Reklama
Reklama

Stawka większa niż Afrin? Ryzykowna gra Turcji o przyszłość Syrii [WYWIAD]

12 marca 2018, 15:35
Turcja wojsko
Fot. kkk.tsk.tr

Turcy stworzyli pas, który władze nazywają „strefą bezpieczeństwa”. W niektórych miejscach sięga ona 4 km, a w innych 10 km w głąb Syrii. Następnym celem ma być oblężenie samego miasta Afrin – powiedział w rozmowie z Defence24.pl Karol Wasilewski, ekspert Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych.

Reklama

Operacja "Oliwna Gałązka" (skierowana przeciwko Kurdom w północnej Syrii - przyp. red.) trwa już ponad miesiąc. W jakim stopniu tureckim władzom udało się zrealizować jej cele?

Karol Wasilewski: Aby mówić o realizacji celów, należy najpierw je zdefiniować. Jeśli posłuchamy tego, co mówią Turcy, operacja ma mieć cztery etapy, ale nie do końca wiemy, na czym ma polegać ostatni z nich. W obecnej fazie działań tureckiej armii udało się wejść do prowincji Afrin po to, żeby rozciągnąć obronę Ludowych Jednostek Samoobrony (kurd. Yekîneyên Parastina Gel, YPG - przyp. red.). W efekcie Turcy stworzyli pas, który władze nazywają „strefą bezpieczeństwa”. W niektórych miejscach sięga ona 4 km, a w innych 10 km w głąb Syrii. Następnym celem ma być oblężenie samego miasta Afrin. Jeśli przyjrzymy się celom długofalowym, to od początku widać, że Turkom zależało przede wszystkim na zajęciu nie tylko miasta Manbidż, lecz także na wypchnięciu YPG na drugi brzeg Eufratu. Natomiast wątpliwość co do ostatniego etapu bierze się stąd, że sam Tayyip Erdoğan – obecnie nieco na wyrost – mówi o operacji, która ma sięgać aż do granic Iraku.

Dlaczego Turkom zależy na zajęciu akurat miasta Manbidż? 

I tu wchodzimy w kolejny cel tej operacji. Tym, co naprawdę wysunęło się na czoło celów „Gałązki oliwnej” w ostatnich tygodniach, jest wysłanie sygnału do Stanów Zjednoczonych, odstraszenie ich od Manbidż i skłonienie do zmiany strategii w Syrii, a konkretniej do porzucenia współpracy z YPG na rzecz kooperacji z Turcją. Obok usunięcia z obszaru przygranicznego sił kurdyjskich, Ankara chce wysłać jasny komunikat do USA i wywrzeć na nie nacisk w związku z amerykańskimi działaniami wobec Kurdów. 

undefinedFot. Kurdishstruggle/Flickr, CC BY 2.0

Było to szczególnie widać przed lutową wizytą Rexa Tillersona w Turcji - tureckie władze mocno podgrzewały przed nią atmosferę. Turecki minister spraw zagranicznych Mevlüt Çavuşoğlu mówił, że to jest punkt przełomowy, bo albo po wizycie amerykańskiego sekretarza stanu dojdzie do poprawy relacji, albo do całkowitego ich załamania. Po wizycie Tillersona tureccy decydenci utrzymują antyzachodnią retorykę, ale po pierwsze doszło do jej złagodzenia (przynajmniej jak na tureckie standardy), a po drugie Ankara wysłała do Waszyngtonu komunikat, że w tej rozgrywce piłka jest po stronie Amerykanów. 

Obserwując działania w Afrin można powiedzieć, że turecka armia wyciągnęła wnioski z operacji „Tarcza Eufratu”? 

Jesteśmy na etapie, na którym nie mamy całościowego obrazu operacji, zatem trudno to ocenić. Jeśli jednak spojrzymy wyłącznie na wycinek, który został nam zaprezentowany do tej pory, to rzeczywiście można odnieść wrażenie, że elementy tzw. Wolnej Armii Syryjskiej, wspierane przez Turcję, prawdopodobnie otrzymały jakieś przeszkolenie na terytorium, na którym miała miejsce operacja „Tarcza Eufratu”. To skłaniałoby do stwierdzenia, że wnioski zostały wyciągnięte.

