Reklama
Reklama

Pożar na ORP „Orzeł” - alarm dla Sił Zbrojnych [OPINIA]

23 listopada 2017, 16:56
Okręt ORP „Orzeł” to nadal bardzo groźny okręt Marynarki Wojennej RP. Fot. M.Dura
W czasie pożaru okręt podwodny ORP „Orzeł” rzeczywiście nie przybywał na Stoczni Marynarki Wojennej, co nie oznacza, że wszystkie prace remontowe prowadzone przez SMW zostały przyjęte. Fot. M.Dura
Jednym z ukrywanych wypadków była kolizja okrętu ORP „Orzeł” z pływającym dokiem, Stoczni Marynarki Wojennej. Fot. M.Dura
W akcji gaszenia pożaru na ORP „Orzeł” wzięły udział m.in. jednostki straży pożarnej Portu Wojennej Gdynia Oksywie, ale tylko jako asysta. Fot. M.Dura
Wypadki na okrętach podwodnych zdarzają się w każdej Marynarce Wojennej, ale nie powinno się tego ukrywać za klauzulą tajemnicy. Fot. M.Dura
System ładowania akumulatorów z lądu na ORP „Orzeł” jest prawdopodobnie zdublowany, a więc okręt może nadal wykonywać swoje zadania. Fot. M.Dura

Przebieg i przyczyny kolizji okrętu podwodnego ORP „Orzeł” z pływającym dokiem w 2015 r. zostały utajnione. Pożar na tej jednostce w 2017 r. jest wyraźnym dowodem, że takie milczenie przynosi katastrofalne skutki wizerunkowe i często szkodzi załodze oraz całej Marynarce Wojennej. Dlatego sami spróbujemy wyjaśnić, co się rzeczywiście stało na tym najwartościowszym pod względem możliwości bojowych polskim okręcie i jakie to może mieć konsekwencje dla Sił Zbrojnych RP.

Ministerstwo Obrony Narodowej od lat konsekwentnie milczy na temat skutków i przyczyn wypadków, do jakich dochodzi w polskiej armii. Najczęściej nie wiadomo więc: ani co dokładnie się stało, ani kto za dane zdarzenie ponosi odpowiedzialność, ani co zrobiono by w przyszłości podobnych incydentów uniknąć. Kolejny już wypadek okrętu podwodnego ORP „Orzeł” nie jest więc dowodem na problemy, jakie występują tylko w Marynarce Wojennej, ale jakie są obecne w całych Siłach Zbrojnych RP.

Niestety, prowadzone postępowania wyjaśniające są potwierdzeniem, że wojskowe dochodzenia powypadkowe mają na celu przede wszystkim znalezienia ofiary, na którą zrzuci się winę. Wyciągnięcie wniosków i wprowadzenie zmian w procedurach schodzi na drugi plan i jest bagatelizowana przez nieustającą chęć propagandy sukcesu. Drugi w ciągu dwóch lat wypadek na okręcie podwodnym ORP „Orzeł” wyraźnie pokazuje, że ukrywanie tego za niejawnymi klauzulami wcale nie pomaga w naprawieniu sytuacji. Cierpi na tym nie tylko stan wyposażenia sił zbrojnych, ale również jest to niepotrzebne igranie życiem żołnierzy.

Pierwszy wypadek – ocenzurowany

Do pierwszego (prawdopodobnie), ujawnionego wypadku z udziałem okrętu podwodnego ORP „Orzeł” doszło w 2015 r. Zdarzenie było ukrywane do 3 czerwca 2015 r., gdy Komenda Portu Wojennego w Gdyni rozpoczęła postępowanie na przeprowadzenie „Naprawy awaryjnej na ORP Orzeł (naprawa urządzeń cumowniczych)”. Przetarg wygrała Stocznia Marynarki Wojennej S.A. w upadłości likwidacyjnej, otrzymując w ramach umowy 590 000 zł brutto.

