Poprad w Gołdapi. Pytania o rozwój systemu

9 czerwca 2019, 10:12
Poprad Gołdap12
Fot. st. szer. Wojciech Król/CO MON

Po dostarczeniu do 15. Pułku Przeciwlotniczego w Gołdapi zestawy przeciwlotnicze Poprad stanowią już wyposażenie wszystkich trzech dywizji Wojsk Lądowych Sił Zbrojnych RP. System ten, choć nowoczesny, powinien być cały czas rozwijany, aby sprostać dynamicznie rozwijającym się zagrożeniom. Potencjał do takiego rozwoju znajduje się w krajowym przemyśle. Jeśli zostanie wykorzystany, Polska może dołączyć do czołówki producentów mobilnych systemów obrony wojsk lądowych.

Kilka dni temu minister obrony narodowej Mariusz Błaszczak wziął udział w przekazaniu do 15. Pułku Przeciwlotniczego w Gołdapi, należącego do 16. Pomorskiej Dywizji Zmechanizowanej, samobieżnych przeciwlotniczych zestawów Poprad. Podczas ceremonii szef MON podkreślił znaczenie faktu, że system powstał w krajowym przemyśle.

- Ten sprzęt, który przed chwilą przekazałem jest produkowany w Polsce.  To jest produkt Polskiej Grupy Zbrojeniowej, a więc konsorcjum firm, które zanotowały dodatni wynik finansowy za rok ubiegły. To jest też niezwykle ważne, żeby Wojsko Polskie korzystało, w tych dziedzinach w jakich to jest możliwe, z produktów polskiego przemysłu zbrojeniowego - mówił minister Błaszczak.

Po dostarczeniu do Gołdapi zestawami Poprad dysponują już wszystkie trzy pułki przeciwlotnicze, wchodzące w skład polskich dywizji. Wcześniej bowiem Poprady dostarczono do 8. pułku (podporządkowanego 12. Dywizji w Szczecinie) oraz 4. pułku (podporządkowanego 11. Lubuskiej Dywizji Kawalerii Pancernej).

Dziś tych zestawów w WP jest ponad 20, a do 2021 roku dostarczonych ma być łącznie 77 wozów. Trafią one nie tylko do pułków przeciwlotniczych dywizji ogólnowojskowych, ale też do dywizjonów (zapewne nie wszystkich) brygad zmechanizowanych. Po 2021 roku prawdopodobne są dalsze zakupy – między innymi na potrzeby formowanej 18. Dywizji Zmechanizowanej.

Poprad stanie się więc coraz ważniejszym elementem wyposażenia Wojsk Obrony Przeciwlotniczej. Wprowadzenie tego zestawu z pewnością istotnie zwiększa ich potencjał, w szczególności jeżeli chodzi o zwalczanie celów niskolecących, takich jak śmigłowce, rakiety manewrujące, czy drony przy użyciu rakiet Piorun. Zestaw ten ma jednak duży potencjał rozwojowy. Nie wolno go zaprzepaścić, tym bardziej że w ostatnich latach obserwujemy skokowy wzrost potencjału środków napadu powietrznego potencjalnego przeciwnika i ten system powinien być częścią odpowiedzi na zagrożenie.

Czym jest Poprad?

Przypomnijmy, że Poprad to oparty na podwoziu 4x4 (AMZ Żubr) zestaw przeciwlotniczy, którego głównym uzbrojeniem są cztery pociski przeciwlotnicze Grom/Piorun. System, zbudowany przez należącą do PGZ spółkę PIT-RADWAR, dysponuje między innymi głowicą elektrooptyczną z kamerami dzienną, termowizyjną i dalmierzem laserowym, videotrackerem (układem automatycznego śledzenia celów), czy systemem identyfikacji swój-obcy IFF.

image
Fot. st. szer. Wojciech Król/CO MON

Poprad dysponuje też systemem łączności cyfrowej oraz nawigacji. Dzięki temu jest w stanie prowadzić działania zarówno w zintegrowanym systemie obrony powietrznej, jak i w pełni autonomicznie. Jak każdy podobny zestaw, najskuteczniejszy byłby w warunkach współdziałania z odpowiednimi sensorami, takimi jak używana już w WP stacja radiolokacyjna Soła lub przygotowany do wprowadzenia nowszy system Bystra.