Jak wspomniałem, na tym etapie Turkom udało się zrealizować pierwszy cel, czyli rozciągnąć siły YPG. Ale tutaj zaczną się schody, bo to, że kurdyjskie siły zostały rozciągnięte, to, że tureckie siły są w kilku miejscach i zmierzają do miasta Afrin, oznacza również, że mają do zabezpieczenia tyły i boki. Powstaje zatem pytanie, czy armii uda się to wykonać. I tutaj właśnie to, co wydaje się pierwotnym sukcesem, łatwo może stać się problemem. 

Wydaje się, że tempo operacji zwolniło, a wojska posuwają się dość powoli.

To prawda. Turcy tłumaczą to tym, że starają się maksymalnie ograniczyć ofiary cywilne. Twierdzą wręcz, że nie ma ofiar cywilnych, co jest wątpliwe, chociażby z tego względu, że chyba żadne państwo nie znalazło jeszcze sposobu, aby prowadzone przez nie bombardowania były w 100 proc. precyzyjne. Inne zdanie na ten temat mają również organizacje międzynarodowe – np. Syryjskie Obserwatorium Praw Człowieka twierdzi, że od początku „Gałązki oliwnej” śmierć poniosło ok. 150 cywilów.

Jeśli Turcy rzeczywiście dążą do tego, aby oblegać miasto Afrin, to zacznie się kampania miejska. Turcy twierdzą, że w tym przypadku zostaną wykorzystane policja, żandarmeria i jednostki wojsk specjalnych, które mają doświadczenie z prowadzenia tego typu operacji na terytorium południowo-wschodniej Turcji. Dodatkowym czynnikiem jest to, że operacje miejskie wiążą się z reguły z bardzo dużymi stratami, również ze stratami wśród cywilów. To może być problem dla Turcji, bo operacja przeciąga się i tzw. społeczność międzynarodowa patrzy na nią niechętnie. Co więcej, jakie będą koszty wizerunkowe dla Turcji gdy okaże się, że w Afrin ginie większa liczba cywilów, niż zakładają Turcy? Wyobraźmy sobie np. że sprawą zajmie się Rada Bezpieczeństwa. To byłby duży koszt dla Turcji. Krótko mówiąc, im dłużej trwa ta operacja, tym bardziej wzrasta ryzyko, że jej koszty będą trudne do zaakceptowania.

Do tej pory wydaje się, że żadna ze stron zaangażowanych w konflikt w Syrii nie jest nastawiona pozytywnie do tureckiej operacji w Afrin. Czy takie położenie nie ogranicza pola działania Turcji?

Po pierwsze, wydaje się, że Turcja była gotowa zaakceptować taki koszt operacji w Afrin. Zdecydowała się na rozpoczęcie „Gałązki oliwnej”, bo najwyraźniej uznała, że musi to zrobić, aby liczyć się w grze o przyszłość Syrii. Co więcej, od dłuższego czasu tureccy decydenci sygnalizowali, że przeprowadzą operację w Afrin, ponieważ postrzegają umocnienie się tam YPG jako zagrożenie egzystencjalne. A w takich sytuacjach koszty związane z oporem innych państw schodzą z reguły na dalszy plan. Dlatego też jestem sceptyczny wobec dominujących opinii, że Turcja nie zdecydowałaby się na operację w Afrin bez „zielonego światła” ze strony Rosji. Moskwa z pewnością mogła utrudnić Turcji kampanię – chociażby przez zamknięcie przestrzeni powietrznej dla tureckich myśliwców – ale byłbym ostrożny wobec twierdzenia, że była w stanie ją powstrzymać. Takie postrzeganie sprawy byłoby zresztą głębokim niedocenianiem tureckiej kultury strategicznej, która wskazuje, że jeśli Turcy postrzegają coś jako zagrożenie egzystencjalne lub po prostu zagrożenie dla integralności terytorialnej, są w stanie podjąć zdecydowane działania (o czym Rosjanie się zresztą przekonali przy okazji zestrzelenia myśliwca w 2015 r.).

