Reklama

Łączność dalekosiężna wsparciem rosnących potrzeb Sił Zbrojnych RP

6 marca 2020, 07:58
DSC02834
Polska radiolinia troposferyczna MAT-10TH rozwinięta na stanowisku bojowym w czasie natowskich ćwiczeń CE 09 w Bośni. Fot. ZDZ Kraków

Siłom Zbrojnym RP niezbędne są systemy łączności dalekosiężnej, które w warunkach walki elektronicznej pozwolą na nie zakłócony przekaz danych i wymianę informacji oraz zobrazowanie sytuacji w czasie rzeczywistym na polu walki. Dotyczy to m.in. rozwiniętych stanowisk dowodzenia między związkami taktycznymi Wojsk Lądowych, bateriami Patriot, Narew, HIMMARS, NDR oraz dronami rozpoznawczymi średniego zasięgu z jednoczesnym informowaniem podległych oddziałów i pododdziałów będących w walce o dynamicznych zmianach sytuacji taktycznej. Systemy takie mogą i powinny być produkowane w Polsce na potrzeby nie tylko Sił Zbrojnych RP, ale również innych służb zajmujących się reagowaniem kryzysowym, ochroną granic czy patrolowaniem sieci dróg i autostrad, a mających bezpośredni wpływ na bezpieczeństwo naszego kraju.

Systemy łączności troposferycznej są często określane jako systemy łączności dalekosiężnej. Pozwalają one bowiem na transmisję danych i wymianę informacji w czasie quasi rzeczywistym na odległość nawet do 1000 km. Wykorzystuje się do tego zjawisko rozproszenia troposferycznego, w którym fale radiowe o odpowiednio dobranych częstotliwościach są losowo rozpraszane/uginane przechodząc przez warstwy troposfery do wysokości 10 km, (wysokość obszaru rozproszenia zależy od długości przęsła radiowego, gdzie np. dla 200 km wysokość waha się w granicach 250¸500 m n.p.m a dla przęsła 400 km jest to 2400¸3000m n.p.m.).

Poziom rozproszenia i ugięcia fal elektromagnetycznych zależy od gradientu refrakcji którego parametry z kolei zależą od wysokości i warunków atmosferycznych. Jak się okazuje, pomimo takich zależności, systemy troposferyczne zapewniają przepływność informacji w zupełności zabezpieczając potrzeby sił zbrojnych oraz innych służb potrzebujących łączności dalekosiężnej.

Sposoby zapewniania pozahoryzontowej łączności na duże odległości.

Przekazywanie informacji na duże odległości może się odbywać różnymi sposobami. Wszystkie one mają zarówno swoje zalety, jak i wady. Najprostszym wydaje się być wykorzystanie do przekazywania danych naziemnych oraz doziemnych miedzianych traktów przewodowych oraz światłowodowych. Rozwiązanie takie jest prawie idealne w przypadku systemów stacjonarnych, okazuje się jednak bardzo trudne do zastosowania w przypadku systemów mobilnych – a takie są najbardziej potrzebne w przypadku sił zbrojnych. Jest to widoczne również w Polsce, gdzie sieć światłowodowa (cywilna) jest gęsta i w miarę nowoczesna.

Najtrudniejsza jest doraźna, a zarazem szybka rozbudowa traktów miedzianych i światłowodowych o znacznej długości (konieczna np. w przypadku zagrożenia, klęski żywiołowej lub zniszczeń), która jest zawsze operacją bardzo kosztowną, czasochłonną, trudną i z powodów technicznych oraz prawnych - często praktycznie niemożliwą do zrealizowania. Nie pomogą w tym „interwencyjne” dzierżawienie łączy od operatorów telekomunikacyjnych lub prywatnych właścicieli, ponieważ umowy z nimi są zawsze pełne luk i kruczków prawnych oraz powstaje problem zachowania informacji niejawnej i jej kontroli. Jest to również rozwiązanie drogie – szczególnie gdy wydłuża się czas dzierżawy.

Dodatkowo systemom dalekosiężnym działającym na rzecz obronności i bezpieczeństwa państwa trzeba zapewnić odpowiednią żywotność, co w czasie konfliktu zbrojnego wymaga przede wszystkim dużej mobilności, związanej m.in. z szybkim rozwijaniem stanowiska jak i jego równie szybkim zwijaniem oraz przemieszczeniem się w inne miejsce. Taki warunek można spełnić jedynie tworząc bezprzewodową sieć radiową, przygotowaną do transmisji danych z zapewnieniem odpowiedniej skrytości i bezpieczeństwa.

W przypadku konieczności przekazywania informacji poza horyzont najstarszym, najprostszym i najtańszym rozwiązaniem wydaje się być krótkofalowa łączność radiowa KF (HF – High Frequency) – wykorzystująca generalnie pasmo od 3 do 30 MHz. Jej zasięg w odróżnieniu od radiostacji pracujących w paśmie UKF/VHF nie jest już ograniczony krzywizną Ziemi, ponieważ sygnał radiowy może się nawet kilkakrotnie odbijać od jonosfery. Ograniczeniem w tym przypadku jest duża zależność łączności od warunków, jakie panują w atmosferze jak również niewielka przepustowość, co oznacza, że system nie jest przystosowany do przekazywania dużej ilości danych w czasie quasi rzeczywistym.

Tymczasem potrzeby wojska jeżeli chodzi o przepustowość z roku na rok rosną. I o ile w początkowym etapie rozwoju nowoczesnych systemom łączności, siłom zbrojnym wystarczały radiolinie ze strumieniem grupowym o szybkości 2 Mb/s (takie wymagania stawiano radioliniom kupowanym od szwedzkiej firmy Ericsson) to teraz, gdy trzeba już przesyłać rozpoznany obraz sytuacji taktycznej, wartość ta jest do przyjęcia. Obecnie w przypadku radiolinii standardem są już przynajmniej strumienie (trakty bezprzewodowe) o szybkości transmisji (8¸32) Mb/s.

Pomocą w tym przypadku jeżeli chodzi o daleki zasięg może być oczywiście łączność satelitarna, ale ona również ma swoje ograniczenia wynikające przede wszystkim z kosztów jej budowy oraz wykorzystania. Szacuje się, że średni, miesięczny koszt wykupu pasma, określony na podstawie średniego kosztu wykupu pasma na satelitach typu Eutelsat, Astra, Jamał (w paśmie C), wynosi około 40 tysięcy złotych (przy przepustowości 1 Mb/s) i około 320 tysięcy złotych (przy przepustowości 8,848 Mb/s). W przypadku systemów troposferycznych pozahoryzontalnych korzystanie z pasma C przez siły zbrojne oraz inne służby nie wymaga opłat, a ponadto nie jest wymagane wznawianie postępowania przetargowego.

Dodatkowo użytkownik nie posiadający własnego satelity jest uzależniony od zagranicznego właściciela i jego operatora. Pozycja satelity jest doskonale znana i umożliwia przeciwnikowi skuteczne zakłócanie  lub nawet całkowite wyłączenie pasma satelitarnego. Analiza problemów związanych z zakłócaniem oraz identyfikacją zakłócającego prowadzona był m.in. przez specjalną grupę NATO NIAG SATCOM. Została ona zakończony w Brukseli w 2019 roku zaleceniami zabezpieczającymi użytkowników.

Radiolinie a aparatownie troposferyczne

Znając ograniczenia systemów łączności przewodowej w tym światłowodowej i horyzontowych linii radiowych oraz satelitarnych, coraz więcej specjalistów oraz użytkowników wskazuje na celowość uzupełnienia systemu komunikacji przez aparatownie łączności dalekosiężnej (NLOS- No Line of Sight lub BLOS - Bayond Line of Sight) wykorzystujące propagację fal radiowych w troposferze. Są one swoistą odmianą urządzeń łączności radioliniowej, które również mogą zapewniać łączność pozahoryzontalną.

image
Elementy kompaktowej radiolinii programowalnej R-460A polskiej spółki Transbit. Fot. Defence24.pl.

W horyzontowych liniach radiowych wymagana jest bezpośrednia widoczność anten. W normalnych warunkach terenowych przy wykorzystaniu obecnie eksploatowanych masztów teleskopowych o wysokości do 24 m, osiągalny zasięg wynosi 25¸40 km (zależny od ukształtowania terenu). Zapewnienie dystansu np. 200 km wymagało by więc zastosowanie teoretycznie pięciu przęseł. Praktycznie, ze względów terenowych ta liczba się zwiększa do 7¸8 przęseł.

Każdy system horyzontowych linii radiowych wymaga planowania postawienia masztów i zaplanowania kierunków radioliniowych. Systemy cywilne, jak widzimy obecnie, zajęły dogodne wzniesienia i wszystkie możliwe budynki wysokościowe, jednak w mobilnych systemach wojskowych miejsc należy szukać w trybie roboczym, tam gdzie planuje się działania bojowe. Dlatego system, który ma przekazywać informacje poza horyzont musi składać się z dwóch końcowych stacji oraz szeregu stacji pośrednich (retransmisyjnych) tworzących trakt radioliniowy. Im bardziej skomplikowany jest teren tym więcej stacji retransmisyjnych  musi być rozstawionych, wymagających stałego utrzymania oraz ochrony i obrony.

image
Antena radiolinii (na zdjęciu umieszczona na jednej z wież obserwacyjnych Marynarki Wojennej) musi bezpośrednio „widzieć” inną antenę, by móc przekazywać informacje. Fot. M.Dura

 Ich liczba nie zależy zresztą jednak jedynie od ukształtowania i charakteru powierzchni ziemi, ale również od wykorzystywanej częstotliwości, mocy nadajników i kierunkowości anten. W przypadku łączności dalekosiężnej sytuacja jest o tyle prostsza, że wystarczą jedynie dwie stacje nadawczo-odbiorcze, które dodatkowo nie muszą się widzieć bezpośrednio, ale poprzez wybraną przestrzeń w troposferze (praca w trybie poza zasięgiem wzroku BLOS - Beyond Line of Sight).