Dziś Poprad może zwalczać cele powietrzne na dystansie ok. 6,5 km (z użyciem nowych rakiet Piorun), i ok. 5,5 km (z użyciem starszych rakiet Grom). Pierwotnie Poprad był uzbrojony w pociski Grom, a wprowadzenie Piorunów – już po dostawie pierwszych Popradów – pozwoliło na zwiększenie strefy rażenia celów.

Założenia koncepcyjne systemu Poprad są zbliżone do tych, jakie towarzyszyły powstaniu w pierwszych latach XXI wieku lekkich systemów obrony przeciwlotniczej, takich jak LeFlaSys/ASRAD, używany w Niemczech, Holandii czy Turcji. Chodziło o osadzenie kilku (najczęściej czterech) wyrzutni rakiet, używanych wcześniej w wyrzutniach przenośnych, na samobieżnym podwoziu, z głowicą optoelektroniczną do kierowania ogniem.

Takie rozwiązanie daje większą elastyczność w stosunku do stosowania wyłącznie zestawów naramiennych. Zestaw samobieżny może cały czas pełnić dyżur bojowy, łatwiej jest też naprowadzać wyrzutnie na cel. Co ciekawe, obecnie w Polsce – na ćwiczeniu Tobruq Legacy – znajdują się elementy wspomnianego zestawu LeFlaSys, i to w co najmniej dwóch wersjach. Pierwszą jest pojazd Ozelot na podwoziu gąsienicowym Wiesel, drugą – Stinger Weapon Platform Fennek, - jak sama nazwa wskazuje – na kołowym Fenneku. Oba systemy mają w zasadzie tożsame założenia wykorzystania, jak w wypadku Poprada, a wprowadzenie na uzbrojenie Pioruna powoduje, że polscy przeciwlotnicy mają system o większym zasięgu i wyższych możliwościach bojowych.

Strzelanie niemieckich zestawów Ozelot, należących do Luftwaffe. Fot. Luftwaffe/Kevin Schrief.
Strzelanie niemieckich zestawów Ozelot, należących do Luftwaffe. Fot. Luftwaffe/Kevin Schrief.

Oczywiście, zestawy naramienne również mają swoją rolę, stanowiąc „organiczną” i „rozproszoną” OPL dla małych pododdziałów. Dowodem na to jest choćby sposób wprowadzania nowej strategii obrony przeciwlotniczej U.S. Army. Równolegle z przywracaniem do służby koncepcyjnie zbliżonych do Poprada Avengerów, i wprowadzaniem ich następców (system IM-SHORAD na podwoziu KTO Stryker, który oprócz Stingerów ma także rakiety Hellfire i systemy artyleryjskie), do wybranych amerykańskich brygad, w tym tych stacjonujących w Europie, wracają „klasyczne” przenośne Stingery.

Powód jest prosty – obrona przeciwlotnicza z natury jest komplementarna i warstwowa. To generalna zasada, o czym była mowa np. podczas niedawnej konferencji Defence24 DAY. Tak jak dysponowanie systemami klasy np. Poprada nie może być uznawane za uzasadnienie okładania decyzji w sprawie „wyższych pięter” OPL (Narew, Wisła) – tak zestawy naramienne i samobieżne w ramach „najniższej warstwy” powinny ze sobą współpracować, bo np. w pofałdowanym (zurbanizowanym) terenie najskuteczniejsze może okazać się odpalenie rakiety z wyrzutni przenośnej.