Wypadki na okrętach podwodnych zdarzają się w każdej Marynarce Wojennej, ale nie powinno się tego ukrywać za klauzulą tajemnicy. Fot. M.Dura

Wtedy okazało się, że naprawiane awaryjnie uszkodzenia mogą być wynikiem zderzenia okrętu podwodnego ORP „Orzeł” z pływającym dokiem w Stoczni Marynarki Wojennej – wypadku, o którym wcześniej oficjalnie nic nie było wiadomo. Zgodnie z wykazem prac naprawczych opublikowanym przez Komendę Portu Wojennego w Gdyni, na okręcie trzeba było naprawić:

  • półkluzę rufową lewej burty („wyrwana z pokładu półkluza z elementem konstrukcji mocowania. Pogięte, popękane wzmocnienia konstrukcyjne i poszycie kadłuba lekkiego. Wygięta falszburta”);
  • półkluzę dziobową lewej burty („Urwane zawiasy półkluzy i elementu konstrukcyjnego kadłuba lekkiego”);
  • 3 komplety polerów („Pogięte, pourywane polery, odkształcone gniazda polerów”).

W rzeczywistości uszkodzenia były jeszcze większe i dotyczyły również śruby, która musiała zostać wymieniona (na szczęście udało się znaleźć zapasową). Dodatkowo straty poniosła Stocznia Marynarki Wojennej, ponieważ na długości kilku metrów została rozerwana jedna z burt pływającego doku. Według niepotwierdzonych danych brakowało centymetrów, by doszło do uszkodzenia ważnych elementów i zatonięcia całej platformy.

Sprawę komplikował fakt, że okręt był w czasie wypadku remontowany w Stoczni Marynarki Wojennej. Trudno wiec było definitywnie ustalić, bez dostępu do protokołu wypadkowego, kto rzeczywiście był odpowiedzialny za zdarzenie. Marynarka Wojenna odmówiła dziennikarzom Defence24.pl udostępnienia jakichkolwiek wyjaśnień twierdząc, że „… przedmiotowa informacja jest informacją wrażliwą i ujawnienie jej mogłoby narazić na szwank obronność Państwa”.

Poprosiliśmy rzecznika 3 Flotylli Okrętów o uściślenie: „Co jest informacja wrażliwą i ujawnienie czego mogłoby narazić na szwank obronność Państwa. Czy chodzi o fakt wypadku, czy chodzi o winnych wypadku, czy chodzi o to kto za to zapłaci, czy o to co zostało uszkodzone?”, jednak odpowiedziano nam tylko, że: „…sprawa jest badana i dla dobra toczącego się postępowania proszę o pominięcie informacji o zaistniałem sytuacji na terenie Stoczni MW w publikacji, którą Pan przygotowuje”.

Podporządkowaliśmy się tej prośbie, jednak pożar na okręcie ORP „Orzeł” pokazał, że był to z naszej strony poważny błąd.

„Drugi” wypadek - ocenzurowany

Drugi (chyba) wypadek na ORP „Orzeł” miał miejsce 27 września br. Jednak i w tym przypadku próbowało ukryć ten fakt, potwierdzając go dopiero miesiąc później, gdy informacja wyciekła już do mediów. Z publikacji prasowych wynikało m.in., że na ORP „Orzeł” doszło do pożaru w „przedziale z akumulatorami” w trakcie prowadzonych w nocy „prac konserwacyjnych”. Incydent miał być na tyle poważny, że trzeba było wezwać jednostki cywilnej straży pożarnej.

Według mediów podczas gaszenia pożaru palący się przedział miał zostać wypełniony dużą ilością piany pożarniczej, co oznaczało, że przy okazji zalano znajdujące się tam wyposażenie. Oceniono też, że z powodu uszkodzeń okręt może już nie wrócić do służby operacyjnej, a więc że tak naprawdę utraciliśmy już tę jednostkę. Dodatkowo poinformowano, że na ORP „Orzeł” pracowało tylko kilka osób i żadna z nich nie odniosła poważnych obrażeń.