Sygnały radiowe są bowiem przesyłane skupioną wiązką radiową tuż nad horyzontem dokładnie na kierunku, gdzie znajduje się druga aparatownia systemu. Aparatownia ta odbiera energię sygnału rozproszonego i ugiętego w troposferze. O ile więc radiolinie horyzontowe działają jako swego pewnego rodzaju trakt radiowy z wieloma stacjami przekaźnikowymi rozstawionymi co kilkadziesiąt kilometrów to w przypadku systemów dalekosiężnych takie aparatownie przekaźnikowe rozstawia się co kilkaset kilometrów.

Odcinki pomiędzy tymi aparatowniami potocznie nazywane „hopami” (może być ich kilka) tworzą swoisty, długi trakt radiowy.

image
Różnica pomiędzy sposobem działania dwóch posterunków łączności troposferycznej i sześciu stacji łączności radioliniowej. Fot. US Army/Wikipedia

Jak się okazuje zaletą systemów łączności dalekosiężnej (pozahoryzontowej) wykorzystujących zjawisko rozproszenia i ugięcia fal radiowych w troposferze, jest nie tylko kilkusetkilometrowy zasięg jednego „hopa”, ale również:

  • możliwość działania w trudnym terenie i przy trudnych warunkach propagacyjnych;
  • zapewnienie odpowiednich przepływności (obecnie na poziomie od 64 kb/s do 16 Mb/s);
  • małe opóźnienie przesyłu informacji;
  • duża dostępność wykorzystywanego pasma radiowego jeżeli chodzi o pasmo C wraz z wysoką efektywnością widmową stosowanej modulacji;
  • duża odporność na zakłócenia;
  • duża niezawodność dzięki szerokiemu asortymentowi dostępnych interfejsów;
  • duża żywotność dzięki wysokiej mobilności (krótki czas zajmowania i opuszczania stanowiska;
  • stosunkowo niski koszt budowy systemu w porównaniu do łączności przewodowej, satelitarnej i radioliniowej opartej o radiolinie horyzontowe.

Wbrew pozorom systemy dalekosiężne są również bardzo trudne do rozpoznania. W eksploatowanych systemach dalekosiężnych stosowane anteny, w celu zapewnienia dużych przepływności, osiągają dla systemów mobilnych rozmiary 2.4¸4 m a ich charakterystyki kierunkowe są nie większe niż 1.2 ¸1.8 stopnia co czyni je przy pracy nisko nad powierzchnią ziemi praktycznie nie do wykrycia.

Namierzenie aparatowni dalekosiężnej np. przez drony rozpoznawcze może nastąpić tylko wtedy, jeżeli podczas lotu bezzałogowiec „przetnie” wiązkę. Przykładowo by zakłócić polską radiolinię horyzontalną R-450A, która posiada wiązkę około 15 razy szerszą niż pozahoryzontowa radiolinia, należy stanąć na kierunku transmisji, co nie stanowi specjalnej trudności ze względu na demaskujący ją wysoki maszt.

Mobilność systemu

Pierwsza prototypowa  radiolinia troposferyczna budowana w Polsce typu R-450 BT konstrukcyjnie opierała się na wojskowych wymaganiach opracowanych na bazie amerykańskich doświadczeń i rozwiązań. Amerykanie proponowali bowiem przede wszystkim systemy łączności dalekosiężnej, które mieszczą się na przyczepie (antena wraz z systemem nadawczo-odbiorczym). Ta przyczepa z kolei jest dołączana do samochodu, w którym znajdują się urządzenia zapewniające wymianę danych i informacji, tworzących swoisty teleinformatyczny węzeł (punkt) dostępowy. Amerykanie zakładają również umieszczenie agregatu w oddzielnej przyczepie.

Uwzględniając wymagania i doświadczenia amerykańskie, została skonstruowana pierwsza polska aparatownia transmisyjna troposferyczno horyzontowa MAT – 10TH, w której wymagania były również zaczerpnięte z przenośno przewoźnych systemów satelitarnych PPTS-1.8 produkcji  WZŁ nr 1 Zegrze.

Polska radiolinia troposferyczna typu MAT-10TH w położeniu transportowym. Fot. ZDZ Kraków.
Polska radiolinia troposferyczna typu MAT-10TH w położeniu transportowym. Fot. ZDZ Kraków.

Opracowana w ten sposób polska aparatownia wykazała jednak wady tego rodzaju rozwiązania związane z mobilnością systemu. Okazało się bowiem, że żołnierze mają w czasie działań duże problemy z rozkładaniem systemu, skręcaniem falowodów, a przede wszystkim z łączeniem elementów systemu antenowego. Wykonywanie tych czynności w warunkach bojowych, przy ograniczonej widoczności oraz w trudnych warunkach atmosferycznych (np. silnym mrozie) sprawia dużo trudności, jest uciążliwe i może doprowadzić do powstawania niespodziewanych uszkodzeń, czego przykładem była eksploatacja mobilnych systemów satelitarnych. Problem nie wynikał z błędów konstrukcyjnych lecz z  założenia, że system wytrzyma wielokrotne rozkładanie i składanie w krótkim czasie i w niesprzyjających warunkach.

image
Polska radiolinia troposferyczna MAT-10TH rozwinięta na stanowisku bojowym w czasie natowskich ćwiczeń CE 09 w Bośni. Fot. ZDZ Kraków.

Rozwój systemu dalekosiężnego nie został jednak porzucony, wyciągnięto wnioski i przebudowano cały system.

Główne elementy amerykańskiego systemu łączności troposferycznej AN/TRC-170. Fot. Comtech
Główne elementy amerykańskiego systemu łączności troposferycznej AN/TRC-170. Fot. Comtech

Tłumienie i odporność na zakłócenia

Powszechnie uważa się, że wadą systemów troposferycznych są straty sygnału, jakie powstają podczas odbicia i rozproszenia w troposferze, potęgowane przez różnego rodzaju warunki pogodowe oraz klimatyczne. Straty te powodują, że szybkość przesyłania danych w tym przypadku jest mniejsza niż w systemach radioliniowych działających w trybie bezpośredniej widoczności. Ta wydajność traktów łącza pozahoryzontowego zmniejsza się wraz ze wzrostem zasięgu ze względu na skumulowane skutków rozproszenia i malejącej mocy sygnału trafiającego do odbiornika.

W celu redukcji tych niepożądanych zjawisk wprowadzono szereg rozwiązań zmniejszających negatywny wpływ medium na poziom sygnału, w tym różnego rodzaju techniki odbioru sygnału. Dzięki takim rozwiązaniom w przypadku najnowszego, amerykańskiego sprzętu troposferycznego udało się zapewnić szybkość transmisji na poziomie (4 ¸ 22) Mb/s. W przypadku polskich radiolinii rodziny R-450 w trybie LOS (wersja R-450 A/A1) odnotowano przepustowość nawet na poziomie 34 Mb/s, natomiast przy pracy w trybie BLOS (wersja R-450 BT) przepustowość sięgała maksymalnie 8,448 Mb/s, co wynikało z założeń projektowych.

Wcześniej wskazywano, że najlepszymi częstotliwościami jest pasmo około 2GHz, ponieważ to właśnie tej długości fale dobrze współdziałają z często bardzo wilgotnymi obszarami powietrza. Ostatnie badania prowadzone, przede wszystkim przez Amerykanów wykazują jednak, że dla aparatowni troposferycznych najlepsze pasmo to zakres (4,4¸ 5) GHz pasma C – i to z dwóch najważniejszych powodów. Po pierwsze sygnał radiowy dla tych częstotliwości jest w troposferze stosunkowo mało tłumiony. Mówi się nawet o „swoistym” oknie propagacyjnym, w którym warunki pogodowe i zanieczyszczenia w powietrzu mają najmniejszy wpływ na transmisję.

W systemach łączności troposferycznej do anteny odbiorczej dociera jedynie część nadawanego systemu radiowego. Ale to i tak wystarcza do zapewnienia odpowiedniej przepływności. Fot. Comtech
W systemach łączności troposferycznej do anteny odbiorczej dociera jedynie część nadawanego systemu radiowego. Ale to i tak wystarcza do zapewnienia odpowiedniej przepływności. Fot. Comtech

M.in. to właśnie dlatego pasmo C jest wykorzystywane w systemach satelitarnych (w paśmie Ku wpływ pogody na sygnał jest o wiele większy). Po drugie właśnie pasmo C ze względu na właściwości propagacyjne zostało praktycznie przekazane do zastosowań specjalnych a nie komercyjnych. Niesie to za sobą kilka pozytywnych konsekwencji. Po pierwsze w zastosowaniach specjalnych nie obowiązują ograniczenia EIRP mocy nadawczej jakie wprowadzono dla pasm komercyjnych (2,400-2,4835 GHz, 5150-5,350 GHz, 5,470-5,725 GHz). W paśmie C (oznaczenie NATO - BAND IV) takie limity nie obowiązują.