Długie ramię Poprada

W ostatnich latach obserwujemy ewolucję zagrożeń z powietrza, również w bezpośrednim otoczeniu Polski. Skutki tej ewolucji widać np. w czasie wojny w Syrii. Można wyróżnić trzy podstawowe elementy:

  • Wzrost zasięgu lotniczych środków rażenia potencjalnego przeciwnika. Dotyczy to między innymi śmigłowców i przenoszonych przez nie systemów rakiet przeciwpancernych. O ile jeszcze kilka lat temu standardem w nowych systemach wykorzystywanych w rosyjskich siłach zbrojnych był zasięg do 6 km (podstawowa wersja pocisków Ataka), to dziś mówi się o wykorzystaniu pocisków o zasięgu 8-10 km (np. Wichr, Ataka-M). W perspektywie ten zasięg może jeszcze wzrosnąć, choć – jak w każdym przypadku strzelania „ponad horyzont”, konieczne będzie wskazanie celu – np. przez drony. Tak samo sytuacja ma się, jeśli chodzi o załogowe lotnictwo. Dziś Rosjanie wciąż w większości używają bomb niekierowanych (zrzucanych najczęściej z odległości kilku km). Dużo rzadziej stosowane są bomby kierowane elektrooptycznie (zrzucane z odległości kilku do kilkunastu km) i rakiety o podobnym zasięgu. Ale już mówi się o wprowadzeniu bomb szybujących, zdolnych do rażenia celów z dystansu ok. 40-50 km.
  • Zwiększenie zakresu wykorzystania bezzałogowych środków latających i amunicji precyzyjnej. Zarówno na Ukrainie jak i w Syrii obserwujemy też wzrost wykorzystania systemów klasy BSP, m.in. do koordynowania ognia artylerii. Ich cechą charakterystyczną jest niski koszt. Co za tym idzie, nawet jeśli jeden dron zostanie zestrzelony (używa się do tego broni lufowej, ale też zestawów przeciwlotniczych klasy Osy czy nawet Patriota), to można wysłać do działań kolejny. Kluczowe jest tu utrzymanie stosunku koszt-efekt, tak aby – przynajmniej w większości przypadków – środek zwalczania był tańszy, niż środek który jest zwalczany. Trzeba więc myśleć o zastosowaniu systemów obezwładnienia elektronicznego, artyleryjskich, ale w pewnych sytuacjach nieodzowne może być użycie rakiet. Jeśli tak, warto by były to „tanie” rakiety. To samo dotyczy zwalczania amunicji precyzyjnej. Jeżeli w danym momencie nie będziemy w stanie zwalczać nosiciela, a jedynie przenoszone przez nie środki rażenia, powinny one być – w miarę możliwości – zwalczane nie przez najdroższe pociski, ale przez „tanie” rakiety.
  • Wzrost skomplikowania przechwytywania celów powietrznych. Rozwój technologiczny powoduje, że cele powietrzne, z jakimi przeciwlotnicy mogą mieć do czynienia, stają się coraz trudniejsze. Przykładowo, śmigłowce (choćby rosyjskie Mi-35M) są wyposażane w systemy zakłóceń w podczerwieni. Szczególną trudnością może być również przechwytywanie zaawansowanych typów środków precyzyjnego rażenia – takich, jak choćby naddźwiękowe pociski przeciwokrętowe systemu Bastion, już dziś rozmieszczone w Kaliningradzie i dostosowane również do atakowania celów lądowych.

Widzimy więc wzrost zagrożeń z powietrza, zarówno pod kątem jakościowym, jak i ilościowym. To pierwsze zagrożenie powoduje, że dąży się do zwiększenia potencjału rakiet przeciwlotniczych – zasięgu, odporności na zakłócenia, ale też zdolności przechwytywania trudniejszych celów. Dotyczy to również systemów klasy Poprad/Piorun.

Pociski bardzo krótkiego zasięgu Mistral w najnowszej wersji charakteryzują się zwiększonym zasięgiem. Fot. pildid.mil.ee
Pociski bardzo krótkiego zasięgu Mistral w najnowszej wersji charakteryzują się zwiększonym zasięgiem. Fot. pildid.mil.ee

Przykładowo, zaliczany do klasy bardzo krótkiego zasięgu francuski pocisk Mistral 3 generacji może zwalczać cele na dystansach – według różnych źródeł – 6,5-8 km, podczas gdy przy wcześniejszych wersjach mówiło się raczej o zasięgu maksymalnym 5-6 km. Podobnie jest ze szwedzkim RBS-70, który w nowej wersji BOLIDE może przechwytywać cele na dłuższym dystansie (8 km).