Milczenie Ministerstwa Obrony Narodowej spowodowało, że tylko ta ostatnia informacja okazała się w miarę ścisła. Co więcej nie uczyniono później praktycznie nic, by zdementować nieścisłe doniesienia prasowe, co jeszcze bardziej zwiększyło zamieszanie.

Ze skąpych informacji ujawnionych m.in. przez oficera prasowego z Dowództwa Generalnego Rodzajów Sił Zbrojnych kmdr por. Czesława Cichego wynikało tylko, że do pożaru doszło nie w czasie „prac konserwacyjnych”, ale podczas procesu rozładowywania akumulatorów (jest to czynność okresowo i obowiązkowo realizowana na każdym okręcie podwodnym). Według DG RSZ wypadek miał nie być poważny, a wezwanie jednostek cywilnej straży pożarnej było spowodowane nie skalą zdarzeń, ale istniejącymi procedurami. Dodatkowo w czasie pożaru, nikomu nic się nie stało, a czterech obecnych na pokładzie marynarzy trafiło na profilaktyczne badania w szpitalu, po których zostali zwolnieni do domów.

System ładowania akumulatorów z lądu na ORP „Orzeł” jest prawdopodobnie zdublowany, a więc okręt może nadal wykonywać swoje zadania. Fot. M.Dura

Kmdr por. Czesław Cichy poinformował na końcu, że została powołana główna komisja awarii okrętowych oraz postępowanie prowadzi Żandarmeria Wojskowa z Gdyni. Na jej wniosek powołano biegłych z zakresu pożarnictwa i energetyki, którzy przygotowują ekspertyzy: „Dopiero po wyjaśnieniu przyczyn zdarzenia będzie można określić zakres naprawczych prac do wykonania i szacować, kiedy okręt wróci do eksploatacji”.

Co rzeczywiście się stało na ORP „Orzeł”?

Wyjaśnienia DG RSZ były prawdziwe, ale niepełne przez co nie zatrzymano coraz bardziej katastroficznych opinii wygłaszanych przez polityków i publikowanych w mediach. A przecież wystarczyło jedynie zgrubnie opowiedzieć, co rzeczywiście wydarzyło się na okręcie i postępowania powypadkowe toczyłyby się w atmosferze neutralnej, a nie w klimacie afery.

Jest to o tyle dziwne, że przebieg wypadku wskazuje wyraźnie na wzorowe działania członków załogi ORP „Orzeł”, którzy w czasie pożaru wykazali się nie tylko ogromną wiedzą i doświadczeniem, ale również odwagą. 3 Flotylla Okrętów powinna być więc bardziej chwalona niż ganiona. Jednak w polskich realiach, by rzeczywiste powody wypadku nie wyszły na jaw, załoga może zostać poświęcona i nikt nie odważy się by jej bronić. Przeszkodzić może temu tylko jawność i prawda.

Okręt ORP „Orzeł” to nadal bardzo groźny okręt Marynarki Wojennej RP. Fot. M.Dura

Dlatego posiłkując się skromnymi, dostępnymi informacjami sami odtworzyliśmy prawdopodobny przebieg wypadku i ustaliliśmy, co się mogło wydarzyć na ORP „Orzeł”. Z dużą dozą prawdopodobieństwa (wymagającego oficjalnego potwierdzenia) ustaliliśmy m.in., że:

  • Do pożaru nie doszło w jednym z „przedziałów z akumulatorami” ale w przedziale piątym, gdzie jest tablica, do której podłączane są przewody wysokoprądowe ze „skrzynki elektrycznej” mola i z instalacji okrętowej. Dwa przedziały z kompletami baterii akumulatorów (po 120 ogniw każda) były cały czas wietrzone, kontrolowane i bezpieczne;
  • Ogień pojawił się, ponieważ w skrzynce połączeniowej w przedziale piątym doszło do zwarcia - prawdopodobnie po odczepieniu się jednego z przewodów. Musiało to się skończyć katastrofą, ponieważ w podłączonych tam kablach płynie prąd o natężeniu kilkuset Amperów (podobny efekt, choć wielokrotnie mniejszy uzyskuje się zwierając klemy naładowanego akumulatora samochodowego);
  • Na razie nie wiadomo, co był przyczyną odczepienia się jednego z przewodów, który powinien być mocno dokręcony. Z dostępnych nam danych wynika jednak, że załoga nie ma obowiązku i możliwości sprawdzania, czy został on trwale zabezpieczony przed odkręceniem. Okręt nie ma też na swoim wyposażeniu kamery termowizyjnej, które mogłyby pomóc we wcześniejszym wykryciu wszystkich, nadmiernie nagrzewających się elementów wyposażenia (co jest pierwszym, ważnym wnioskiem na przyszłość);
  • Nie zadziałał system czujników przeciwpożarowych. Według specjalistów nie musi być to jednak nieprawidłowością, ponieważ okręt podwodny podczas ładowania i rozładowywania akumulatorów jest bardzo silnie wietrzony. Ma to zapobiec gromadzeniu się wodoru w jamach bateryjnych, którego zbyt duże stężenie może doprowadzić do wybuchu;
  • Załoga próbowała początkowo ugasić ogień podręcznymi środkami przeciwpożarowymi walcząc z ogniem w zadymionym przedziale, jednak bez sukcesu;
  • Dowodzący akcją pierwszy mechanik zadecydował o uruchomieniu instalacji halonowej (wypuszczającej w zagrożonym przedziale gaz neutralizujący) i w tym celu zamknięto szczelnie przedział;
  • Nie udało się uruchomić systemu halonowego z tablicy w centrali (pomimo, że system jest okresowo certyfikowany przez zewnętrzną firmę) i nie udało się tego zrobić włącznikiem z przedziału szóstego;
  • Pierwszy mechanik próbował więc uruchomić system halonowy włącznikiem z przedziału czwartego, jednak gaz „poszedł” ale nie w przedziale piątym tylko w czwartym, gdzie była załoga. Sytuacja była niebezpieczna, ponieważ ulatniający się halon ma temperaturę prawdopodobnie około -140°C;
  • Pierwszy mechanik wykazał się jednak wtedy refleksem i odwagą zasłaniając ręką wylot gazu chroniąc ludzi w przedziale. Na szczęście miał założoną rękawicę roboczą i dielektryczną (elektroizolacyjną) co spowodowało, że odniósł tylko niewielkie odmrożenia. Jednocześnie oficer wyłączył i ponownie włączył system halonowy w przedziale piątym. Tym razem wszystko zadziałało prawidłowo i pożar został stłumiony i ugaszony;
  • Ogień ugaszono więc siłami załogi (prawdopodobnie było to sześć osób), a nie przez jednostki Straży Pożarnej z Portu Wojennego i Oksywia, które zgodnie z procedurami zostały wyzwane do pożaru. Poszczególne jednostki pożarnicze asekurowały wiec jedynie działanie załogi, a strażacy weszli na okręt już po ugaszeniu ognia i tylko w celach kontrolnych.

„Techniczne” skutki pożaru na okręcie ORP „Orzeł”

Milczenie Ministerstwa Obrony Narodowej zostało wykorzystane nie tylko po to by atakować Marynarkę Wojenną, ale również by deprecjonować wartość „spalonego” okrętu podwodnego. Komuś wyraźnie zależało, by w świat poszła fama, że okrętu już nie będzie się opłacało naprawić i marynarze nie będą mieli się na czym szkolić po wycofaniu starych Kobbenów.