undefinedFot. kkk.tsk.tr

Po drugie, gdy spojrzymy na zachowanie najważniejszych aktorów, to możemy dojść do wniosku, że początkowo nie było ono tak jednoznaczne. Z jednej strony nie da się zdecydowanie i z całą pewnością powiedzieć, że Rosja poparła działania Turcji w Afrin, z drugiej zaś trudno jednoznacznie stwierdzić, że starała się im zapobiec. Amerykanie z kolei mogli być bardziej stanowczy, a jak mantrę powtarzali wezwanie o powściągliwość i apelowali do Turków o niepodejmowanie działań, które będą odciągały uwagę od kampanii przeciw tzw. Państwu Islamskiego. Iran, co prawda, od początku sygnalizował sprzeciw, ale wielu ekspertów twierdziło, że jest to mało przekonujące (co być może wynikało ze świadomości Irańczyków, że mieli ograniczone możliwości powstrzymania Turków). Z kolei NATO, np. ustami Jensa Stoltenberga, wskazywało, że Turcja ma prawo do obrony swojego bezpieczeństwa, choć z czasem było widać, że kampania w Afrin wywołuje mieszane uczucia w państwach członkowskich (zwłaszcza w Niemczech, w których rozpoczęła się dyskusja na temat moralnego aspektu sprzedaży broni Turcji).

Ciekawe jest jednak to, że rzeczywiście z czasem różne państwa coraz wyraźniej akcentowały krytycyzm wobec „Gałązki oliwnej”. Najbardziej interesujące wydaje się to, gdy spojrzymy na ostatnią rezolucję Rady Bezpieczeństwa ONZ. Nagle takie państwa jak Rosja, Francja, Stany Zjednoczony czy Niemcy zgodnie wskazywały, że rezolucja odnosi się również do Afrin. I wydaje mi się, że to jest właśnie coś, co rzeczywiście może ograniczać Turcji pole manewru, chociażby w kontekście kwestii humanitarnych, o których rozmawialiśmy.

Ostatnio pojawiły się głosy sugerujące, że istniej ryzyko konfrontacji amerykańsko-tureckiej w Manbidż. 

Jest to mało prawdopodobne, chociaż taka możliwość teoretycznie istnieje. Moim zdaniem znamienne jest jednak samo to, że w ogóle rozważamy, czy taki scenariusz byłby możliwy. Trzeba przyznać, że tego typu spekulacje i zasadniczo napięcia turecko-amerykańskie to bardzo nietypowa rzecz jak na relacje sojusznicze.

Wracając jednak do Manbidż: teraz pozostaje pytanie, co zrobią Amerykanie. Niektórzy obserwatorzy zawracają uwagę na to, że ostatnia wizyta Tillersona w Turcji pokazała, że Ankara i Waszyngton nie są gotowe na katastrofę we wzajemnych relacjach. To rzeczywiście pozwala sądzić, że Turcy i Amerykanie przynajmniej spróbują znaleźć kompromis wokół Manbidż. A taki kompromis stanowiłby też dobrą furtkę dla prezydenta Erdoğana – jeśli przekonałby Amerykanów do swoich poglądów, mógłby zaprezentować to swoim wyborcom jako sukces. To zaś mogłoby pozwolić mu na ewentualne zakończenie kampanii przed osiągnięciem tego deklarowanego czwartego etapu, o którym mówiliśmy na początku.  

Co zatem mogłoby skłonić Turcję do podjęcia takiej decyzji?

Obecnie w amerykańskiej administracji jest dyskutowana turecka propozycja: wycofanie się YPG z Manbidż i ustanowienie wspólnej amerykańsko-tureckiej kontroli nad tym obszarem. Departament Stanu opowiada się za współpracą z Turcją i za tym, aby jej nie antagonizować, ale Departament Obrony i amerykańscy dowódcy, którzy mają lepsze rozeznanie w sytuacji w Syrii, są nieco mniej pozytywnie nastawieni do Turcji. Rozwiązanie kwestii Manbidż na pewno przyczyniłoby się do rozluźnienia napięć turecko-amerykańskich i dałoby Erdoğanowi potrzebny na użytek wewnętrzny argument, że „Gałązka oliwna” zakończyła się sukcesem.

