Strategiczna porażka Turcji w Syrii, „damage control” USA [OPINIA]

1 listopada 2019, 10:19
48743291746_f4c838d64e_b
Fot. Türk Silahlı Kuvvetleri

Po trzech tygodniach od inwazji tureckiej na Syrię Północno-Wschodnią (NES) coraz bardziej prawdopodobna staje się strategiczna porażka Turcji. Głównym wygranym jest niewątpliwie Rosja, która dość zręcznie wykorzystała błąd Donalda Trumpa. Pozycja Kurdów uległa znacznemu osłabieniu, ale wieszczenie końca ich projektu politycznego jest przedwczesne.

Podstawowym celem tureckiej inwazji było stworzenie strefy okupacyjnej o szerokości 32 km i długości ponad 400 km, czyli rozciągającej się wzdłuż granicy syryjsko-tureckiej od granicy z Irakiem po Eufrat. Już wcześniej Turcja opanowała tereny przygraniczne znajdujące się na zachód od Eufratu, poza niewielkim odcinkiem między turecką prowincją Hatay i syryjską Latakią (kontrolowanym przez armię syryjską). Ponadto w prowincji Idlib, choć kontrolowanej przez dżihadystów ze związaną z Al Kaidą Hayat Tahrir Asz-Szam (HTS) na czele, Turcja ustanowiła swoje punkty obserwacyjne, zachowując też wpływ na znajdujące się tam formacje zbrojne. Dodatkowo Turcja zakładała, że uda się jej dołączyć do terenów przez siebie okupowanych również dwa obszary kontrolowane przez SDF na zachód od Eufratu tj. Manbidź oraz Tel Rifaat.

W ten sposób pragnęła osiągnąć trzy cele. Po pierwsze zmusić mieszkających tam Kurdów do przeniesienia się bardziej na południe i w ten sposób oddzielić ich od terenów kurdyjskich w Turcji i Iraku. Po drugie, pozbyć się uchodźców syryjskich mieszkających w Turcji przesiedlając ich na tereny opuszczone przez Kurdów. Po trzecie, oddać te tereny pod administrację kontrolowanych przez siebie dżihadystów, zapewniając sobie ich dalszą lojalność, która coraz bardziej stawała pod znakiem zapytanie ze względu na sojusz turecko-rosyjski.

Wszystko wskazuje na to, że Turcja nie będzie w stanie zrealizować żadnego z tych celów, gdyż pod jej kontrolą znajdą się dwa stosunkowo niewielkie terytoria wokół miast Tell Abyad i Serekaniye. Zgodnie z umową turecko-rosyjską turecka strefa okupacyjna miała sięgać 32 km na odcinku Tell Abyad – Serekaniye, ale póki co nie zostało to implementowane i Turcy kontrolują tylko to, co zdobyli wcześniej. Tak niewielki obszar, choć z kurdyjskiego punktu widzenia bardzo ważny, nie pozwoli Turcji na zrealizowanie jej planów.

Natomiast przywołanie w turecko-rosyjskim porozumieniu umowy z Adany oraz ustalenia dotyczące wycofania się SDF na odległość 32 km od granicy i wprowadzenie turecko-rosyjskich patroli w pasie 10-kilometrowym nie mają dla Turcji aż tak dużego znaczenia, ale mogą pozwolić Erdoganowi zachować twarz. Przede wszystkim, wbrew tureckiej propagandzie, SDF nigdy nie stanowiło zagrożenia dla Turcji i nie jest tożsame z PKK. To powoduje zresztą, że syryjski rząd może porozumieć się z SDF lub YPG (kurdyjskim komponentem SDF), uznając, że porozumienie z Adany nie obejmuje tych formacji. Zresztą by w ogóle można było mówić o jakichkolwiek zobowiązaniach Damaszku, wynikających z porozumienia z Adany Turcja musiałaby znormalizować stosunki ze swoim południowym sąsiadem. I o to właśnie chodziło Putinowi, który wykorzystując antykurdyjską obsesję Turcji, znów wciąga Erdogana w pułapkę. Jeśli Turcja chce jakiejkolwiek kooperacji Damaszku w sprawie PKK, to musi z nim rozmawiać, oczywiście za pośrednictwem Rosji. A to wzmacnia pozycję Rosji w odniesieniu do obu stron.

Assad bowiem również potrzebuje tej mediacji, by odzyskać przynajmniej część terenów okupowanych przez Turcję lub nie stracić innych (a w rejonie Tell Tammer wciąż toczą się walki). Warto jednak jeszcze dodać, że wciąż nie wiadomo, w jakim stopniu te ustalenia rzeczywiście będą implementowane. W szczególności dotyczy to wycofania się SDF z terenów na wschód od Kamiszlo, a także turecko-rosyjskich patroli w tym terenie. Wiele bowiem wskazuje na to, że to USA będą chciały dalej kontrolować ten obszar (tzw. „Oil Region” to prawdopodobnie nie tylko północna część prowincji Deir az-Zaur, ale również region Rmeilan w prowincji Hasaka). Trump już nakazał powrót amerykańskich żołnierzy w ten rejon (co prawda mowa jest o części, ale kontyngent ten stale jest zwiększany).