Tym bardziej trudno jest zrozumieć, dlaczego od razu nie zdementowano oficjalnie informacji że „przedział z akumulatorami” jakoby został „wypełniony dużą ilością piany pożarniczej”, co miało doprowadzić m.in. do zalania znajdującego się tam wyposażenia. A przecież załoga przezornie nie użyła pokładowego systemu pianowego WPŁ tylko system gazowy (halonowy) chroniąc w ten sposób urządzenia okrętowe. Piany nie użyły też jednostki straży pożarnej, które jedynie asekurowały z mola akcję prowadzoną przez załogę.

W akcji gaszenia pożaru na ORP „Orzeł” wzięły udział m.in. jednostki straży pożarnej Portu Wojennej Gdynia Oksywie, ale tylko jako asysta. Fot. M.Dura

Można przypuszczać, że sam pożar spowodował zniszczenia jedynie w skrzynce połączeniowej i znajdujących się obok urządzeniach, ale nie dotarł do znajdującego się w przedziale silnika elektrycznego. Silnik ten jest osłonięty szczelnym, metalowym „kokonem” i proszek z gaśnic najprawdopodobniej nie dostał się do środka. Dlatego specjaliści twierdzą, że naprawa okrętu i czyszczenie przedziału prowadzona przez grupę fachowców nie powinny trwać dłużej niż trzy tygodnie. I takie prawdopodobnie są rzeczywiste skutki pożaru na ORP „Orzeł”.

Nieprawdą jest również, że ten okręt jest całkowicie wyłączony z działań. O tym, że uszkodzenia nie mają większego wpływu na jego wartość bojową i gotowość może świadczyć fakt, że załoga przeprowadziła już po pożarze ładowanie (za pomocą silników diesla) i rozładowanie wszystkich baterii akumulatorów. Co więcej z dostępnych nam danych wynika, że takie rozładowanie i ładowanie ma w najbliższym czasie nastąpić „z lądu”.

Można to będzie zrobić z pominięciem spalonej skrzynki, ponieważ Rosjanie przezornie zdublowali tą instalację i zamontowali podobną tablicę rozdzielczą w kiosku. Okręt więc po przeprowadzeniu sprawdzeń będzie mógł dalej pływać, o ile wreszcie przyjęty zostanie remont prowadzony od trzech lat przez Stocznię Marynarki Wojennej.

Największym problemem w przypadku okrętu ORP „Orzeł” może być więc tylko brak dowódcy. Poprzedni odszedł bowiem zaraz po kolizji z dokiem, natomiast jego następca po kilku miesiącach dowodzenia zrezygnował ze służby wojskowej. Jak się jednak okazuje jest inny oficer z doświadczeniem, który mógłby przejąć okręt, więc i ten problem można będzie bardzo szybko rozwiązać.

„Polityczne” skutki pożaru na okręcie ORP „Orzeł” i milczenia MON

Marynarka Wojenna milczy, a tymczasem wszyscy naokoło wykorzystują to próbując odepchnąć winę od siebie i zrzucić ją na marynarzy. Przykładem może być wypowiedź jednego ze związkowców Stoczni Marynarki Wojennej, który w czasie wspólnego posiedzenia Sejmowych Komisji: Gospodarki Morskiej i Żeglugi Śródlądowej oraz Obrony Narodowej, które odbyło się 26 października 2017 r. w Sejmie głośno wyjaśniał, że pożar na ORP „Orzeł” „…miał miejsce na terenie Portu Wojennego i nie ma nic wspólnego ze Stocznią Marynarki Wojennej. Okręt ten stocznię opuścił kilka miesięcy temu”.