W ten trend wpisuje się również Piorun – w stosunku do systemu Grom cechuje się znacznie większym zasięgiem, to ok. 6,5 km. Ma też nową głowicę naprowadzającą, która ma bardzo wysokie możliwości trafienia celów bezpośrednim trafieniem. Podczas konferencji Defence24 DAY prezes odpowiedzialnej za rozwój głowic naprowadzających Groma/Pioruna spółki Telesystem-Mesko Janusz Noga stwierdził, że system naprowadzania „widzi” cele dalej, niż jest w stanie dolecieć rakieta – na dystans 12 czy 14 km. To wszystko daje potencjał do budowy z Pioruna systemu o jeszcze większym zasięgu – bez konieczności większych zmian w systemie naprowadzania, bo ten pozostaje pod polską kontrolą.

Należy dodać, że w obecnej postaci Piorun odpalany jest bezpośrednio z ramienia strzelca, co w oczywisty sposób wymusza pewne ograniczenia jeśli chodzi o zasięg itd. Nic jednak nie stoi na przeszkodzie, aby już na samobieżnych Popradach instalować – wykorzystując dokładnie ten sam system kierowania, dowodzenia itd.  – rakiety o większym zasięgu, rzędu 10-12 km. I takie rakiety mogą być opracowane w Polsce i produkowane pod polską kontrolą. System naprowadzania, z zasady najtrudniejszy element rakiety, już mamy.  Jednocześnie w CRW Telesystem-Mesko trwają prace własne nad opracowaniem nowej wielospektralnej głowicy samonaprowadzającej do rakiety o zasięgu powyżej 10 km charakteryzującej się nowymi algorytmami rozpoznania celu oraz zweryfikowanymi i zoptymalizowanymi pasmami spektralnymi.

Należy zaznaczyć, że taka rakieta wpisywałaby się w trendy rozwoju systemów przeciwlotniczych, ale i odpowiedzi na wzrost zagrożeń nie tylko pod kątem jakościowym, ale i ilościowym. To drugie powoduje, że istnieje poważne ryzyko saturacji (zużycia pocisków przechwytujących). To niebezpieczeństwo można jednak zmniejszyć, stosując właśnie warstwową i komplementarną obronę.

W praktyce oznacza to, że zestawy przeciwlotnicze niższych szczebli powinny „odciążać” systemy wyższego poziomu, zapobiegając zużyciu najdroższych pocisków. Przykładowo, jeżeli cel typu pocisk manewrujący znajdzie się zarówno w strefie rażenia zestawu Wisła, jak i zestawu Narew, do jego zwalczania – w ramach zintegrowanego systemu obrony – powinny zostać skierowane pociski systemu Narew. Dzięki temu droższe rakiety Wisła będą mogły zostać zachowane na te cele, które nie będą mogły być zwalczane przez Narew.

image
Docelowy schemat zwalczania celów powietrznych przez trójwarstwowy system obrony powietrznej/przeciwrakietowej (AMD). System bardzo krótkiego zasięgu (M-SHORAD) broni bezpośrednio wojsk współpracując z zestawem krótkiego zasięgu (IFPC), zapewniającym osłonę lokalną. IFPC współdziała również z systemem Patriot, dzięki czemu ten ostatni zwalcza tylko najtrudniejsze cele. Ilustracja: U.S. Army. 

Podobną rolę, niejako wspierając system Narew, albo nawet stanowiąc jego część, mógłby stanowić pocisk przeciwlotniczy o zasięgu 10-12 km. Tańszy i prostszy, niż pocisk klasy CAMM-ER, AMRAAM-ER czy Barak-MX, a jednocześnie mogący zwalczać znacznie więcej celów, niż rakiety odpalane z ramienia. Nic nie stoi na przeszkodzie, by był to dokładnie ten sam pocisk, co opracowany – na bazie Pioruna – dla Poprada.

Polska obrona powietrzna jak U.S. Marines?