Ważna jest również łatwość w budowaniu systemów antenowych, które w przypadku urządzeń łączności dalekosiężnej muszą być dużych rozmiarów z powodu odbioru niewielkich mocy odbitych/rozproszonych fal radiowych. Tymczasem wiadomo, że im wyższa jest częstotliwość sygnału (krótsza długość fal) tym antena potrzebna do zagwarantowania założonego z góry zysku antenowego może być mniejsza. Automatycznie anteny na pasmo około 5 GHz są więc mniejsze niż anteny na pasmo około 2 GHz. I to właśnie m.in. z tego względu pasmo C ma być również wykorzystywane przez przyszłe, polskie systemy łączności dalekosiężnej

Z samego faktu przekazywania danych na odległość kilkuset kilometrów wynika kilka bardzo ważnych zalet systemów dalekosiężnych. Eliminując elementy pośrednie (np. stacje retransmisyjne w przypadku łącza radioliniowego) zmniejsza się przede wszystkim koszty budowy takiego systemu transmisji danych oraz ich rozpoznania, co przekłada się na dużą odporność na zakłócenia lub zniszczenie. Ocenia się, że dwie aparatownie troposferyczne zapewniające jeden, dwustukilometrowy „hop” będą kosztowały ponad dwukrotnie taniej niż sam sprzęt radioliniowy, jaki trzeba byłoby wykorzystać do realizacji tego zadania.

Przykład działania systemu łączności dalekosiężnej opartego o białoruskie zestawy radioliniowe R-424. Fot. agat.by
Przykład działania systemu łączności dalekosiężnej opartego o białoruskie zestawy radioliniowe R-424. Fot. agat.by

Oszczędność ta jest jednak o wiele bardziej widoczna, gdy się weźmie pod uwagę koszty eksploatacji. W jednym przypadku potrzebne jest bowiem utrzymanie w działaniu dwóch aparatowni, a w drugim: dwóch radiolinii krańcowych oraz co najmniej czterech radiolinii retransmisyjnych. Większa jest również niezawodność systemów troposferycznych, która ma tylko dwa elementy konieczne do utrzymywania w sprawności. W przypadku systemów radioliniowych łączność zostanie przerwana, gdy przestanie działać choć jedna stacja retransmisyjna (pośrednia).

 Opóźnienie sygnału

Aparatownie troposferyczne wprowadzają również mniejsze opóźnienie w strumieniach cyfrowych. Szacuje się bowiem, że każde łącze w systemie łączności radioliniowej daje opóźnienie około 3¸4 µs. Przy kilku stacjach retransmisyjnych ten czas pomiędzy momentem nadania pakietu danych a jego odbiorem się automatycznie zwiększa – i to kilkakrotnie (stanowiąc w przybliżeniu wielokrotność 4 µs).

 image

Przykład działania systemu łączności dalekosiężnej opartego o polską radiolinię R-450BT. Fot. Transbit

O ile więc w przypadku łączności dalekosiężnej opóźnienie jednego „hopu” nie przekracza około 6 µs  dla 250 km to przy zabezpieczeniu łączności radioliniami horyzontowymi na tym samym dystansie, opóźnienie takie to już około 25-30 µs (w idealnych warunkach). Jeszcze gorzej jest zresztą w przypadku routerów Wi-Fi, gdzie opóźnienie jest liczone w milisekundach (rzędu 100¸300 ms). Jest to nieodczuwalne w przypadku przeglądania stron internetowych, ale niedopuszczalne w przypadku systemów np. obrony przeciwlotniczej.

Oczywiście nowoczesne systemy łączności są w stanie wykrywać i aproksymować te przesunięcia czasowe, a później uwzględniać je w obliczeniach odpowiednio je neutralizując w obrazie sytuacji. Jednak samo opóźnienie pozostaje, co jest niedopuszczalne w systemach wymagających natychmiastowej reakcji, np. wskazywania danych ogniowych dla baterii przeciwlotniczych, podczas naprowadzania rakiety na bardzo szybkie i manewrujące obiekty.

Problem ten nie istnieje w przypadku łączy komutowanych (łączonych „przewód w przewód”), w których takie opóźnienie się nie kumuluje. To dlatego wewnątrz struktury samej baterii połączenia pomiędzy jej poszczególnymi elementami najlepiej jest zabezpieczać za pomocą linii przewodowych. Unika się wtedy połączeń przez routery ethernetowe.

To dlatego Raytheon proponując Polsce baterie Patriot zakładał, że ich dowiązanie do wyższych systemów dowodzenia odbędzie się poprzez systemy łączności dalekosiężnej, a nie satelitarnej - choć pozornie jest to łatwiejsze. Uznali w ten sposób, że jest to system zapewniający największą niezawodność i w największym stopniu gwarantujący działanie.

Dlaczego system łączności dalekosiężnej jest tak ważny z punktu widzenia bezpieczeństwa państwa? Baterie Patriot

Jak widać system łączności zbudowany w oparciu o aparatownie BLOS stanowi bardzo ważne uzupełnienie dla łączności satelitarnej. W sposób niezawodny i skryty pozwala on bowiem na łączenie odległych stanowisk dowodzenia bez względu na to co znajduje się w obszarze pomiędzy poszczególnymi stacjami nadawczo-odbiorczymi. W przypadku systemu horyzontowego, radiolinie retransmisyjne (pośrednie) muszą być ustawiane tylko na opanowanym przez siebie lub zaludnionym terenie.

Aparatownie BLOS dają możliwość utworzenia traktu przesyłania danych również na obszarach, gdzie koszt stworzenia radioliniowego systemu łączności byłby zbyt wygórowane. Rosjanie dostrzegli tą zależność i ją wykorzystali np., na niezaludnionych obszarach Syberii (stosują stosunkowo duże stacjonarne anteny łączności w ramach systemu „Siewier”). Amerykanie postąpili w ten sam sposób no. na Alasce i za północnym kołem podbiegunowym.

image
Położenie stacji łączności troposferycznej systemu „Siewier” na mapie Rosji. Fot. Wikipedia

W obu tych państwach poza systemami stacjonarnymi powszechnie stosowane są również zestawy mobilne (w przypadku Rosji) i przewoźne (w przypadku Stanów Zjednoczonych). W Rosji są to najczęściej aparatownie zamontowane na podwoziu kołowym, na którym jest również rozwijany system antenowy. W przypadku Amerykanów stosuje się rozwiązania, w których antena znajduje się na oddzielnej przyczepie i jest najczęściej składana przed uruchomieniem zestawu. Przykładem takiego zestawu może być aparatownia AN/TRC-170 (V1 do V5) od kilkudziesięciu lat powszechnie wykorzystywanym przez amerykańskie siły zbrojne – w tym również w czasie działań wojennych. Podczas operacji „Desert Storm” systemem tym zabezpieczono ponad sześćdziesiąt połączeń troposferycznych dla potrzeb systemu dowodzenia i kontroli w obszarze działań. Aparatownie te są cały czas modernizowane i pomimo wieku mają obecnie przepustowość nawet na poziomie 16 Mb/s.

image
Operator regulujący częstotliwość w amerykańskiej aparatowni troposferycznej AN/TRC-170. Fot. USAF

Amerykańska armia dostrzegając wszystkie zalety aparatowni troposferycznych zaczęła się przygotowywać do ich szerszego wykorzystywania. To m.in. właśnie dlatego w 2013 roku wojsko poprosiło przemysł o informację na temat radiowych i mikrofalowych technologii przydatnych do realizacji dalekosiężnych systemów łączności. Wśród firm zaangażowanych w USA w pracach nad tego rodzaju systemami łączności wymienia się m.in. koncerny: General Dynamics, Raytheon, Lockheed Martin, Comtech, MRC (Microwave Radio Communications) i ITT Exelis.

W 2013 r. nie zainteresowano się jednak jedynie dużymi aparatowniami, ale również systemami przenośnymi, małymi i lekkimi, które dodatkowo byłyby niezawodne w różnych warunkach środowiskowych, działałyby w trudnych warunkach terenowych i pogodowych, zabezpieczając przekazywanie głosu, danych oraz usług multimedialnych w zasięgu co najmniej 40 km (25 mil).

image
Systemy łączności troposferycznej współpracowały m.in. z bateriami Patriot. Fot. US Army

Amerykanie wskazują również, że aparatownie troposferyczne nadają się idealnie do zapewnienia stałej i niezawodnej łączności pomiędzy bateriami przeciwlotniczymi Patriot a wyższymi stanowiskami dowodzenia. „Dają one możliwość komunikowania się między wszystkimi bateriami”.

Nie tylko zresztą Amerykanie uznali, że systemy troposferyczne pozwalają zabezpieczyć łączności z bateriami przeciwlotniczymi. Podobnie uważają również Rosjanie i Chińczycy. W przypadku chińskiej armii aparatownie troposferyczne CETC TS-504 są np. wykorzystywane do współpracy z bateriami przeciwlotniczymi dalekiego zasięgu HQ-9 i S-300PMU2.

Co ciekawe Chińczycy zaoferowali swoje rozwiązanie również na eksport, o czym świadczą umieszczone w Internecie zdjęcia pojazdu z charakterystycznymi, dwiema antenami zrobione na Bliskim Wschodzie podczas wojny z Państwem Islamskim.

W przypadku Rosji przypuszcza się, że wprowadzoną do wojsk aparatownią troposferyczną o największej przepustowości (2,048Mb/s) jest R-423-1KF, pracująca w IV pasmie NATO. Jednak jej optymalny zasięg określa się na 150 km, podczas gdy np. wprowadzona w 1984 roku stacja R-444-7,5 zabezpieczała „hopy” o długości 350 km (jednak przy przepływności na poziomie 2x480 kb/s).