W czasie pożaru okręt podwodny ORP „Orzeł” rzeczywiście nie przybywał na Stoczni Marynarki Wojennej, co nie oznacza, że wszystkie prace remontowe prowadzone przez SMW zostały przyjęte. Fot. M.Dura

Okręt rzeczywiście nie przebywał na terenie stoczni lecz w Porcie Wojennym Oksywie, jednak nie został on jeszcze oficjalnie przyjęty po remoncie w SMW. Dodatkowo zarówno skrzynia rozdzielcza, od której rozpoczął się pożar, jak i włączniki halonowego systemu przeciwpożarowego (z całym systemem) były remontowane lub certyfikowane. W pierwszym przypadku prace remontowe, związane m.in. z wykonaniem nowych przewodów były wykonywane przez samą Stocznię Marynarki Wojennej i były odbierane przez stoczniową kontrolę jakości oraz podczas prób FAT (stoczniowych), HAT (portowych) i SAT (morskich).

Może więc się okazać, że odczepienie się przewodu nastąpiło w wyniku błędu w stoczni, bo sama załoga w pechowej skrzynce rozdzielczej nie wykonywała żadnych prac (nie mając takiego obowiązku). Halonowy system przeciwpożarowy również jest certyfikowany przez zewnętrzną firmę i załoga nie ma możliwości sprawdzenia, czy działa on prawidłowo, czy też nie. Jak się okazało nie działał, a więc w tej sprawie więcej tłumaczyć się powinna Rejonowa Baza Logistyczna w Wałczu i RPW, którzy zlecali i odbierali prace.

Jeśli przez sito odbiorów, wewnętrznych i wojskowych przechodzą takie wady które skutkują wyłączeniem na długie miesiące jednego z podstawowych okrętów marynarki wojennej, to jak zamierzamy zapobiegać całkiem prawdopodobnym aktom dywersji?

Obecnie polski przemysł twierdzi stanowczo, że jest w stanie budować w Polsce okręty podwodne. Wypadek na ORP „Orzeł” może jednak pokazać, że jest zupełnie inaczej. Ktoś może więc wreszcie zadać odważnie pytanie, co tak naprawdę może zrobić polski przemysł jeżeli chodzi o okręty podwodne. Kadłub – nie, silniki elektryczne – nie, silniki diesla – nie, śruby – nie, generatory – nie, okrętowy system walki – nie, wyrzutnie torpedowe – nie, grodzie z włazami – nie, peryskopy – nie. No to co?

Trudność w dokończeniu remontu ORP „Orzeł” oraz wychodzące cały czas usterki poremontowe powinny co najmniej wzbudzić wątpliwości, czy otrzymany w programie Orka offset powinien rzeczywiście polegać na budowaniu okrętów podwodnych w Polsce, gdzie są trudności nawet z ich remontowaniem. Czy, jak i po co chcemy w przyszłości podtrzymać zdolności produkcyjne okrętów podwodnych? Czy mamy plan zamawiać co kilka lat kolejny okręt, czy też będziemy musieli je kupować, żeby stocznia nie upadła?

Okręt podwodny to arcyskomplikowany system. Jak widać na przykładzie ORP Orzeł polskie Siły Zbrojne mają problem z umiejętnością prawidłowego odbioru okrętu po remoncie we własnej stoczni, jak zatem będą wyglądały odbiory okrętów zamówione u zagranicznych dostawców? Kto dokona odbiorów? Kiedy zakończy się „ściemnianie” kolejnym szczeblom przełożonych że wszystko wiemy, potrafimy i zrobimy? Ten problem dotyczy wszystkich zakupów a nie tylko okrętów. I być może się okaże, że będziemy mieli problem z odebraniem systemu Wisła.

To jest niebezpieczna służba i wypadki mogą się zdarzyć

Poszczególne zdarzenie z okrętem ORP Orzeł” są skrzętnie odnotowywane i mogą zaważyć na zewnętrznej ocenie tego, co się dzieje na polskich okrętach podwodnych. Tymczasem prawda jest taka, że do wypadków na starzejących się jednostkach pływających może dojść w każdej chwili. Dlatego nie można się dziwić ministrowi Kownackiemu, że w ten właśnie sposób tłumaczył pożar na ORP „Orzeł” w Sejmie.