Podobną koncepcję rozwoju naziemnej obrony powietrznej przyjęła amerykańska piechota morska. „Dziś” do służby przywracane są przenośne zestawy Stinger (których funkcjonalnym odpowiednikiem jest Grom/Piorun). Do służby kierowane są też pojazdy z wyrzutniami Stingerów na bazie samochodu wielozadaniowego L-ATV (funkcjonalny odpowiednik Poprada). Nota bene, tworzony z ich udziałem system obronny wzmacniany jest również o elementy niekinetyczne, służące do zwalczania dronów – ale wprowadzane obok, a nie zamiast rakiet, być może nawet na tym samym podwoziu.

Natomiast w ciągu kilku lat piechota morska planuje wprowadzić system o większym zasięgu. W marcu Marine Corps Times poinformował, że rozważa się wdrożenie izraelskiego Iron Dome, w dwóch konfiguracjach. Pierwsza, na ciężarówce MTVR, będzie mogła przenosić do 20 rakiet, będzie więc mogła zwalczać zmasowane ataki rakietowe (Counter Rocket, Artillery, Mortar – C-RAM). Druga natomiast, z czterema rakietami, zostanie osadzona na pojeździe 4x4 JLTV. Innymi słowy – funkcjonalny odpowiednik Poprada zostanie uzupełniony rakietami o większym zasięgu.

image
Szwedzki zestaw przeciwlotniczy z czterema rakietami IRIS-T SLS na podwoziu gąsienicowym. Fot. Mogens Berger/Försvarsmakten

Pociski o zasięgu około 10 km są wprowadzane również w innych krajach. Przykładami są Szwecja i Norwegia, które wprowadzają do sił naziemnej obrony powietrznej rakiety IRIS-T-SLS, czyli zaadaptowane rakiety powietrze-powietrze krótkiego zasięgu produkowane przez Diehl Defence, używane już w siłach powietrznych tych państw odpowiednio na Gripenach i F-16. Są one zdolne do zwalczania celów powietrznych na dystansie ok. 10 km przy odpalaniu z ziemi.

W pierwszym przypadku zestaw IRIS-T-SLS (wyrzutnia z czterema rakietami) umieszczana jest na dwuczłonowym podwoziu gąsienicowym Bandvagan 410. Pierwotnie system ten został wprowadzony jako następca lżejszego RBS 70, z myślą o współdziałaniu z wprowadzanymi bateriami Patriot.

W praktyce Szwedzi – z uwagi na zmiany otoczenia bezpieczeństwa – planują utrzymanie w służbie lżejszych zestawów, a może również pozyskanie lżejszych przenośnych systemów, równolegle z pozyskaniem systemu samobieżnego. Doszli widać do wniosku że w warstwowej obronie jest miejsce zarówno dla zestawów przenośnych, jak i samobieżnych.

W Norwegii natomiast rakieta IRIS-T SLS trafi na zmodyfikowane podwozie transportera M113, jako element mobilnej wersji systemu NASAMS. Dzięki temu Oslo odtworzy zdolność mobilnej osłony wojsk lądowych, i ta zdolność będzie budowana w oparciu o już istniejące systemy: rakietę IRIS-T, wóz M113 i sam NASAMS, który od lat służy w siłach powietrznych Norwegii.

W tym miejscu warto dodać, że Wojsko Polskie zidentyfikowało już potrzebę wdrożenia systemu obrony powietrznej bardzo krótkiego zasięgu, w tym osłony C-RAM (przeciwko pociskom moździerzowym, rakietowym i artyleryjskim) oraz mobilnej osłony Wojsk Pancernych. To ostatnie wymaga, oczywiście, zastosowania podwozia gąsienicowego, ale zasady budowania takiego systemu są podobne, jak w wypadku zestawu Poprad.

Stosowny program otrzymał kryptonim SONA. Jeszcze przed przyjęciem Planu Modernizacji Technicznej w perspektywie do 2026 roku MON informował, że ww. program został uznany za „perspektywiczny” ale nie wiadomo czy uda się na niego zabezpieczyć pieniądze. A więc nie dlatego, że nie jest potrzebny, ale z uwagi na szeroki zakres programów modernizacyjnych, i ograniczone środki.