Na marginesie, to jak poważny kłopot stanowi dla Amerykanów Turcja, pokazuje tocząca się w Kongresie dyskusja o nałożeniu na to państwo sankcji. Jest to pochodna szerszego problemu – nie dotyczy wyłącznie działań w Syrii, ale wiąże się zasadniczo ze stanowiskiem Turcji wobec Stanów Zjednoczonych i generowaną przez to dyskusją, czy Turcję nadal można uważać za sojusznika, czy może to państwo generuje zbyt dużo kosztów. To m.in. kwestia rzekomej decyzji Turków o zakupie systemu S-400 od Rosji, który jest problematyczny dla NATO, chociażby dlatego, że będzie godził w sojuszniczą politykę odstraszania. Jest też kwestia, która w relacjach turecko-amerykańskich jest jednym z największych problemów – sprawa Rezy Zarraba. To turecki biznesmen, który zeznawał przed amerykańskim sądem, przyznając się do omijania sankcji na Iran i twierdząc, że miał na to przyzwolenie tureckich polityków. Do tego dochodzą amerykańscy obywatele aresztowani przez tureckie władze za rzekome związki z Gülenem czy wreszcie sprawa samego muzułmańskiego duchownego, na którego ekstradycję Amerykanie wciąż nie wyrazili zgody. 

Jest ryzyko, że Kurdowie odwrócą się od USA i poszukają współpracy z innym partnerem, np. z Rosją?

Niektórzy analitycy twierdzą, że to, co zrobiła Rosja w odniesieniu do „Gałązki oliwnej” było świadomym działaniem z jej strony i miało na celu popchnięcie Kurdów w kierunku jej i Asada. Miał to być sygnał, że Amerykanie nie są dobrym sojusznikiem, oczywiście w przeciwieństwie do Rosji i syryjskiego dyktatora. Nie jest to twierdzenie takie bezpodstawne, bo Kreml prowadzi aktywną polityką kurdyjską, często doprowadzając Turcję do furii. Ostatnio możemy zaobserwować bardzo ciekawy trend, że niemal za każdym razem, gdy dochodzi do jakiegoś pozytywnego wydarzenia między Turcją a USA, Rosjanie wyciągają kartę kurdyjską. I tak np. po rozmowie telefonicznej między Erdoğanem a Trumpem nagle usłyszeliśmy z Moskwy, że Rosja nie uważa PKK za organizację terrorystyczną, a ostatnio, po wizycie Tillersona w Ankarze, media rosyjskie zaczęły rozpowszechniać przekaz, że w trakcie kampanii w Afrin Turcy mieli rzekomo użyć broni chemicznej.

undefinedFot. The White House/Flickr, Domena Publiczna

Pozostaje oczywiście pytanie, co z tym wszystkim zrobi YPG. A jeśli spojrzymy na działania zarówno jej, jak i jej politycznego ramienia, czyli Partii Unii Demokratycznej (kurd. Partiya Yekîtiya Demokrat, PYD – przyp. red.), zauważymy, że przez lata starali się dokonać bardzo trudnej rzeczy – prowadzić swoją politykę tak, aby oni, jako podmiot zdecydowanie mniejszy, nie byli rozgrywani przez USA i Rosję. I długo im się to udawało. Wiadomo było jednak, że taki stan nie będzie trwał wiecznie i, chociażby w związku z „Gałązką oliwną”, chyba zbliżamy się do momentu, gdy PYD będzie się musiała na coś zdecydować. Czy jednak będzie to oznaczało ściślejszą współpracę z Rosją? Tak nakazywałaby myśleć najprostsza matematyka. Podejrzewam jednak, że bardzo dużo w tej materii będzie zależało od działań Amerykanów i tego, czy uda im się dokonać czegoś, co obecnie wydaje się dyplomatyczną niemożliwością – znalezienia takiej formuły współpracy, która satysfakcjonowałaby i Turcję, i YPG/PYD. Wiele w tej materii powinien wyjaśnić marzec, bo właśnie teraz Amerykanie i Turcy mają rozważać kwestię Manbidż.

Zgodzi się Pan z tezą, że do tej pory największymi zwycięzcami konfliktu w Syrii są Iran i Rosja? 

