Rosja chce zastraszyć Zachód, ale przesunięcie NATO na wschód jest faktem [KOMENTARZ]

4 czerwca 2016, 12:20
W działaniach w celu wzmocnienia wschodniej flanki uczestniczy też Bundeswehra. Fot. Bundeswehr/Carsten Vennemann
Fot. chor. Rafał Mniedło
Rosjanie sprzeciwiają się budowie instalacji przeciwrakietowych w Redzikowie. Fot. MDA.

Deklaracje dotyczące rozlokowania w Polsce i państwach bałtyckich batalionowych grup bojowych, będących elementem systemu obrony kolektywnej stanowią bardzo istotny krok naprzód w zakresie ochrony państw Europy Środkowo-Wschodniej przez Sojusz. Dzieje się tak pomimo prób zastraszenia państw NATO, dokonywanych przez Rosję.

Podczas wizyty sekretarza generalnego NATO Jensa Stoltenberga w Polsce padły jednoznaczne deklaracje dotyczące obecności bojowych jednostek Sojuszu w krajach Europy Środkowo-Wschodniej. Oznacza to, że Pakt Północnoatlantycki dokonał „kroku na wschód”, pomimo prób zastraszenia podejmowanych przez Federację Rosyjską. Punkt widzenia Moskwy wobec działań Sojuszu obrazuje wywiad, jakiego udzielił Defence24.pl rosyjski analityk wojskowy Paweł Felenghauer.

Pakt Północnoatlantycki rozmieści w Polsce i państwach bałtyckich cztery batalionowe grupy, które będą w każdym czasie gotowe do podjęcia działań bojowych. Oznacza to, że każda agresja na terytorium państw NATO będzie równoznaczna z atakiem na wielonarodowe siły zbrojne (a nie tylko armie państw gospodarzy). Łącznie będzie to prawdopodobnie kilka tysięcy żołnierzy, według szefa polskiego MON Antoniego Macierewicza – znacznie ponad 4 tysiące.

W wywiadzie dla Defence24.pl Łukasz Kulesa z European Leadership Network przyznał, że te siły mogą być niewystarczające dla odparcia potencjalnej pełnoskalowej inwazji. Stanowią jednak istotne wzmocnienie, szczególnie dla niewielkich armii państw bałtyckich. Szef MON Antoni Macierewicz stwierdził, że wysunięta obecność w tym zakresie jest potrzebna do zapewnienia skutecznego użycia sił natychmiastowego reagowania Sojuszu (tzw. szpicy), które mogą wzmocnić sojuszników po powstaniu zagrożenia. „Stała wysunięta obecność NATO jest niezbędna aby szpica mogła wejść do ewentualnego działania niezbyt późno, co nam dotychczas groziło. Oznacza to że łączna liczba wojsk NATO, która byłaby uruchomiona w razie zagrożenia, jest naprawdę bardzo duża i wystarczająca do skutecznego odstraszenia.”

Jednocześnie, jak zaznaczył Łukasz Kulesa, ta obecność oznacza, że „Rosjanie muszą zakładać, że ewentualny atak doprowadzi do konfliktu z wiodącymi państwami Sojuszu.”. Obecność wojsk NATO po szczycie w Newport miała bowiem charakter ćwiczebny, a wcześniej nie rozlokowywano na terenie „nowych” państw członkowskich sojuszniczych wojsk. Było to warunkowane zapisami Aktu Stanowiącego zawartego między Rosją a NATO z 1997 roku, w treści którego Sojusz deklarował że nie będzie rozmieszczać na stałe znacznych sił wojskowych na terytorium nowo przyjętych państw Paktu, w obecnym i przewidywalnym środowisku bezpieczeństwa.

Nie mniej istotne w polityce NATO było postrzeganie Rosji jako partnera i skupianie się na operacjach ekspedycyjnych, przez co nawet zakres ćwiczeń elementów obrony kolektywnej (a nie kompleksowej operacji, jak Anakonda 2016), został ograniczony w stosunku do stanu po przyjęciu Polski do Paktu Północnoatlantyckiego. Wypracowane rozwiązanie pozwala na dochowanie zobowiązań umowy pomiędzy Sojuszem a Moskwą m.in. przez rotacyjny charakter obecności, choć władze NATO są zgodne że „środowisko bezpieczeństwa” uległo zmianie wskutek agresji Rosji wobec Ukrainy, co nawet w ramach deklaracji z 1997 roku pozwala Sojuszowi na rozmieszczenie stałych baz znacznych sił wojskowych.