Ale tego rodzaju systemy są również wprowadzane przez o wiele mniejsze państwa. W 2019 roku w czasie wystawy MILEX-2019 swoją aparatownię troposferyczną R-432 „Gorizont” (opracowaną wspólnie z Chińczykami) zaprezentowało np. białoruskie przedsiębiorstwo OAO „Agat”. System ten nie jest jednak jeszcze w oficjalnej ofercie firmy i nie są znane jego dokładne parametry taktyczno-techniczne.

image
Aparatownia troposferyczna „Gorizont” opracowana przy współpracy z Chinami przez białoruskie przedsiębiorstwo OAO „Agat”. Fot. agat.by

Polska łączność troposferyczna

Pierwszym rozwiniętym w Polsce systemem łączności troposferycznej był BARS (Bojewaja Armiejskaja Radiorelejnana Sistema) produkcji radzieckiej. Na terenie państw byłego Układu Warszawskiego zorganizowano w sumie 26 węzłów rozstawianych na maksymalnej odległości 200 km). – z tego sześć na terenie Polski. Ich najważniejszym elementem była radiolinia troposferyczna R-417 Bagiet-S, która pracowała w paśmie 4,435–4,555 GHz i 4,630–4,750 GHz  z mocą nadajnika 1,5 -2,5 kW.

System ten bardzo szybko utracił swoje zdolności bojowe, przede wszystkim ze względu na wykorzystanie podzespołów elektronicznych starej generacji, jak również słabą przepustowość (na poziomie 480 kb/s). Maksymalny zasięg między aparatowniami wynosił około 200 km.

image
Radziecka aparatownia troposferyczna R-412. Fot. ZDZ Kraków

Pierwsze radiolinie troposferyczne w polskich siłach zbrojnych wprowadzono w 1985 roku w Sieradzu (gdzie działały na potrzeby Wojsk Lądowych i Marynarki Wojennej) i w Śremie (gdzie działały głównie na potrzeby sił powietrznych). Były to aparatownie R-412 zamontowane w dwóch nadwoziach samochodów ciężarowych KAMAZ i URAL 357.

Próby operacyjnego wykorzystania przez Wojsko Polskie systemu BARS w czasie lat 90-tych były nieudane, co szczególnie było widoczne w czasie działań ekspedycyjnych. To właśnie wtedy zabrano polskie radiolinie R-412 do Iraku, gdzie  po zamontowaniu cyfrowych central telefonicznych DGT 3450 zapewniały łączność do końca misji dla wojsk biorących udział w operacjach na tym obszarze.

image
Pulpit sterowania i kontroli radzieckiej radiolinii troposferycznej R-412. Fot. ZDZ Kraków

Pierwszą polską aparatownią troposferyczną była radiolinia R-450BT spółki Transbit i firmy ZDZ Kraków pracująca w paśmie C, która miała anteny COS 2.8 RM skonstruowane na bazie stopów aluminium, przewożone w skrzyniach na specjalnej przyczepie i rozkładane na rozstawianych na ziemi trójnogach. Cechą charakterystyczną tej aparatowni była jej wszechstronność. Jeden zestaw R-450 BT można było bowiem wykorzystać w systemie łączności radioliniowo-przewodowej,  pozahoryzontowej a nawet satelitarnej.

 image

Opcjonalne możliwości wykorzystania aparatowni troposferycznych R-450 BT. Fot. ZDZ Kraków

Badania radiolinii R-450 BT przeprowadzone w czasie ćwiczeniach „Borsuk” w dniach 20 do 26 czerwca 2010 roku wykazały, ze urządzenie to nadaje się do tworzenia traktów pozahoryzontowych w trudnych warunkach terenowych. Aparatownie rozwinięto bowiem w odległości 120,5 km w lokalizacjach Trzemeska Góra oraz Przejęsław - Sahara i zostały one dołączone do systemu dowodzenia przy pomocy węzła łączności RWŁC-10/T v.2005.

Co ciekawe zgodnie z wnioskami z badań: „najwyższy poziom sygnału odbieranego i najlepsze warunki transmisyjne uzyskano podczas burz z silnymi wyładowaniami i silnym deszczem na trasie oraz w nocy, natomiast najgorsze podczas pogody słonecznej, suchej i bezchmurnym niebie”. Wynikało to prawdopodobnie m.in. z korzystnego w tym przypadku zwiększenia rozpraszania troposferycznego od silnych niejednorodności i wilgoci atmosfery w czasie burz.

Badania systemu przeprowadzono  również na oficjalnych ćwiczeniach wojsk NATO Combined Endeavor 2009 (CE09) zorganizowanych w Bośni we wrześniu 2009. Realizowano wtedy transmisję o przepustowości 8 Mb/s pomiędzy polskimi i czeskimi wojskami, zapewniając jednocześnie łącza zapasowe dla wojsk nie będących w NATO: mołdawskich i ukraińskich.

 image

Rozwinięta antena polskiej aparatowni troposferycznej typu MAT-10 CT. Fot. ZDZ Kraków

Pomimo tak dobrych wyników prace nad radioliniami troposferycznymi w Transbicie i później w ZDZ Kraków nie zakończyły się ich wdrożeniem do wojska. Nie oznacza to jednak, że polskie siły zbrojne negują potrzebę posiadania urządzeń łączności dalekosiężnej. Przeczy temu postępowanie przetargowe, które Inspektorat Uzbrojenia ogłosił w kwietniu 2016 roku na dostawę 29 zestawów aparatowni łączności troposferycznej, mających posłużyć do zapewnienia niezawodnej, pozahoryzontowej łączności o dużych przepływnościach dla jednostek wojskowych.

Wymagania te, zawarte we „Wstępnych założeniach taktyczno-technicznych dla Aparatowni Łączności Troposferycznej MIMOZA”, miały zostać ujawnione jedynie podmiotom zaproszonym do składania ofert. Wiadomo jednak, że nowa aparatownia łączności troposferycznej, powinna działać w paśmie C w podzakresie częstotliwości nie węższym niż 4.4¸5.0 GHz (m.in. z powodu kompatybilności z obecnie używanymi systemami łączności) i ma zapewniać łączność:

  • na odległość co najmniej 200 km z zachowaniem dostępności usług na poziomie 99% w ciągu 24 godzin dla transmisji sygnału z przepływem danych co najmniej 20 Mb/s;
  • na odległość co najmniej 250 km z transferem 8 Mb/s.

Założono też, że system ma być zabudowany na podwozia samochodu Jelcz 442 i wykonany w sposób zapewniający autonomiczny transport z wykorzystaniem etatowej załogi.

Pomimo, że sprawa dotyczy systemu, który z łatwością może być wykonany siłami polskiego przemysłu i dodatkowo, który jest ważny z punktu widzenia autonomii w działaniu najważniejszych elementów Sił Zbrojnych RP, to jednak zadecydowano, że przetarg będzie realizowany zgodnie z zasadami ustawy Prawo Zamówień Publicznych. O kontrakt mogą się wiec ubiegać również firmy mające siedzibę na terenie Unii Europejskiej, Europejskiego Obszaru Gospodarczego lub w państwie, z którym UE i Polska zawarła umowę międzynarodową dotyczącą zamówień w dziedzinie obronności i bezpieczeństwa.

Ostatecznie do udziału w postępowaniu zgłosiły się trzy podmioty: konsorcjum
WZŁ Nr.1 z koncernem Raytheon, konsorcjum polskich firm  ZDZ Kraków, WB Electronics, Kenbit Koening i Wspólnicy Sp.j , konsorcjum Comtech - Unitronex . Zaczęte już postępowanie jednak do dzisiaj nie zostało zakończone.

image
Przykładowy sposób wykorzystania aparatowni troposferycznych R-450 BT w dowodzeniu wojskami. Fot. ZDZ Kraków

Nieprawdziwe jest przy tym przeświadczenie, że radiolinie dalekosiężne mogą być w Polsce przeznaczone jedynie dla bardzo wysokiego szczebla dowodzenia (np. poziomu brygady i dywizji). Odpowiednie zmniejszenie mocy sygnału pozwala bowiem na ich wykorzystanie również na dystansie nawet 20 km. Dodatkowo po prawidłowym skonfigurowaniu urządzeń, systemy dalekosiężne można wykorzystać również do łączności z bezzałogowymi statkami powietrznymi.

System łączności dalekosiężnej w komunikacji z dronami i okrętami

Wykorzystanie systemu łączności dalekosiężnej do komunikacji z dronami rozwiązuje problem średnich i dużych bezzałogowych statków latających działających na odległościach kilkuset kilometrów. Amerykanie wykorzystują do tego łączność satelitarną, jednak jest to rozwiązanie kosztowne i wymagające stosunkowo dużej infrastruktury.

To właśnie m.in. dlatego Izraelczycy zabezpieczają komunikację z dronami urządzeniami łączności troposferycznej. Dużą trudnością w tym przypadku jest fakt, że drony nie mogą posiadać nadajników dużej mocy. Jednak radiolinie troposferyczne mają z założenia bardzo dużą antenę o dużym zysku pozwalającą na wykrywanie nawet bardzo słabych sygnałów. Pozwala to odbierać dane bezpośrednio z dronów latających na dystansie 150 – 200 km z gwarancją odpowiedniej przepustowości.

 image

Testy systemu łączności troposferycznej AN/TRC-170 współpracującego z amerykańskim lotnictwem morskim. Fot. US Navy

Prace nad tego rodzaju rozwiązaniem są również realizowane w Polsce. Przy czym kontynuacja prac badawczo-rozwojowych nad łącznością dalekosiężną została skierowana w stronę rynku cywilnego. Projekt przygotowany przez firmę  ZDZ Kraków wygrał konkurs zorganizowany przez Europejską Agencję Obrony otrzymując tam wsparcie finansowe na złożenie w NCBiR wniosku o dofinansowanie. Po rozstrzygniętym wieloetapowym konkursie środki finansowe na takie zadanie przekazało również Narodowe Centrum Badań i Rozwoju.

