodarczej (związanej np. ze szpiegostwem i kradzieżą własności intelektualnej). Po drugie, lobby chińskie już doprowadziło do zmniejszenia się zaangażowania Amerykanów wobec Tajwanu.

Jest prawie pewne, że w XXI wieku Chiny będą oficjalnie stosować niezależną i stabilną politykę dyplomatyczną wskazując, że jej celem jest przede wszystkim pokój i rozwój swojego kraju. Dopóki Chińczycy będą działali zgodnie z zasadą Sun Tzu „Wygraj bez walki” nie będzie problemu. Sytuacja zmieni się niebezpiecznie, gdy w tym trzywyrazowym powiedzeniu zmienione zostanie drugie słowo.

Reklama
Tweets Defence24