Marder
Fot. Bundeswehr/Carsten Vennemann

Przeciwko takiej decyzji opowiadały się np. Niemcy (choć zdecydowały o objęciu dowodzenia batalionem rotacyjnym, w przeciwieństwie np. do Francji), sceptyczna wobec niej była także administracja amerykańska. Nie tylko ze względów politycznych, ale też z uwagi na strukturalne problemy US Army i trudności, jakie mogłyby się wiązać z potencjalnym formowaniem nowych jednostek i budową stałych baz.

W wywiadzie dla Defence24.pl Paweł Felenghauer wspomina m.in., że rosyjscy wojskowi „są przekonani” że celem baz przeciwrakietowych w Polsce i Rumunii jest… likwidacja prezydenta Putina przez atak na Moskwę i Soczi. Systemy rakietowe, które będą tam rozlokowywane w ogóle nie są przeznaczone do zwalczania celów na lądzie. Wyraża też obawy przed „prewencyjną agresją” Moskwy, wskazując że również generałowie NATO mogą być skłonni do pierwszego uderzenia na Rosję.

Takie wypowiedzi pokazują wyraźnie, że Kreml dąży do zastraszenia państw NATO. Podejmowane przez Sojusz środki mają charakter obronny i w sumie, mimo wszystko, dość ograniczony zakres. Pamiętać też trzeba, że w momencie osłabienia się Rosji po upadku ZSRR „antyrosyjskie” NATO nie tylko nie podjęło żadnych skierowanych przeciwko niej działań, ale rozpoczęło współpracę z Moskwą, w tym w zakresie bezpieczeństwa.

Paweł Felenghauer twierdzi też, że powinno się dążyć do podziału „stref wpływu”, nie przywiązując przy tym większej wagi do woli obywateli państw, znajdujących się w tych obszarach. Umowa z Jałty przyczyniła się przecież do ponad 40-letniego okresu zniewolenia państw Europy Środkowo-Wschodniej, a jej skutki, w tym gospodarcze czy nawet militarne, będą odczuwalne przez dziesięciolecia. Niższy poziom rozwoju ekonomicznego przekłada się też na mniejszą zdolność rozbudowy/modernizacji własnych sił zbrojnych!

Aegis Ashore
Fot. MDA.

Z drugiej strony należy mieć na uwadze to, że kanały komunikacyjne i dialog polityczny nie mogą zostać przerwane. Trzeba jednak pamiętać, że dialog ten nie może się odbywać kosztem suwerenności niektórych państw NATO czy w atmosferze zastraszania. Decyzja o ustanowieniu wysuniętej obecności wojskowej w pewien sposób „wyrównuje” status bezpieczeństwa wszystkich członków Sojuszu, co z punktu widzenia krajów Europy Środkowo-Wschodniej tworzy warunki do dialogu z Rosją, a nie jest jego zaprzeczeniem.

Należy pamiętać o utrzymywaniu kanałów komunikacyjnych i dialogu z Moskwą, który jednak nie może być odczytywany jako możliwość szantażowania niektórych członków Sojuszu przez Kreml i musi być realizowany obok (a nie zamiast) rozbudowy własnego systemu wspólnej obrony.

.

Wypowiedzi Felenghauera są też dowodem na istnienie wśród części rosyjskich decydentów pewnego rodzaju nieracjonalnych obaw, wynikających w dużej mierze z… przyjętego przez Kreml sposobu postępowania i spekulacji, czy NATO nie postąpi podobnie. Przykładem jest tutaj kwestia systemu obrony przeciwrakietowej w Polsce czy Rumunii. Rosjanie wyrażają bowiem obawy, że może on zostać zmodyfikowany w celu przenoszenia pocisków manewrujących Tomahawk.