Rosja jest mocarstwem oportunistycznym, które doskonale wykorzystuje nadarzające się okazje i przy relatywnie małych nakładach odnosi spore sukcesy. Amerykanie stworzyli na Bliskim Wschodzie strategiczną próżnię i Rosjanie rzeczywiście starają się to wykorzystywać. Przykładem są choćby działania Rosji w kontekście relacji między Turcją a USA. Kreml wykorzystuje amerykańsko - tureckie napięcia, żeby zrealizować absolutnie podstawowy cel swojej polityki bezpieczeństwa, czyli osłabienie i rozbicie NATO.

Aby zweryfikować tezę o zwycięstwie Rosji, należy ocenić, czy udało się jej zrealizować swoje cele wobec Syrii. Wiemy, że celem regionalnym było przetrwanie reżimu w Damaszku –niekoniecznie z Asadem jako przywódcą, ale takiego, który satysfakcjonowałby Rosję. Tutaj, przynajmniej na tę chwilę, jest sukces, bo Asad zwiększył kontrolę nad Syrią. Jeśli jednak weźmiemy pod uwagę, że ten cel regionalny ma służyć osiągnieciu celu globalnego – porozumieniu z USA na rosyjskich warunkach – to tutaj jak na razie nie widać sukcesu.

Jeśli chodzi o Iran, to na tym etapie wydaje się on największym zwycięzcą konfliktu w Syrii. Ale ten sukces, w związku z problemami Iranu, może szybko obrócić się w pył. Po pierwsze, nakłada się na to kwestia porozumienia nuklearnego i podejścia administracji Trumpa, który – delikatnie mówiąc – jest niechętny JCPOA. Po drugie, kwestia naprawdę bardzo poważnych problemów wewnątrz Iranu – zarówno napięć w elitach politycznych, jak i kłopotów gospodarczych. Te kwestie, jeśli rozstrzygną się w sposób niesprzyjający dla obecnych irańskich władz, mogą spowodować, że sukces w polityce zagranicznej okaże się nie do utrzymania.

Dziękuję za rozmowę.


Karol Wasilewski - Analityk ds. Turcji w Polskim Instytucie Spraw Międzynarodowych. Doktorant na Wydziale Nauk Politycznych i Studiów Międzynarodowych Uniwersytetu Warszawskiego. Absolwent studiów I i II stopnia w Instytucie Stosunków Międzynarodowych Uniwersytetu Warszawskiego (specjalizacja dyplomacja współczesna) oraz studiów I stopnia na Wydziale Orientalistycznym (kierunek turkologia). Były ekspert ds. Turcji (2014-2016) i prezes (2016) Centrum Inicjatyw Międzynarodowych. Autor książki „Turecki sen o Europie – tożsamość zachodnia i jej wpływ na politykę zagraniczną Republiki Turcji”.

KomentarzeLiczba komentarzy: 23
Reklama
dimitris
czwartek, 15 marca 2018, 08:02

Po raz drugi właśnie Erdogan publicznie powtórzył \"Turcja ma złych sasiadów\", tłumacząc ciągły wzrost produkcji każdego typu broni. Wszystko to w niewiele tygodni po ujawnieniu z tureckiej Rady Bezpieczeństwa (i bez dementi) mapy \"Turcja 2050\", obrazującej plany znacznego wzrostu powierzchni państwa, przez zabór kawałków lub wielkich połaci terytorioów wszystkich, bez wyjątku sąsiadów. Jak w ogóle można do tego dopuszczać, by pańswo, deklarujące chęć zaboru, w szczególności, terytorium trzech innych państw sojuszu, uzbrajane było dalej w najnowsze technologie ? W tej chwili, na przykład na Śródziemnym, NATOwskie państwa zawierają już faktycznie sojusze dwustronne. Wiele czytam w polskich mediach, że \"Rosja chce rozbić UE i europejskie NATO\", ale z tego co same widzą oczy, Rosja jest do tego procesu zupełnie zbędna.