Projekt pt. „Wykorzystanie łączności troposferycznej do zwiększania zasięgu bezzałogowych statków powietrznych – BSP” ma na celu „prowadzenie badań przemysłowych i prac rozwojowych  celem zwiększenia zasięgu łączności bezzałogowych statków powietrznych (BSP)”. Wstępnie założono, że zasięg ten ma zostać zwiększony do 150 km, ale już wiadomo, że będzie on na pewno o wiele większy.

Co ciekawe w Polsce projekt ten jest realizowany nie dla sił zbrojnych, ale dla potrzeb cywilnych – Straży Pożarnej, Leśnictwa, Straży Granicznej itp. Jednak największe korzyści z tak zwiększonego zasięgu łączności miałyby niewątpliwie siły zbrojne. Firma ZDZ Kraków, jak już wcześniej  wspomniano, nie zaniechała badań, a wręcz przeciwnie - rozwinęła system dość spektakularnie w zakresie mobilności i ergonomiczności obsługi, dostosowując system do użytku cywilnego z nowym modemem produkcji krajowej spółki Transbit pod nazwą MTR-700A. Jak zapowiada przedstawiciel firmy ZDZ Kraków prace wdrożeniowe intensywnie trwają. Obecnie trwa integracja systemów aktywnego pozycjonowania względem BSP. Wzbogacamy oprogramowanie zarządzające systemem dalekosiężnym "Dragon" o nowe funkcjonalności, ostateczne testy będą przeprowadzone w Bydgoskich Zakładach Lotniczych WZL Nr 2.

Takie systemy jak nadbrzeżne dywizjony rakietowe oraz baterie rakietowe HIMARS wymagają bowiem wskazywania celów znajdujących się na odległości ponad 200 km. Szczególnie użyteczne do tego wydają się być właśnie drony, o ile zapewni się z nimi bezpośrednią łączność.

Polska nie ma jednak możliwości korzystania z systemów satelitarnych jak Stany Zjednoczone. Rozwiązaniem w tym wypadku wydają się być urządzenia łączności dalekosiężnej współpracujące z zamontowanymi na dronach niewielkimi antenami śledzącymi, która „trzymałaby się” wiązki radiolinii. Podobne anteny można by zresztą również zastosować na jednostkach pływających, ponieważ jak się okazuje powierzchnia wody sprzyja urządzeniom łączności dalekosiężnej zwiększając o ponad 20% standardowy zasięg „brzeg-okręt”. W ten właśnie sposób Amerykanie zapewniają zresztą łączność ze swoimi platformami wiertniczymi.

Jak na razie nie wiadomo jednak, czy takim rozwiązaniem zainteresuje się polskie wojsko.

 

Reklama
KomentarzeLiczba komentarzy: 62
Reklama
eytu
wtorek, 24 marca 2020, 22:30

Możemy jeszcze zaczżc budować nadajniki i odbiorniki neutrin jako nowoczesny "telegraf" . Przenikają Ziemię , więc nie będzie problemu z tym, ze coś stanie na ich drodze.

Marcin
wtorek, 10 marca 2020, 18:37

Miałem przyjemność uczestniczyć w projekcie R-450BT.

Commo guy
poniedziałek, 9 marca 2020, 14:46

Update: Nowoczesna łączność KF oferuje transmisję danych z prędkością do 120 kb/s. A systemy satelitarne TACSAT do 64 kb/s.

Kris
niedziela, 8 marca 2020, 21:43

Przekonanie ze wszystko należy od początku do końca zaprojektować i zbudować tu na miejscu w Polsce przypomina mi pomysły realizowane w Albanii za czasów Envera Hodży. To się najzwyczajniej nie opłaca finansowo i technologicznie a efekty sa zawsze fatalne. Nie potrzebowaliśmy wymyślać tu w Polsce technologii 3g i 4g ani produkować własnych smartfonów aby teraz masowo z nich korzystać. Nie mam nic przeciwko rozwojowi najnowszych technologii w Polsce. Przeciwnie uważam ze to bardzo ważne ale trzeba skoncentrować wysiłki i finasowanie na wybranych kierunkach i technologiach i zaprzestać rozpraszania zasobów intelektualnych i finansowych na próbach realizowania dziesiątków zaawansowanych projektów we wszystkich dziedzinach. Trzeba korzystać z tego co na świecie już opracowano kosztem wielkich nakładów i wieloletnich badan rozwojowych. Nie ma sensu odtwarzać wszystkiego u nas. Trzeba tylko rozsądnie kupować i wdrażać gotowe systemy tak aby zagwarantować sobie pełną swobodę ich wykorzystania. W razie W i tak wszelka produkcja zostanie sparaliżowana i zostaniemy z tym co mamy aktualnie na wyposażeniu armii. Nie mamy głębi strategicznej aby w jakimś bezpiecznym miejscu poza zasięgiem nieprzyjaciela wytwarzać i montować sprzęt na potrzeby armii. Nasze bezpieczeństwo zależy głownie od tego co mamy tu i teraz oraz od naszych sojuszy i powiązań -także biznesowych.

Max
wtorek, 10 marca 2020, 16:05

W razie "W" bardziej możemy liczyć na dostawy sprzętu z zagranicy niz na to, ze tu sami szybko wyprodukujemy sprzęt do uzupełnienia strat wojennych. Jesli będzie to sprzęt zagraniczny który juz mamy na wyposażeniu to wojsko bardzo łatwo wykorzysta nowe dostawy. Jeśli będziemy polegać tylko na własnym sprzęcie to wdrożenie innego w zamian za zniszczony będzie bardzo trudne. Taki punkt widzenia nie jest popularny ale powinien byc brany pod uwagę. Bez wsparcia sojuszników i tak się nie obronimy.

Piotr ze Szwecji
środa, 11 marca 2020, 14:25

W razie "W" Polska nie będzie miała żadnych możliwości wystrzelenia na orbitę okołoziemską jakiegokolwiek satelity. Polska nie ma kosmodromu, ani nie produkuje rakiet balistycznych dalekiego zasięgu. Proszę więc o oprzytomnienie w kwestii konieczności własnej polskiej produkcji każdej śrubki w takim sprzęcie, jak satelity. To rozsądne postępowanie z własną produkcją ze względów bezpieczeństwa, akurat w tym przypadku nie jest rozsądne. To co Polska winna produkować, ze względów bezpieczeństwa także podczas pokoju, to elektronika pokładowa tych satelitów. Zanim zaś zleceniodawca wyniesie takiego polskiego satelitę na orbitę można być pewnym jednego, że ktoś tą elektronikę już dokładnie sfotografuje. Tak więc bezpieczne... jeno oprogramowanie (software) może być wyłącznie polskie na takim satelicie.

Eytu
niedziela, 8 marca 2020, 18:49

Powinniśmy opracować system porozumiewania się falami sejsmicznymi. Jesteśmy na jednej plycie tektonicznej. Jest niestety także coś takiego jak wygłuszenie wraz z odległoscią. Nie można też zapomnieć o ograniczeniach przesyłu ( komunikacja w jedną stronę ). Mozna jeszcze porozumiewać się falami wodnymi . W ziemi zakopanych 36 węży z wodą - i na początku i na koncu weża menzurka z oznaczonymi literami. Oczywiście to musi być 10 metrów pod ziemią na specjalnie do tego przygotowanej ramie poziomującej i amortyzującej. 10 litrów wlane na początek węża trochę zabierze czasu aby dotarło do drugiego krańca Polski.

DidoFido
niedziela, 8 marca 2020, 11:27

Problem jest również taki że zachód jak i wschód nie chciał by aby w Polsce była rozwijania taka technologia.Radiolinie obecnie mają ogromne przepływności do 100Mb/s w roku 2010 a zaczynały w 2006 od 8Mb/s .Myślę że trzeba dbać szansę firmą polskim rozpocząć A reszta sama przyjdzie tylko muszą to być firmy prywatne bo im zawsze będzie zależało na parametrach i kasie. Patrz Teldat Transbit WB Elektronik Kenbit Radmor ZDZ Kraków itp. To są liczący się gracze SpW elektronicznego dla wojska i nie pozwolą sobie na zepsucie swojego rynku. My jako Polacy zawsze powinniśmy kierować zakupy sprzętu high top najpierw do swoich. Przecież istnieją przetargi do których zaprasza się tylko wybrane firmy.ale to już polityka. Autor poruszył tylko wierzchołek możliwości zastosowań. Zawsze powinnyśmy szykować się na wojnę tylko wtedy będzie spokój historia to zawsze ukazuje. Niezależność zawsze odstrasza i tak ma być. Należy pamiętać że technologia potrzebuje czasu. W czasie W nie ma systemów stacjonarnych A tym bardziej satelitarnych ludzie obudzcie się. Poza tym realizujemy misje zagraniczne Irak Afganistan itp. Misje pokojowe itp. Musimy być niezależni . Trzeba pracować nad technologią i ważne że komuś się chce bo to niełatwe tematy a krytyków wiele......

Maro
poniedziałek, 9 marca 2020, 14:50

Pokaż mi firmę (poza WB) której produkty są sprzedawane poza granice RP? W kraju można wcisnać każdy szajs za cenę x 2 albo i więcej ale taki numer nie przejdzie poza granicami RP.