Obecnie nie posiada on takich zdolności, a Amerykanie w ogóle zrezygnowali z rakiet tego typu z uwagi na wymogi traktatowe INF, użycie pocisków ziemia-ziemia nie ma też nic wspólnego z założeniem i koncepcją funkcjonowania systemu obrony przeciwrakietowej, który ma chronić przed pociskami odpalonymi przez organizacje terrorystyczne czy tzw. państwa zbójeckie z obszaru Bliskiego Wschodu.

Jednocześnie Rosjanie umieścili na własnym systemie rakietowym Iskander pociski manewrujące rodziny 3M14, opracowane oficjalnie dla marynarki wojennej, o zasięgu szacowanym na ponad 2000 km. Jest to złamanie traktatu INF (zabrania on posiadania rakiet odpalanych z wyrzutni lądowych). Stąd obawy Rosjan, że Zachód może działać w podobny sposób, choć byłoby to sprzeczne z podstawowymi zasadami polityki bezpieczeństwa USA i NATO, które w stosunkach z Moskwą są przestrzegane szczególnie rygorystycznie. Dość powiedzieć, że według Breaking Defense argumentem przeciwko wycofaniu z Europy myśliwców F-15C był ich brak zdolności do przenoszenia broni jądrowej, i tym samym możliwość ich rozmieszczenia w państwach bałtyckich bez wywoływania napięć z Rosją, która sama przecież posiada w Obwodzie Kalinigradzkim szereg systemów uzbrojenia zdolnych do przenoszenia broni jądrowej (na co dzień używanych w siłach konwencjonalnych), jak np. rakiety Toczka-U czy bombowce Su-24M (podobne możliwości mają rozmieszczane tam okresowo rakiety Iskander).

Obawy Rosjan oczywiście nie mogą być przeszkodą dla rozbudowy systemu obronnego NATO, gdyż w ten sposób umożliwionoby realizację strategicznych celów Moskwy, podziału Sojuszu czy nawet naruszenia suwerenności krajów Europy Środkowo-Wschodniej. Jednakże stanowią jeden z powodów, dla których należy dążyć do transparentności i utrzymywania kanałów komunikacji (niezależnie od dbałości o własną zdolność obronną), nawet jeżeli Federacja nie postępuje w podobny sposób i pomimo, że podobne postępowanie utrudniają (celowo) zastraszające działania Moskwy.

Rosyjski analityk przyznał przy tym, że Moskwa nie spodziewała się tak zdecydowanej reakcji Unii Europejskiej na agresję wobec Ukrainy, wyrażanej przez przyjęcie sankcji sektorowych. W jego opinii Kreml ma bardzo niskie zdanie o obecnych przywódcach europejskich. Jednocześnie wskazał, że podziały w obszarze euroatlantyckim (np. spełnienie deklaracji Donalda Trumpa dotyczących NATO) są na rękę Rosji.

Widać więc wyraźnie, że w sytuacji zagrożenia ze strony Moskwy szczególne znaczenie ma wykazanie jedności i spójności Zachodu. Wydaje się więc, że decyzja o ustanowieniu bojowej obecności rotacyjnej, która może być zaakceptowana przez wszystkie państwa NATO, może okazać się dobrym rozwiązaniem.

Oczywiście, oprócz tego konieczna jest odbudowa zdolności Sojuszu do działań o dużej intensywności, tak aby NATO było przygotowane do reagowania na wszystkie scenariusze, włącznie z pełnoskalowym atakiem. Skutki cięć budżetowych, wdrażanych w świetle kryzysu gospodarczego, muszą zostać odwrócone, aby odstraszanie – zapewniane przez wysuniętą obecność relatywnie niewielkich, bojowych jednostek Paktu, było w pełni wiarygodne. Wreszcie, należy pamiętać o systemie odstraszania jądrowego Sojuszu, służącym do odstraszania i odpierania ewentualnych ataków prowadzonych za pomocą broni masowego rażenia

Jednocześnie budowa stałych baz, podobnych jak np. w RFN w czasie Zimnej Wojny, jest w obecnej sytuacji mało realna, nie tylko ze względów politycznych, ale i czysto wojskowych. Siły zbrojne państw europejskich borykają się przecież z problemami strukturalnymi, istnieją trudności z utrzymaniem gotowości istniejących struktur, nie mówiąc już o formowaniu nowych, dużych jednostek i tworzeniu nowych miejsc stacjonowania.