Dobranoc
środa, 14 marca 2018, 01:14

Jeden rzut oka na mape konfliktu wystarczy żeby zrozumieć że amerykanie sprzedali turkom Afrin w zamian za powstrzymanie ofensywy Assada w Idbil.

ciekawe
wtorek, 13 marca 2018, 09:20

Jeżeli sukcesem jest ruina kraju, który ciekawe kto odbuduje to Putin jest skończonym idiotą. Podobnie jak w przypadku Donbasu. Atakując go stracił możliwość wpływania na Ukrainę na lata. A co zyskał ? Wielkie NIC. A jaki jest efekt długofalowy ?Powolny upadek Rosji. I doprowadzi do niego nikt inny jak właśnie Putin.

rak
wtorek, 13 marca 2018, 20:44

Rosja miała poukładane na Ukrainie to co chciała. Atak na Donbas, zajęcie Krymu - to reakcja Moskwy na to, że ktoś, he he ktoś... im poprzewracał klocki. W każdym razie z Sewastopola nie dali się przegonić

Reakcjonista
wtorek, 13 marca 2018, 12:59

Dlaczego zakładasz, że Putinowi zależy na stabilizacji i odbudowie Donbasu czy Syrii? Polityka Rosji od wielu lat to destabilizacja. Wpływ będzie później. Teraz jak najwięcej zdestabilizować aby przy stole mieć jak najwięcej do powiedzenia. Syria to starcie wpływów Saudów (USA i Izrael) i Iranu (Katar, Syria i Rosja). Warto poczytać analizę planowanych przepływów ropy i gazu w tamtym regionie. Nie chodzi o wolność ani o demokrację. Tylko o gaz, ropę, rurociągi i pieniądze. Jak zawsze.

tryt
poniedziałek, 12 marca 2018, 21:45

Rosja zaproponowała Turcji rozbiór Syrii. Asad - rosyjska marionetka musiał się na to zgodzić bo jego los byłby przesądzony.

Milutki
poniedziałek, 12 marca 2018, 19:19

Waleczność kurdyjskiego PYD okazało się propagandową wydmuszką. Jak na razie tylko przegrywają z kilkoma procentami potencjału tureckiej armii i małymi oddziałami wspierających Turcję Syryjczyków. Nawet z bojownikami organizacji arabskich wypadają blado. Asad był w stanie zdobyć Aleppo i obecnie Wschodnią Ghoutę tylko przy wsparciu rosyjskiej armii, oddziałów irańskich i Hezbollahu, masowych bombardowaniach. A nawet wtedy bojownicy przejmowali inicjatywę i odbijali utracone tereny. PYD tylko traci teren.

vvv
wtorek, 13 marca 2018, 02:17

co za geniusz strategii! PYD pozbawione ciezkiego sprzetu i duzej ilosci ppk oraz wsparcia usa bije sie z dawnym isis pod flaga Turcji, jej czolgom, artylerii, lotnictwu oraz jednostkom specjalnym

Milutki
piątek, 16 marca 2018, 09:19

Arabscy bojownicy też są pozbawieni tych wszystkich rodzajów broni jednak w starciu z Assadem radzą dużo lepiej.

dim
poniedziałek, 12 marca 2018, 19:02

Amerykańsko-Turecka kontrola ? Chyba tylko taka, jak nad północnym Cyprem ? Turcy będą wypędzać miejscowych, nietureckiego pochodzenia, sprowadzając w to miejsce własnych osadników i będzie jest to akcja osiedleńcza obliczona na pokolenia. A Amerykanie... jak na północnym Cyprze, założą jakieś tam swoje placówki służb elektronicznych i cieszyć się będą zupełnym bezpieczeństwem.

tak tylko ....
poniedziałek, 12 marca 2018, 18:17

Jacy \"analitycy\" taka Polska polityka. Przecież juz teraz Turcy rozbili jednostki YPG, wyeliminowali ponad 3000 jej bojowników, osłabili \"rożowe\" zmuszając do przerzucenia przez Kurdów świeżych jednostek, które niszczone lub osłabiane sa przez lotnictwo i artylerię Turecką. Afrin zostalo odcięte. Co złego jest w tym, aby Kurdowie podporządkowali się legalnej władzy w Syrii. Wręcz przeciwnie winni to zrobić lub być zniszczeni w związku z destrukcja Syrii. Dostali propozycję od Rządu Syrii (kilkukrotną) nie skorzystali z niej to giną i tyle. Obecnie to są buntownicy.