Biorąc to pod uwagę, można postawić tezę, że jednym ze sposobów realizacji tego wymogu mogłaby być modernizacja pocisku Piorun, i wdrożenie go do zestawu Poprad.

Taki program mógłby być realizowany relatywnie niewielkim nakładem (bo dotyczyłby, na początku, tylko jednego elementu – rakiety), a kolejne – np. wyrzutnię kontenerową z większą jednostką ognia do systemu C-RAM, podwozie gąsienicowe do osłony Wojsk Pancernych czy środki obezwładniania bezzałogowych statków powietrznych, można by dodawać w miarę upływu czasu i dostępności środków finansowych.

Warto zauważyć, że nawet tak bogate państwa jak USA, Szwecja, Norwegia budują swoje systemy przeciwlotnicze bardzo krótkiego zasięgu stopniowo i „z klocków”, używając istniejących podwozi, rakiet, systemów wykrywania i w miarę upływu czasu dodając kolejne elementy. Polska mogłaby postąpić podobnie, co byłoby o tyle korzystne, że w zasadzie wszystkie „klocki” (wyrzutnia rakietowa z systemem kierowania ogniem, system naprowadzania rakiety, radary wykrywania i śledzenia celów) są już w kraju.

Zestawy klasy Wisła są niezbędne, ale ich koszt powoduje, że muszą być wspierane przez znacznie liczniejsze od nich systemy zwalczające większość celów, w tym niskolecących. US Army.
Zestawy klasy Wisła są niezbędne, ale ich koszt powoduje, że muszą być wspierane przez znacznie liczniejsze od nich systemy zwalczające większość celów, w tym niskolecących. U.S. Army.

A „brakujący element”, czyli technologię konstrukcji i układu napędowego rakiet o zasięgu 10-15 km (bez układu naprowadzania!) można by pozyskać w ramach współpracy przemysłowej związanej z II fazą programu Wisła i/lub programem Narew.

Tym bardziej, że taki Poprad dysponujący „długim ramieniem”, powinien współpracować z systemem Narew, ale też mógłby osłaniać elementy cennych i nielicznych zestawów Wisła (np. w trakcie przemarszu). Jest tajemnicą poliszynela, że podczas jednej z edycji ćwiczenia Victory Strike, zorganizowanego tuż po wejściu Polski do NATO (a więc w czasach, gdy środki napadu były dużo mniej rozwinięte niż dziś!), małemu pododdziałowi śmigłowców Apache udało się „zniszczyć” stanowisko dowodzenia batalionu Patriot, pozbawione odpowiedniej osłony bardzo krótkiego zasięgu...

Wbrew pozorom pierwsze kroki w celu zwiększenia zdolności budowy systemów rakietowych zostały już podjęte, w ramach offsetu za I fazę programu Wisła. Chodzi o budowę laboratorium do badania systemów rakietowych, które z pewnością ułatwi rozwijanie przez polskie spółki nowych rozwiązań w tym zakresie. Jednocześnie system Piorun, mogący stanowić bazę dla nowego polskiego pocisku przeciwlotniczego, jest rozwiązaniem unikatowym i o bardzo wysokich możliwościach bojowych.

Wprowadzenie zestawu Poprad do Sił Zbrojnych RP jest niewątpliwym sukcesem MON i polskiego przemysłu. Za ponad miliard złotych do SZ RP trafi łącznie 77 nowoczesnych zestawów przeciwlotniczych, a po ukończeniu obecnego kontraktu – najprawdopodobniej również kolejne. Rozwój zagrożeń jest jednak nieubłagany i ten system powinien być dalej rozwijany. Polski przemysł, dzięki połączeniu systemów Poprad i Piorun ma w ręku narzędzia, dzięki którym Warszawa może stać się jednym z wiodących producentów systemów przeciwlotniczych, a Wojsko Polskie może otrzymać rozwiązanie będące niezbędnym uzupełnieniem systemu obrony powietrznej. I to opracowane w kraju.

Reklama
Tweets Defence24