Z kolei Stany Zjednoczone, zaangażowane w wielu obszarach, domagają się od europejskich sojuszników zwiększenia zakresu odpowiedzialności za bezpieczeństwo na kontynencie. Dlatego jest mało realne, aby obecność dużych formacji wojsk USA została ustanowiona na zasadzie bilateralnej, zwłaszcza w kontekście sprzeciwu państw europejskich. System odstraszania musi więc zostać oparty o wysuniętą obecność o charakterze wielonarodowym, siły reagowania NATO, rozbudowane już po szczycie w Walii oraz ogólny potencjał obronny Sojuszu Północnoatlantyckiego. Podjęcie stosownych decyzji w Warszawie będzie warunkiem zapewnienia państwom Europy Środkowo-Wschodniej odpowiedniego poziomu bezpieczeństwa. 

Reklama
KomentarzeLiczba komentarzy: 26
Reklama
really?
niedziela, 5 czerwca 2016, 23:20

Rosja raczej wykonuje strategiczną "maskirowkę". Na Ukrainie właśnie podeschła ziemia i można jeździć czołgami bez nieustannej obawy o ugrzęźnięcie w błocie (plan "Barbarossa" miał rozpocząć się 15 maja na linii Bugu właśnie z tego względu). Wycofane w połowie marca z Syrii ostrzelane oddziały właśnie zdążyły odpocząć i wyremontować oraz uzupełnić sprzęt. Nad granicę ukraińską przerzucono 2 brygady (błędnie opisane jako przerzucane nad granicę białoruską - wystarczy sprawdzić mapy) oraz rozpoczęto tworzenie 3 nowych dywizji - również wzdłuż granicy ukraińskiej. Putin z okazji uruchomienia "tarczy antyrakietowej" w Rumunii zapowiedział odwet i stwierdził że ma odpowiednie możliwości. Faktycznie, możliwości bezpośredniego skutecznego zaatakowania NATO, nawet w postaci państw bałtyckich, Rosja ma niewielkie; natomiast możliwość wygrania przez Rosję wojny z Ukrainą jest prawie stuprocentowa. Realnie, Putin może kazać na złość NATO i w celu realicji celów geopolitycznych najechać Ukrainę, wykorzystując uruchomienie "tarczy antyrakietowej" jako pretejst propagandowy; a demonstracje wobec państw bałtyckich mogą mieć na celu odwrócenie uwagi od właściwego kierunku działań.

dropik
poniedziałek, 6 czerwca 2016, 16:04

Paweł Felenghauer to nie jest zbyt wiarygodny expert

xyz
poniedziałek, 13 czerwca 2016, 19:31

Tak z ciekawości, a co z nim nie tak?

sid
niedziela, 5 czerwca 2016, 02:42

Ktoś testuje wariant zwarcia z Rosją. Ciekawe jaką cenę za to zapłacimy ? Powtórka z Hiroszimy i Nagasaki ?

Kiks
niedziela, 5 czerwca 2016, 20:26

Jaką zapłaciłaby Rosja?

tak tylko...
niedziela, 5 czerwca 2016, 10:29

Tak, wyjdziemy z NATO, przegnamy naszych sojuszników z Polski. Pozostaniemy osamotnieni i bez wsparcia. Czy teraz na Kremlu będziecie zadowoleni?

GPAS
niedziela, 5 czerwca 2016, 02:00

Sorki że tak nie w temat ale może ktoś wie ile kosztuje Leopard 2a7 ????

J.F
poniedziałek, 6 czerwca 2016, 19:19

W najnowszej wersji A7+ kosztują 327 mln $ za sztukę

olo
sobota, 4 czerwca 2016, 16:21

To niech USA podpiszą podobne porozumienie o wzmacnianiu Polski jak w przypadku Izraela gdzie rok w rok na zakup przez Izraelczyków amerykańskiej broni przeznaczanych jest 3 mld $. Będzie dla nich taniej mniej kłopotliwe a POLSKA ARMIA dzięki temu stanie się poważną siłą która zabezpieczy całą wschodnią flankę od Bałtów po Bułgarię.

thefastestcombatpistol
sobota, 4 czerwca 2016, 18:18

Położenie geograficzne Izraela czyni z tego państwa strategicznego sojusznika USA i stąd to pomoc. Polska nie przedstawia takiej wartości dla USA.