JIG
niedziela, 8 marca 2020, 14:58

Zgadzam się z Pana stwierdzeniem, że polskie firmy łączące swoje możliwości w konsorcjach są w stanie zrealizować budowę aparatowni dla systemu dalekosiężnych łączności wykorzystujących propagację pozahoryzontową, z jednym wyjątkiem. Prawdą jest, że ostatnie prace związane z aparatownią MAT 10TH zostały zakończone z różnych względów, które nie są w tej chwili istotne. Firma ZDZ Kraków oraz Transbit dalej pracowały nad rozwiązaniami związanymi z tym systemem. Zdobyte doświadczenia oraz wypływające z tego wnioski przyniosły efekt w postaci realizacji systemu do łączności z BSP wykorzystując transmisję pozahoryzontową, co zaowocowało wygraniem konkursu i rekomendacją Europejskiej Agencji Obrony odnośnie realizacji tego projektu. Zespół inżynierów oraz Zarząd ZDZ Kraków nie zaniechali prac rozwojowych projektu. Wręcz przeciwnie mając ograniczone środki, nie widząc czy projekt się przyjmie, potrafili przekuć zdobyte wcześniej doświadczenie w praktyczne zastosowanie. Dlatego Pańskie stwierdzenie, że liczy się kasa wcale nie odzwierciedla podjętych działań. Nie mniej jednak stwierdzenia, że musimy być niezależni są w pełni adekwatne do zaistnienia różnych sytuacji. Potwierdza Pan również, że technologia wymaga czasu i tu jest jednoznaczna zgoda. Cieszę się, że mamy takie same zdanie. Niestety smutnym jest, że decydenci zamiast korzystania z doświadczeń rodzimych firm z nikim powiązanych, a zajmujących się problemami łączności, tego nie dostrzegają lub preferują potężne "molochy", które chcą być monopolistami na rynku, w dodatku powiązanymi z wielkimi koncernami z za wody. Dlatego nal;eży się wielkie uznanie i wielki szacunek dla takich firm jak Transbit, ZDZ Kraków, Kenbit czy Radmor, że podejmują się takich rozwiązań związanych z nowoczesnymi systemami łączności.

andys
piątek, 6 marca 2020, 21:57

Nie jestem specjalistą z teorii przesyłania sygnałów, więc trudno mi zaproponować coś konkretnego z tego elementu odbioru troposferycznego . Jednak znając podstawy propagacji troposferycznej proponuję zastosować fazowany szyk antenowy o wymiarach równych aperturze anteny parabolicznej (w przyblizeniu). Sterowanie anteny (kierunku maksymalnego promieniowania) zapewniałoby przeszukiwanie, wg określonego algorytmu, w bardzo małym zakresie kątowym (ułamki stopnia do pojedyńczych stopni) optymalnego kierunku odbioru/nadawania sygnału.

Kris
sobota, 7 marca 2020, 01:26

Anteny typy phased array są wielokrotnie droższe od parabolicznych i podniosą koszty całego systemu co najmniej dwu -trzy krotnie. Sa tez cięższe mniej mobilne i bardziej wrażliwe. Stosowanie takich anten ma uzasadnienie w radarach śledzących kilkanaście lub więcej obiektów na raz. W radiolini to byłoby jak strzelanie z haubicy do zająca.

andys
sobota, 7 marca 2020, 17:17

Jeśli nie chcesz szyków , można zastosować w antenie reflektorowej uklad do formowania wielu wiazek jednocześnie (antena wielowiazkowa).

andys
sobota, 7 marca 2020, 15:25

Technologia MIMO w dużym stopniu pochodzi od łacznosci troposferycznej, to bliscy krewni. Jesli w MIMO warto stosować systemy wieloantenowe, to i w łącznosci troposferycznej również warto. Rzeczywiście, problemem są koszty , decydować powinien współczynnik cena/zysk (transfer przesyłania danych). Jeszcze jedno - efektywność systemu troposferycznego rośnie z ilością niezależnych kanałów radiowych (przypomnijcie sobie rachunek prawdopodobieństwa). A więc anteny mogą pomóc w zwiększeniu transferu dwojako - poprzez zwiekszenie ilości anten i poprzez zastosowanie szyku fazowanego z mozliwoscią tworzenia chwilowych kanałów dla różnych kątów obserwacji (oczywiście w małym zakresie kątowym). Bardzo wazna jest jakość systemu obróbki sygnałów , ale mozliwosci tego systemu zalezą od ilości i jakosci sysgnałów w poszczególnych kanałach , które są "sumowane".

Kris
niedziela, 8 marca 2020, 21:15

Jeśli to ma być system mobilny (a taki być musi) to wszystkie konstrukcje wieloantenowe odpadają z definicji. Układy atmosferyczne nie zmieniają się tak szybko aby potrzebne było elektroniczne sterowanie wiązką. Mechaniczne (automatyczne) ustawianie i korygowanie pozycji anteny parabolicznej na maksimum sygnału w zupełności wystarczy. Szybkość transmisji zwiększa się poprzez zwiększenie częstotliwości, szerokości pasma kanału i stosunku sygnał/szum (Twierdzenie Shannona-Hartleya ). Nowoczesne metody modulacji i kodowania czy jak to się teraz mówi „waveformy”pozwalają na istotną poprawę stosunku sygnał/szum a w konsekwencji przepływności kanału i to jest właściwy kierunek. Do transmisji wielokanałowej nie potrzeba dodatkowych anten. Od dawna stosuje sie zwielokrotnienie kanałów poprzez systemy wielodostępu TDMA, FDMA i CDMA.

Ustawiator
piątek, 6 marca 2020, 15:11

Autor zdradził wszystkie tajemnice wojskowe układu Warszawskiego A ładnie to?

Andrzej
piątek, 6 marca 2020, 14:30

"Fachowcy" bo wiedzieć więcej o propagacji tropo powinni zapytać krótkofalowców-radioamatorów. Miłośnicy mikrofal wiedza o wiele więcej o łączności tropo niż ich profesjonalni koledzy. Łączności od chmur burzowych,dukty kropo i inne zostały dawno opanowane przez amatorów.

Kris
sobota, 7 marca 2020, 01:29

Zostały dawno opanowane przez wojskowych i trafiły do łączności amatorskiej. Amatorzy stosują bardzo małe szybkości transmisji i bardzo małe ilości danych. To pozwala pracować z bardzo słabymi sygnałami ale jest bezużyteczne dla wojska.

SP7LA
poniedziałek, 9 marca 2020, 16:05

Radioamatorzy nauczyli wojskowych paru ciekawych technik, oczywiście od wojska też co nieco zaczerpnęli - szczególnie że wielu z nich łączy obydwie funkcje. Krótkofalarstwo ma też wiele odmian, niektóre faktycznie polegają na słabych sygnałach o niskiej przepływności, ale są i inne techniki. Wszystkie techniki radioamatorskie są potencjalnie interesujące dla wojska, a techniki wykorzystujące słabe sygnały w szczególności i to pomimo małych przepływności. Wszystko zależy od tego, do czego będziemy je wykorzystywać.

nLL
piątek, 6 marca 2020, 13:14

Całkiem przyzwoity artykuł, chociaż pewnie nie będzie się cieszył takim zainteresowaniem jak artykuły o broni pancernej i lotnictwie. Przyłączam się do zdania przedmówcy, że systemy łączności a także kryptografii powinny być produkowane w Polsce. Tym bardziej, że są do tego wszystkie możliwości.

Macocha
piątek, 6 marca 2020, 12:38

Z a 3 dni ruski będzie w Warszawie i żadna topisfera ci nie pomoże

Ja
sobota, 7 marca 2020, 12:51

Tylko wtedy gdy kolumny jeńców będą miały pierwszeństwo.

Łącznik Zdzisław
piątek, 6 marca 2020, 12:37

Aitor zapomniał powiedzieć że bronimy linii odry a tam już niemiecka TOPOSFERA Z PATRIOTAMI

Ratownik z Radomia
piątek, 6 marca 2020, 12:35

Polska toposfera to ten smog nad krakowem i katowicami przez to nie da sie przelecieć

fifix
sobota, 7 marca 2020, 00:22

Przypomnijmy, że Kraków jest bezwęglowy i nic mu to nie pomogło.

Romek
piątek, 6 marca 2020, 12:28

No to badacze w Polsce odkryli amerykę normalnie... google -> hasła: rain scatter, hydrometeor scatter. Mikrofale powyżej 3GHz odbijają się od deszczu. Im wyżej się zaczyna i im bardziej obfity deszcz tym dalej... i połączenie na 800-900km jest możliwe.