Pudelek
wtorek, 13 marca 2018, 02:10

tylko że fakt iż według Damaszku są buntownikami w żaden sposób nie upoważnia Turków do swoich działań. Akurat Kurdowie w Afrin nigdy nie weszli na wojenną ścieżkę z SAA i była to najbardziej stabilna część Syrii. Była.

anda
wtorek, 13 marca 2018, 10:26

Kurdowie z Afrin otrzymali nie jedna propozycję podporządkowania się nominalnie / zachowanie języka, kultury, sił zbrojnych formalnie podporządkowanych Syrii/ Syrii ale za namową USA odrzucili te propozycje, więc Turcy robią co chcą a mogli uratować swoich ludzi armię a tak stracą terytorium siły rozbite.

ZZZ
wtorek, 13 marca 2018, 11:12

Tia... Rosja już firmowała takie \"propozycje\". Np. w 1940 w stosunku do państw bałtyckich.

anda
wtorek, 13 marca 2018, 17:08

Anglia i USA też nam firmowały w 39 i powtórnie w 45 - nawet nas na defiladę ani w Rzymie / a co powiedział generał Clark na udział Polaków w defiladzie to sobie poczytaj / ani w Londynie nie zaprosili natomiast w Moskwie pod własnymi sztandarami byli.

jack
poniedziałek, 12 marca 2018, 18:02

Poprawność polityczna bierze w tym wywiadzie górę. Dlaczego nie mówi się wprost o tureckiej inwazji na Syrię? Przecież to jest jawne naruszenie ustalonych granic państwowych. Kto zaprosił Turków do Syrii? Assad? Kurdowie? Nie trzeba być ekspertem czy doktorantem, żeby stwierdzić, że Turcja chce zlikwidować Kurdów, a pamiętajmy że to właśnie oni- Kurdowie, mają największe sukcesy w walce z Państwem Islamskim. Jeżeli świat szybko nie opamięta fanatyka Erdogana, wkrótce będzie bardzo poważnie tego żałował.

Kuba
wtorek, 13 marca 2018, 12:32

Jack kto zaprosił USA do Syrii ? Zawsze rządził silny i tak zostało .

marian64
poniedziałek, 12 marca 2018, 17:53

To teraz jest taka moda ze kraj ma prawo do obrony swojego bezpieczeństwa przez wchodzenie na terytorium drugiego panstwa? to rosjanie tez mogą to zrobic i nato im przyklaśnie? co to za tłumaczenie?

Heisenberg
wtorek, 13 marca 2018, 05:36

Rosjanie robią dokładnie to samo w Donbasie. Dzięki rewolucji ukraińskiej wpływy rosyjskie na Ukrainie zaczęły topnieć i dlatego Rosja zajęła Krym i doprowadziła do ustanowienia republik separatystycznych. Turcja od dawna wspierała opozycję syryjską, jak ta zaczęła przegrywać, to żeby zabezpieczyć swoje wpływy musieli interweniować, no i to właśnie robią.

Kuba
wtorek, 13 marca 2018, 12:34

Rosja nie miała innego wyjścia musiała zająć Krym .w przeciwnym razie stały by tam bazy USA czy ty pozwolilibyśmy wrogowi osiedlić się obok siebie ?

zenek
wtorek, 13 marca 2018, 18:17

Rosja się przestraszyła, że Ukraina wypowie umowy o dzierżawę baz na Krymie. To prawda ale, że miałyby być tam bazy Amerykańskie? To już rosyjska propaganda.

zenek
wtorek, 13 marca 2018, 18:16

Bazy USA mogą być w Estonii. Rzut beretem od Petersburga. Po jakiego diabła miałyby być na Krymie skoro cały akwen Morza Czarnego jest blokowany przez Cieśninę Bosfor? Dlaczego nie ma ich w Dniepropietrowsku lub Kijowie? Jeszcze bliżej niż z Krymu.....

ZZZ
wtorek, 13 marca 2018, 16:31

Rozumiem, że w takim razie nie mamy innego wyjścia jak tylko zająć Kaliningrad?

Reklama
Reklama
Reklama
Tweets Defence24
 
Reklama
Reklama