Plush*
sobota, 4 czerwca 2016, 17:37

Izrael mimo że ma gwarancje ze strony USA rozbudował tak swoje siły że jest właściwie samowystarczlny. I o to chodzi. My Polacy podobnie do Izraelczyków powinniśmy postapić podobnie tym bardziej że historia nam już pokazała ile sojusze są warte!

Plush
sobota, 4 czerwca 2016, 15:58

4 bataliony wielonarodowe we wschodniej Europie rotacyjne. Atak na nie to atak na cały sojusz *nie no ładnie pięknie* Pytanie tylko czy Rosjanie atakując "gdzieś" oddziały te akurat zaatakują i czy one w razie ataku na państwo członkowskie dostaną rozkaz do działania. Wg. mnie nie. Brak decyzji ws.stałych baz sojuszu w naszej częsci Europy jest niezrozumiała a tylko takowe są !gwarantem! w przeciwieństwie do "grupy objazdowej" Powinno dać to Polsce i innym państwą regionu do myślenia. Protest Moskwy jest zrozumiały ale nie sądzę by przejeli się wielce rozmieszczeniem 4 batalionów rotacyjnych czyli max 3 000 żołnierzy! Atak FR na państwa Europy jest mało realny , bliski 0 ale jednak. Jeżeli on nastąpi to tylko w niewielkim zakresie tzn. Atak na państwa nadbałtyckie lub w mega ostateczności również na Polskę i czy NATO zareaguje? W mojej ocenie NIE! Jakby nie było to Polski rząd powinien zadbać o bezpieczeństwo kraju poprzez inwestowanie w Armię bo nie można swej obronności opierać na sojuszach, traktatach, umowach! Działając w ramach NATO powinniśmy budować silną armię zdolną do samodzielnej obrony swego terytorium. Obecnie mam wrażenie że nasze władze, tak poprzednie jak i obecne w 100% swoje-nasze bezpieczeństwo opierają na UE/NATO zaniedbując w pełni armię. Skandal.

Trollhunter
sobota, 4 czerwca 2016, 17:55

Czyli co zrobią Rosjanie,? Ominą te odziały? Zostawia sobie na tyłach kilka batakionowych grup bojowych ? Nie jest możliwy atak na kraje bałtyckie i nie atakowanie tych oddziałów.

teddy
sobota, 4 czerwca 2016, 22:11

NATO ciśnie do wojny z Rosją na naszym terenie. .. . . Panowie, brońmy się przed tym bo kamień na kamieniu z Polski nie zostanie.

Trollhunter
wtorek, 7 czerwca 2016, 18:01

Jeśli NATO miało by ochotę powalczyć sobie z Rosją to nie zrobiło by tego w Polsce a więc u siebie a np na Ukrainie. Polska jest do prowadzenia wojny z Rosją o tyle nie wygodna ze z Rosją nie graniczy. Graniczy tylko z Obwodem Kaliningradzkim w którym znajduje się niewielki i odcięty garnizon który w wypadku agresji że strony NATO bronił by się pewnie kilka dni.

M.B.
niedziela, 5 czerwca 2016, 02:30

Jestem przeciwnego zdania towarzyszu. Im więcej żołnierzy na naszym terenie tym lepiej. Dzięki temu towarzysze zastanowią się 10 razy zanim zechcą wejść z buciorami do Polski. Dodatkowo każdy z żołnierzy Sojuszu zostawi w naszym kraju sporo gotówki, co pozytywnie wpłynie na regiony gdzie będą stacjonowali :)

SLAW69
niedziela, 5 czerwca 2016, 00:40

Od ładnych paru lat fakty wskazują raczej, że to Rosja ciśnie. Pragnę przypomnieć tylko Czeczenię, Gruzję i Ukrainę.Pierwszym symptomem konfrontacji Rosja - NATO, było zajęcie lotniska w Prisztinie w 99. NATO, natomiast jest po wieloletnim procesie rozbrojeniowym. Co proponujesz? Przyłączyć się do Rosji (nikogo nie traktuje jako partnera)?