Piotr ze Szwecji
piątek, 6 marca 2020, 12:18

Łączność satelitarna jest przyszłością. ---------- Satelita Wojskowy musi móc manewrować, więc wskazany jest silnik jonowy z panelami słonecznymi i chemiczne boostery do gwałtowniejszych manewrów (unikanie kolizji/zestrzeleń). W miejsce satelitów można wykorzystywać wysoko-krążące komunikacyjne stealth-drony. Systemy kierowanych połączeń mikrofalowych i laserowych wydają się być najbezpieczniejsze i z największą dziś pojemnością. Do tego dorzucić elemencik na satelicie czy dronie do wykorzystania połączeń z cywilnymi satelitami komunikacyjnymi i nawigacyjnymi (a tych na orbicie jest od groma) i po kłopocie. ---------- W ramach NATO WOT ma dostęp do NATO satelitów, więc to jest koszt wynajmu takiego połączenia z NATO. Nie ma więc paniki w tej chwili. W przyszłości (bo nic, nawet NATO nie trwa wiecznie) oczywiście należy znaleźć pieniądze na polski system satelitarny, lecz to nie jest dziś jakaś dziura potrzebująca natychmiastowego wypełnienia jak Wisła, Kruk i Harpia. Sprzęt już jakiś jest starszego pokolenia, jak to opisuje się w artykule powyżej. Zbudować w Polsce kilka satelitów i wynająć jakąś rakietę komercyjną do wyniesienia ich wszystkich w jednym ładunku na wysoką orbitę. Chemiczne odłączenie od ładunku. Potem jonowym silnikiem zaparkować każdego satelitę gdzieś nad Europą do przyglądania się Ziemi, przesyłania i przetwarzania komunikacyjnych połączeń, a może nawet posiadania jakieś własnej mocy obliczeniowej też. W Polsce produkuje się drony wojskowe. Załatwić od Szwedów czy Amerykanów trochę farby antyradarowej, pomalować drona i jest backup alternatywa wysoko w powietrzu w razie jakichś problemów (patrz: aktywność Słońca) z satelitami.

Eytu
niedziela, 8 marca 2020, 13:26

@Piotr ze Szwecji Aby zaparkować satelitę nad Europą trzeba umieścic satelitę na orbicie goestacjonarnej. Jest ona około 35 tysięcy kilometrów nad równikiem . Prawie 3 średnice Ziemi od Ziemi. ( w dużym uproszczeniu ). Aby z tej odleglości przyglądać się Ziemi trzeba mieć bardzo sprawny teleskop. Na pewno jest to w zasięgu Amerykanów. Nie zapominajmy o rozmazaniu . To nie CSI że z kazdego zdjęcia uzyskamy pełną ostrość. Cała grubość atmosfery będzie nam bardzo rozmazywać obraz obserwowany ( nawet mimo bardzo dobrego "zoomu" )

Piotr ze Szwecji
niedziela, 8 marca 2020, 22:02

Optyka na orbicie za zwyczaj jest wpierana przez inne techniki do "widzenia" jak radar czy fale mikrofalowe. Nigdy nie myślałeś jak to Amerykanie z orbity są w stanie zobaczyć gdzie pod ziemią jest wykopany wielki schron? Teleskopem tego nie załatwisz nawet w bezchmurny dzień. Dziś to satelity dostarczają najlepszych map dna morskiego. Problem "zoomu" w technikach radio-elektromagnetycznych jest rozwiązywany tak jak przy użyciu teleskopów, poprzez używanie ich całymi grupami. To też może wiązać się z potrzebą posiadania własnej mocy obliczeniowej na satelitach o której napisałem powyżej.

eytu
poniedziałek, 9 marca 2020, 00:30

Nigdy o tym nie myślałem, jak Amerykanie widzą z orbity gdzie wybudowany jest schron. Jeżeli tacy są dobrzy , to pewnie wiedzą gdzie są ukryte silosy na rakiety balistyczne.

Piotr ze Szwecji
poniedziałek, 9 marca 2020, 20:04

Ostatnim czasem Amerykanie zrobili głośny raban, kiedy dwa rosyjskie satelity przybliżyły się do amerykańskiego satelity zwiadowczego i przez dłuższy czas "węszyły" wychodzące z niego emisje. Pytanie dobrze postawione! Co do możliwości wejrzenia w ziemię, to pewnie to podobna technika jak w satelitach geologicznych. USA, Rosja, EU i Japonia wysyłały takie na orbity Księżyca, Marsa i innych planet i księżyców. Głównie jak rozumiem w poszukiwaniu wody, lecz odkrywały całe płynne oceany innych związków chemicznych, które są tylko na wierzchu pokryte nimi w stałej formie (Europa czy Tytan nie był to przypadkiem?). Na pewno skład geologiczny gruntu, jak i kształt terenu odgrywają znaczną rolę. Choć silosy to raczej małe pionowe dziury, które chyba łatwo zamaskować.

JIG
sobota, 7 marca 2020, 12:14

A czy Szanowny Pan zdaje sobie sprawę jak szybko można zniszczyć system satelitarny? Chyba nie, bo wystarczy niewielki ładunek jądrowy detonowany w przestrzeni kosmicznej i systemu nie ma. Chodzi przede wszystkim o czynnik rażenia nazwany impulsem elektromagnetycznym, który niszczy elektronikę. Jak dotychczas nikt nie ma możliwości pełnego zabezpieczenia urządzeń przed skutkami jego działania. Umieszczenie satelitów z silnikami jonowymi oraz specjalnych płaszczyzn do łączności nimi napędzanych rzeczywiście trochę trąci fantastyką naukową. Jak zaznaczył Autor artykułu systemy te powinny być produkowane w Polsce, tym bardziej, że mamy już jakieś doświadczenie w tym zakresie. Dalekosiężne systemy łączności oparte o łączność pozahoryzontową mają wielką przyszłość i muszą być rozwijane oraz produkowane w oparciu o nasz polski potencjał naukowy, technologiczny i produkcyjny. Wielkie uznanie dla Autora artykułu za podjęcie tego tematu. Mam nadzieję, że powstanie cykl artykułów na ten temat, który jednocześnie uzmysłowi decydentom, że krajowy przemysł jest zdolny do produkcji tych systemów na potrzeby własne i nie tylko. A marzenia o satelitach z silnikami jonowy, co tu dużo pisać, jak na razie zostawmy autorom powieści science fiction.

Piotr ze Szwecji
niedziela, 8 marca 2020, 21:37

Silnik jonowy używany praktycznie jest od 1972 roku na sowieckich satelitach. Nie tylko, że używana jest ta fantastyka naukowa na satelitach w 21 wieku (patrz silniki NSTAR, PPS-1250, NEXT, NEXIS, RIT 22, BHT8000, Hall effect, FEEP), lecz też jonowe silniki (nie główny napęd, lecz jak sugerują do korekcji wysokości orbity i etc manewrów) wykorzystywane były podczas następujących misji NASA: Deep Space 1, Hayabusa, Smart 1, Dawn, LISA Pathfinder (no chyba o tej misji na Marsa słyszałeś przez telewizję?), BepiColombo (EU misja wysłana 20 października 2018). Teraz zaś weź się za dalsze czytanie twoich niezbyt naukowych powieści science fiction i daruj sobie komentowanie 50 lat starej techniki satelitarnej. ---------- Nie potrzeba bomby nuklearnej na orbicie do stworzenia impulsu elektromagnetycznego, wystarczy "wiatr słoneczny" czasami. Ponadto przeciwnik ma własne satelity w orbicie, więc by się postrzelił w kolano. Do gwałtowniejszych manewrów na orbicie napisałem powyżej " chemiczne boostery do gwałtowniejszych manewrów (unikanie kolizji/zestrzeleń)". Proszę o czytanie ze zrozumieniem i przestanie nadawania o swoich przeżyciach z czytania książek fantastyki niby naukowej.

Kris
sobota, 7 marca 2020, 01:34

Wiedza szanownego pana w zakresie techniki satelitarnej wymaga bardzo poważnego uzupełnienia. Większość Pana pomysłów jest absolutnie nierealnych i niemożliwych do realizacji. Silniki jonowe, parkowanie satelity nad Europą, szybkie manewry itd. To jest wszystko pseudo-science Fiction.

Piotr ze Szwecji
niedziela, 8 marca 2020, 21:48

Czytałeś choćby Wikipedię? Zacytuję panu: "Deep Space 1 NASA developed the NSTAR ion engine for use in interplanetary science missions beginning in the late-1990s. It was space-tested in the highly successful space probe Deep Space 1, launched in 1998. This was the first use of electric propulsion as the interplanetary propulsion system on a science mission.[61] Based on the NASA design criteria, Hughes Research Labs, developed the Xenon Ion Propulsion System (XIPS) for performing station keeping on geosynchronous satellites.[citation needed] Hughes (EDD) manufactured the NSTAR thruster used on the spacecraft." ---------- To stara satelitarna technologia z lat 70:tych zeszłego wieku, która nadal jest z sukcesem używana na świecie choćby przez NASA (Deep Space 1998), Japończyków (Hayabusa 2003) albo tą europejską agencję kosmiczną w której działa polska agencja kosmiczna ESA (European Space Agency) (Lisa Pathfinder 2015, BepiColombo 2018). FEEP silniki to europejska technologia, która w ramach EU jest w zasięgu polskiej agencji kosmicznej do pozyskania i użycia. Nie masz naprawdę żadnego zielonego pojęcia ani o ESA, ani o silnikach jonowych ani na co idą polskie państwowe pieniądze polskich podatników przez tą polską agencję kosmiczną???

CdM
piątek, 6 marca 2020, 15:09

Zaparkować nad Europą się nie da, co najwyżej nad równikiem (na GEO) na geograficznej szerokości Europy. Opóźnienia w łączności z GEO są rzędu 300ms, dla niektórych zastosowań zdecydowanie za dużo. Ponadto GEO jest zatłoczona. Jednakże, mając odpowiednio liczną konstelację można dobrać im niższe orbity tak, aby w danym momencie co najmniej jeden satelita obejmował obszar Polski.