Z punktu widzenia Assada rozwój sytuacji, póki co jest tylko częściowo korzystny. Wprawdzie faktycznie odzyskał on kontrolę nad częścią terenów NES, ale Rosjanie zawarli też swoje układy z Kurdami i większość terytorium NES nadal znajduje się pod administracją Syryjskiej Rady Demokratycznej (MSD), czyli administracji autonomicznej. Tu również Rosja będzie trzymała niemal wszystkie atuty w ręku, choć USA próbują wrócić do gry, a przywódca SDF gen. Mazlum Abdi dał wyraźnie do zrozumienia, że nie zamierza zatrzaskiwać sobie drzwi z tej strony. Znacząca była też wizyta jednej z kluczowych liderek syryjskich Kurdów Ilham Ahmed w Waszyngtonie, której rezultatem było przyjęcie przytłaczającą większością głosów w Izbie Reprezentantów decyzji o nałożeniu sankcji na Turcję.

Ponadto Assad ma świadomość tego, że syryjscy Kurdowie nie są separatystami i nie dążą do trwałego oddzielenia się NES od Syrii. Natomiast tereny okupowane przez Turcję bardzo ciężko będzie jej odebrać. Dlatego wszelkie postępy militarne Turcji w Syrii przeciwko SDF musiały również niepokoić Assada i w związku z tym zdecydował się on na dyslokację armii syryjskiej na granicy oraz wsparcia SDF powstrzymującego postępy tureckie w rejonie Serekaniye, bez spełnienia warunku przejęcia pełnej kontroli administracyjnej nad NES. To, w jakim zakresie w rzeczywistości będzie ona przywrócona, zależy teraz głównie od Rosji, choć częściowo (w znacznie mniejszym stopniu) również USA.

Amerykański prezydent prawdopodobnie bardzo szybko zdał sobie sprawę z tego, jak wielkim błędem była jego decyzja o otwarciu drogi dla tureckiej inwazji na Kurdów. Dlatego właśnie doszło do spotkania Pence-Erdogan, które jednak trudno uznać za sukces USA. Fakt, że z punktu widzenia interesów Kurdów ustalenia rosyjsko-tureckie były korzystniejsze, teoretycznie mógłby spowodować ostateczne zerwanie współpracy kurdyjsko-amerykańskiej. Jednak pomijając niektóre kręgi w Departamencie Stanu, skłaniające się do kontynuowania ewidentnie błędnej polityki wspierania protureckich dżihadystów, amerykańskie elity polityczne, w tym w szczególności Kongres (ale również Pentagon), bardzo krytycznie odniosły się do pozostawienia Kurdów samych w obliczu tureckiej inwazji.

Znów warto pamiętać, że Syria Północno-Wschodnia była wielokrotnie odwiedzana przez różnych amerykańskich polityków, co pozwoliło im uzyskać dostateczną wiedzę umożliwiającą odrzucenie propagandowych twierdzeń Turcji oczerniającej SDF. Ponadto od dłuższego czasu coraz częściej w amerykańskich mediach pojawiać się zaczęły głosy (w tym ze strony wpływowych analityków) sceptyczne wobec roli, jaką Turcja odgrywa w NATO. Te działania amerykańskich elit spowodowały, że SDF jednak nie zdecydował się na pełne odwrócenie się od USA, czego wyrazem było też zresztą kontynuowanie współpracy SDF i USA w operacji zabicia Abubakra al-Baghdadiego. W ramach polityki „damage control” w NES zaczęła też działać też grupa amerykańskich ex-specjalsów z Free Burma Rangers. Choć formalnie jest to organizacja niezależna, to nie ulega wątpliwości, że ma związki z kluczowymi politykami USA, w tym administracją amerykańską.

Amerykanie zdają sobie sprawę z tego, że żadne ustępstwa wobec Turcji nie poprawią relacji amerykańsko-tureckich i nie osłabią tureckiej zależności od Rosji. Wbrew pojawiającym się czasem twierdzeniom, że wycofanie się USA z Syrii i opuszczenie Kurdów spowoduje napięcia turecko-rosyjskie i skonsoliduje NATO z Turcją włącznie, jest dokładnie odwrotnie. Turcja konsumuje ustępstwa, nie oferując niczego w zamian, a ponieważ Rosja przejmuje rolę rozdającego karty w Syrii, to jest rzeczą oczywistą, że Kreml w ten sposób uzyskał jeszcze większy wpływ na Ankarę.

Innym negatywnym aspektem związanym z wycofaniem się z Syrii jest pozbawienie się kontroli nad szlakami Iran – Morze Śródziemne. Dlatego właśnie bardzo szybko USA ogłosiło (pod pretekstem walki z IS), że wycofanie nie obejmuje at-Tanf blokującego południowy szlak. Kluczowe w tym kontekście jest też to, kto będzie kontrolował autostradę M4. Aspekt ten dotyka nie tylko bezpośrednio interesów USA, ale również determinuje relacje amerykańsko-izraelskie i amerykańsko-saudyjskie. Te dwa kraje są bowiem żywotnie zainteresowane blokowaniem Iranu i jeśli będzie to zależało od Kremla, a nie od Waszyngtonu to znów geopolityczna równowaga przesunie się w kierunku Moskwy.

Analizując minione 3 tygodnie wojny kurdyjsko-tureckiej nie sposób pominąć aspektu wizerunkowo-propagandowego. Turcja bardzo się przeliczyła, mając nadzieję, że uda jej się narzucić swoją propagandową narrację. Wręcz przeciwnie, negatywna reakcja międzynarodowej opinii publicznej w Europie i USA i ujawnienie tureckich zbrodni wojennych, spowodowały całkowite zniszczenie wizerunku Turcji, co wbrew pozorom może mieć bardzo duże konsekwencje dla tego kraju, zmuszając polityków europejskich i amerykańskich do podejmowania kolejnych kroków przeciwko Ankarze.

Reklama
Tweets Defence24