xyz407
sobota, 4 czerwca 2016, 21:41

Myśląc o własnym bezpieczeństwie musimy uwzględnić czynnik wielkiej polityki, w której jesteśmy tylko pionkiem na szachownicy. Bez własnego rozumu, licząc tylko na sojusz, daleko nie zajdziemy. Ciekaw jestem jeszcze, jak i za czyje pieniądze zostanie zabezpieczona baza w Redzikowie. Czy to przypadkiem nie zobowiązuje Polski do zakupu systemu Patriot ? Zobaczymy.

sd
wtorek, 7 czerwca 2016, 01:52

Zacznijmy od tego, że Rosja pierwsza przesunęła się na zachód - Donbas, Krym. NATO przynajmniej nie zajmuje obcych terenów w przeciwieństwie do Kałmuków.

marek!
środa, 8 czerwca 2016, 15:12

nie wiem czy mam racje, ale "zachod" jest na pewno pelen strachu.....na zachod od Rosji jest Bialorus i to tam pewnie maja nieprzespane noce, bo watpie, zeby mogli liczyc na jakiekolwiek wsparcie, nawet medialne ze strony ZACHODU....postawienie sie, zas jakie by ono nie bylo, w momencie, gdy przy granicy zgromadzono, jaka by nie byla - ponadnormalna - realna sile militarna......to samobojstwo. brr - strach pomyslec. Ale to nie my prowadzimy polityke i nie postawilismy naszego kraju swiadomie w roli zderzaka. Polska, ze wzgledu na swe pomostowe polozenie jest z automatu airbagiem Europy.....

kobuz#
sobota, 4 czerwca 2016, 19:25

ale przesunięcie NATO na wschód jest faktem... Obawiam się, ze ani Amerykanie, ani żaden inny członek NATO nie będzie stacjonował na stale w Polsce. Te wiarygodność nikt nie będzie ryzykował z Rosja. Tak długo, jak długo to nie nastąpi, Rosja będzie robić na własnym terytorium to co każdy by robił. Pokazywał bicepsy. USA nie ma żadnego interesu się z Rosja mierzyć i prowokować, co chciałyby elity polskiej polityki (Macierewicz). W tym słownym konflikcie polscy politycy są nieobliczalni i mogą być powodem poważniejszego konfliktu w którym sojusznicy NATO niczego ryzykować nie myślą. I słusznie....

Extern
sobota, 4 czerwca 2016, 23:34

No i właśnie Polscy politycy starają się aby zachód zrozumiał że jesteśmy istotną częścią systemu, ważną linią obrony a nie tylko ziemią niczyją. Staramy się być nadgorliwi aby udowodnić że jesteśmy wartościowi jako sojusznik zwiększający potencjał całości. Utrata takiego sojusznika na tyle poważnie osłabi potencjał całości aby dla reszty NATO było jasne że warto uwzględniać również obronę nas.

kte
wtorek, 7 czerwca 2016, 01:44

Raczej nie zastraszyć, bo wiedzą że to się nie uda. Po prostu wykorzystają budowy nic nie znaczących baz NATO, żeby usprawiedliwić swoje znacznie groźniejsze rozmieszczenia broni przy granicy NATO. Śmieszne wydają się tłumaczenia Łgarowa, dotyczące "ruchów przy granicy Rosji". Jeśli cała Rosja to ta mała wysepka w środku NATO, zwana Kaliningradem to OK, mogą czuć się zagrożeni. Ale bądźmy poważni. Gdzie Rosja właściwa(od Azji po Europę)ze swoimi granicami, a gdzie ta ich śmieszna wysepka, którą Stalin łaskawie wykroił sobie z między innymi naszych terenów. Ruscy mają takie same prawo do Królewca, jak Ukraina do Krymu, albo i mniejsze, bo nikt im tego z własnej woli nie oddał. Za takie bezzasadne machanie szabelką Rosja powinna zapomnieć o zniesieniu sankcji na conajmniej 5 lat, żeby sobie co chwilę nie robili nadziei na zniesienie.