Piotr ze Szwecji
niedziela, 8 marca 2020, 21:55

Jedyne pocieszenie, że Polska nie potrzebuje całej sieci takich satelitów. Elon Musk niedawno rozpakował jeden ze swoich pakunków satelitarnych po wyniesieniu go na orbitę. Było tych satelitów Muska chyba ze 100 albo więcej. Ludzie się fascynowali, jak gęsiego szły po niebie blisko tuż za sobą na swoje wyznaczone pozycje orbitalne. Ah, dla wielu polskie satelity to nadal fantastyka naukowa, mimo że mamy już wiek 21 i pomimo że Polska uczestniczy przecież w ESA (Europejska Agencja Kosmiczna), która produkuje i używa czy to w misjach czy to w satelitach silniki jonowe FEEP.

tut
piątek, 6 marca 2020, 11:39

Dla tego że muszą być produkowane w Polsce ... zostaną zakupione u wuja sama.

mc.
piątek, 6 marca 2020, 10:39

Szanowny Panie Maksymilianie. Pańskie słowa "systemy takie mogą i powinny być produkowane w Polsce" obarczone są gigantycznym błędem - one MUSZĄ być produkowane w Polsce i być pod 100 % kontrolą polskich służb (wszelkiego rodzaju). Ja Obywatel Rzeczypospolitej Polskiej nie życzę sobie powtórzenia sytuacji z początku lat 90-tych, gdy kupiono francuskie radiostacje a potem w trakcie przeglądów okazało się że mogą być one zdalnie dezaktywowane. Sprzęt łączności i rozpoznania to układ nerwowy całej armii. Jeżeli dopuścimy kogokolwiek do tego tematu, nawet najbliższych sojuszników może być "różnie". Przypominam że przed kilkunastu lat kupiono telefony BlackBerry i dano je wysokiej rangi oficerom do tajnej łączność i uznano je za "całkowicie zabezpieczone"

MIP
piątek, 6 marca 2020, 12:36

Ale jak pokazuje życie to obecna władza wykorzysta szansę na ponowne zrobienie "łaski" amerykanom i wybierze sprzęt amerykański

mc.
piątek, 6 marca 2020, 14:21

Nie sądzę.

tom
piątek, 6 marca 2020, 10:04

tylko własny satelita i łączność z wykorzystaniem laserów zapewnia maskowanie - reszta to dalej 2 wojna światowa

Extern
piątek, 6 marca 2020, 12:27

Satelitę niestety dosyć łatwo namierzyć i zakłócić skoncentrowaną wiązką radiową. Amerykanie zdali sobie z tego sprawę jak widać w artykule i intensywnie pracują nad alternatywnymi do satelitów sposobami łączności. Swoją drogą ciekawe czy jak tak dalej pójdzie to czy w razie następnej wojny nie skończymy z XIXwiecznymi heliografami w rękach.

JSM
piątek, 6 marca 2020, 11:49

Łączność satelitarna odpada. W razie W satelity geostacjonarne polecą jako pierwsze. Już nawet Indie mają technologię niszczenia satelitów.

Paragraph22
piątek, 6 marca 2020, 09:47

Polska też odziedziczyła po Armii Radzieckiej ośrodek, a w zasadzie węzeł łączności radioliniowej nr 202 Chocianów. Cóż został on zdewastowany okradziony. Płytki syntetycznego szafiru na których montowane były układy elektroniczne trafiały na "złom". Ta baza była projektowana, żeby przetrwać atak nuklearny, ukształtowanie terenu przekierowywało ewentualna fale uderzeniową, tam była nawet zapasowa wieża antenowa, automatycznie podnoszona w przypadku zniszczenia, uszkodzenia głównej. Problem łączności troposferycznej nie jest nowy. Te systemy mogły służyć do łączności z naszymi kontyngentami w Iraku czy innym Afganistanie albo na Wzgórzach Golan. Ten kanał byłby niezależny od woli "sojuszników". Cóż widocznie komuś nie zależy na tym aby Polska była niezależna ...

Beka z cb
sobota, 7 marca 2020, 01:46

WP próbowało już użyć elementów (w tym wymienionego przez ciebie) systemu BARS w latach 90tych dla zapewnienia łączności z siłami ekspedycyjnymi w Iraku, co zakończyło się niepowodzeniem. WP użyło wtedy nowszego, mobilnego systemu (wciąż poradzieckiego) do realizacji tego zadania.

CdM
piątek, 6 marca 2020, 13:58

Łączność troposferyczna nie mogłaby być używana na odległości, o których piszesz. Na takie odległości tylko odbicia jonosferyczne i fale krótkie.

Paragraph22
piątek, 6 marca 2020, 15:15

@CdM To tylko kwestia częstotliwości. Sam fakt że było a 'nima", mnie osobiście boli, że zmarnowano, rozkradziono, bo "ruskie"...

CDM
piątek, 6 marca 2020, 16:30

Rozpraszanie troposferyczne a odbicia jonosferyczne (nieraz wielokrotne) to po prostu inne zjawisko i inny typ łączności.

Paragraph22
piątek, 6 marca 2020, 18:55

@CDM o jakim Ty "typie" piszesz ????? Człowieku, jak dla mnie to księżyc też jest rozwiązaniem i przy jego pomocy robię łącznosci z druga półkulą czy inną Polinezją Francuską, na zwykłym "DEGEN"-ie słucham sekcji Polskiej Radia Pekin.

w
piątek, 6 marca 2020, 22:56

radio Pekin to sluchałem na zwykłym radiu tranzystorowym polskiej produkcji w latach 70-tych

Zagloba
piątek, 6 marca 2020, 12:39

Nie chwaląc się Jam to zrobił

Piotr ze Szwecji
piątek, 6 marca 2020, 12:23

Omijasz celowo wyrażenie "lewicowy program" wszystkich polityków lewicy, aby nie usunięto twojego komentarza na tym portalu? :) Dzięki Bogu prawica dziś rządzi, lecz jak widać dużo po lewakach (a nawet po komunistach) jest jeszcze w WP do pozamiatania.

CdM
piątek, 6 marca 2020, 15:21

Oczywiście, wszelkie komentarze krytyczne wobec lewicy są z tego portalu natychmiast usuwane - na przykład twój powyższy... :) A w Polsce owszem rządzi prawica. I to od 89 roku. Prawica albo o odchyle konserwatywno-liberalnym, albo o odchyle narodowo-tradycjonalistycznym, ewentualnie postkomunistyczni wolnorynkowcy przebrani za socjaldemokratów (SLD). Prawdziwej socjaldemokracji, takiej w stylu nordyckim, w Polsce u władzy nie było ani po 89, ani też przed - po prostu, nigdy (no, może tylko rząd londyński w czasie IIWŚ był do pewnego stopnia lewicowy).

Paragraph22
piątek, 6 marca 2020, 14:33

@Piotr ze Szwecji Trochę nie rozumiem Twojej wypowiedzi..

Dudley
piątek, 6 marca 2020, 12:01

Trzeba jasno napisać co to za "ktoś". Polska niezależność na pewno nie jest na rękę naszym potencjalnym przeciwnikom ( Rosja ) co jest oczywiste, ale również naszym sojusznikom, a czym większy sojusznik ( USA ) tym nasza niezależność bardziej uwiera. I dla jednych i dla drugich najlepsze jest rozwiązanie w postaci Polskarepublika bananowa ( sprzedać paciorki, zagarnąć surowce naturalne , wybzykać i porzucić gdy przestanie być potrzebna )

Paragraph22
piątek, 6 marca 2020, 13:32

@Dudley @Sidematic Ale do szabru i dewastacji tego wszystkiego Wojsko doprowadziło, zezwalając Rosjanie zostawili wszysyko sprawne, z kompletem części zamiennych, zapasami itd. Sami śmy winni. Zobaczcie jak traktują np. Mig-29 i to tylko i wyłącznie dlatego, ze "ruskie" . Zamiast pragmatyzmu fobia.

Prawdziwy fan p.Davien'na (?)
sobota, 7 marca 2020, 13:25

Byłem w komisji Pełnomocnika, (....) ds. Przejęcia mienia po PGWAR w Polsce.Rosjanie budynki koszarowe ,Po niemieckie,traktowali jako "trofiejne" a obiekty zbudowane po 45' jako swoje.Zabierali co tylko mogli.Tylko z dobrej woli b.dcy PGWAR wynika,że pewien szpital został przekazany w stanie nie zdewastowany.Sprzet , który nie mogli zabrać był niszczony.(np.naczepy niskopodwoziowe miały przecięte palnikiem ramy, kamionka kanalizacyjną (rury) były zerwane, by utrudnić znalezienie awarii poza studzienkami rewizyjnymi.Zbiorniki z paliwem ,jeszcze po "Adolfie"nie były ujęte w protokolach(choć na maszych"500" były jak byk.).Nasi Rosyjscy partnerzy bali ,że jeśli coś zostawia to ich pogonią bez pagonow.

Paragraph22
sobota, 7 marca 2020, 14:34

@Prawdziwy fan p.Davien'na (?) Ale ja piszę o konkretnym obiekcie, nie dyskutuję o mieniu po "PGWAR", bo nawet nie wiem co to jest.

poniedziałek, 30 marca 2020, 01:52

PGWAR w Polsce to Północna Grupa Wojsk Armii Radzieckiej .

Chris
sobota, 7 marca 2020, 04:18

Mig29 to kończący resursy obecnie już tylko przyrząd do latania. I nie, tzw. ruskie nie jest lepsze.

Sidematic
piątek, 6 marca 2020, 11:55

Odwróciłbym wniosek. Wszystkim zależy żeby Polska NIE BYŁA niezależna. Od naszych wątpliwych sojuszników zaczynając po "nasze" władze z nadania CIA lub wcześniej BND kończąc.

Reklama
Tweets Defence24
 
Reklama
Reklama