Podpułkownik Wareda
wtorek, 7 czerwca 2016, 10:41

kte! (...). " ... gdzie ta ich mała wysepka, którą Stalin łaskawie wykroił sobie z między innymi naszych terenów. Ruscy mają takie same prawo do Królewca, jak Ukraina do Krymu, albo i mniejsze, bo nikt im tego z własnej woli nie oddał". (...). Internauto! Bez urazy, ale zalecam odrobinę powagi na forum. D24 nie jest portalem komediowym. Po pokonaniu (wspólnie z aliantami) Hitlera i zakończeniu II wojny światowej, Stalin niczego nie musiał robić "łaskawie". Przypominam, że Stalin był zbrodniarzem i postępował jak zbrodniarz. W sprawach terytorialnych, na obszarach Europy Środkowo-Wschodniej, mógł czynić wszystko, co mu się tylko rzewnie podobało. Bez obawy jakichkolwiek, realnych konsekwencji ze strony pozostałych członków koalicji. Natomiast pragnienia i oczekiwania miejscowej ludności nie miały dla Stalina żadnego znaczenia. A kto wówczas się sprzeciwiał, to najczęściej był fizycznie likwidowany. Takie były realia tamtych czasów i żadna "łaskawość" ze strony Stalina nie wchodziła w rachubę. Stalin nie musiał oczekiwać, czy ktoś mu coś odda z "własnej woli", czy też nie odda. Internauto, wolne żarty. Słowo na temat Krymu: w lutym 1945 roku, w dawnym pałacu Potockich w Liwadii k/Jałty na Krymie, przywódcy tzw. Wielkiej Trójki podzielili Europę i świat na strefy wpływów. Natomiast w 1954 roku, ówczesny przywódca b. ZSRR Nikita Chruszczow, oddał Krym radzieckiej Ukrainie. Od marca 2014 roku, Krym ponownie jest częścią Federacji Rosyjskiej. Historia Krymu jest niezwykle skomplikowana. Osobiście namawiam do zapoznania się z nią - w ogólnie dostępnych źródłach. A propos Kaliningradu (wcześniej: Tuwangste, Regimontium, Konigsberg, Królewiec) - który nazywasz "śmieszną wysepką". Internauto, gdyby Hitler nie rozpoczął wojny ze Stalinem, to najprawdopodobniej historia Europy i świata potoczyłaby się innym torem i Niemcy - być może - do chwili obecnej mieliby Konigsberg oraz całą swoją wschodnią dzielnicę, tj. Prusy Wschodnie. Jak wiemy, stało się inaczej. I nie opowiadaj niedorzeczności na forum, że nikt Rosjanom nie oddał tego miasta wraz z terenami obecnego Obwodu Kaliningradzkiego - nie z własnej woli. Stalin o nic nie musiał pytać pokonanych Niemców. Przy okazji: Adolf Hitler - było nie było - weteran I wojny światowej, kanclerz i przywódca III Rzeszy oraz naczelny dowódca niemieckich sił zbrojnych, powinien wiedzieć, że wygranie wojny ze Stalinem jest niemożliwe. Tym bardziej, że miał bardzo dobrych doradców wojskowych. Niemal wszyscy generałowie i admirałowie w niemieckim Sztabie Generalnym, życzliwie odradzali Hitlerowi marsz na Wschód. Wielu z nich nawet stwierdzało wprost, że wystarczy spojrzeć na jakąkolwiek mapę sztabową, by uzmysłowić sobie, iż wojny ze Stalinem nie można wygrać. Wiedział o tym każdy kapral w Wehrmachcie. Każdy, tylko nie Hitler. W zamian, Hitler wolał słuchać wazeliniarzy i klakierów, którymi najczęściej byli bonzowie z NSDAP. No i przegrał, zostawiając Niemcy na pastwę losu i powojenne decyzje aliantów.

Lk
sobota, 4 czerwca 2016, 18:33

Ten Rosjanin nazywa się Felgenhauer.

analityk
sobota, 4 czerwca 2016, 17:49

Pytanie, kto kogo chce tak naprawdę przestraszyć.

Reklama
Reklama
Tweets Defence24
 
Reklama
Reklama