Szkoda jednak, że przy tej okazji pan minister nie miał wiedzy, co i dlaczego wydarzyło się na ORP „Orzeł". 26 października 2017 r. (podczas posiedzenia Sejmowych Komisji: Gospodarki Morskiej i Żeglugi Śródlądowej oraz Obrony Narodowej w Sejmie), a więc miesiąc po wypadku, minister Kownacki stwierdził że „…doszło do drobnego de facto pożaru, tam spalił się akumulator i części do jednego z akumulatorów”.

Czy ktoś wyciągnie wnioski z tego jak jest remontowany sprzęt sił zbrojnych? Dlaczego to tyle trwa i kosztuje a przede wszystkim dlaczego remonty są takiej a nie innej jakości? Kto i z jaką wiedzą ma dokonywać odbiorów sprzętu? Dopóki decydenci w MON nie wymuszą na podwładnych odpowiedzi na te pytania i nie zostaną wyciągnięte wnioski, nie tylko sprzęt będzie zagrożony, ale również życie i zdrowie żołnierzy.

KomentarzeLiczba komentarzy: 96
Anty C-cal przed 500+
piątek, 24 listopada 2017, 14:42

ile to jest tych niemieckich (konstrukcyjnie) o. podwodnych w tej Argentynie? Kupionych PO wojnie 1982, gdy nie szukali wcale wroga na zamorskich pustyniach. Fregatami, niszczycielami nie zwojowali zbyt wiele...po za takim "ad-hoc" NDR - czyli przywalili tym Exocet'em zdemontowanym....z brytyjskiej prowinencji type 42 ...fregacie R.Navy.

ewa
piątek, 24 listopada 2017, 21:41

ale przecież wiadomo, no zgoda, tylko że uboot to jak caracal ale bez działa bo to nie leopard ale co tam. Zgoda masz rację. Tak widomo Argentyna waliła w NAVY NDRami....zupełnie jak nie my bo my caracale ale uwalone, zatem NDR w każdym mieście bo przecież okręty nie latają. Dobrze że nie Caracale..ufff...ale co powiesz na Ślązaka z możliwością Orła i działem Wróbel co się na caracalu nie mieści...hę...ciekawym twojej opinii, okno otwarte...

Boczek
piątek, 24 listopada 2017, 19:46

"Były 3 małe Jaegermajstry, zostały teraz 2." "Kupionych PO wojnie 1982, gdy nie szukali wcale wroga na zamorskich pustyniach" ARA San Luis (S-32) Completed: 3 Apr. 1973 Commissioned: 24 May 1974 Out of service: 23 Apr. 1997 ARA Salta (S-31) Completed: 12 Nov. 1972 Commissioned: 9 Feb. 1973 "Fregatami, niszczycielami nie zwojowali zbyt wiele..." Też by zwojowali, ale 3 minuty potrzeba, aby znaleźć, że Brytyjczycy mieli więcej szczęścia niż rozumu i gdyby nie błąd argentyńskiego technika posłaliby ich do domu - 4 torpedy w kierunku lotniskowca "Invincible" i innych okrętów zwiazku odpalił ARA San Luis. Admirał Woodward potwierdził (załoga widziała jak przeszły za rufą), że po utracie tylko jednego lotniskowca Brytyjczycy musieliby się wycofać. To jeszcze raz potwierdza, że OP to najwyższy koszt efek ze wszelkiego typu uzbrojenia. Po prostu: 1. nie lenić się, 2. sprawdzić, 3. postować 4. ...albo nie ruszać.

danka
czwartek, 23 listopada 2017, 22:16

Nic dodać nic ująć-takich prawdziwych,rzeczowych,profesjonalnych tekstów jak najwięcej-może wszyscy odpowiedzialni za modernizację w tym państwie się obudzą...Czeka nas praca od podstaw i oczyszczenie tej stajni Augiasza.

robertpk
piątek, 24 listopada 2017, 08:47

Państwowy PGZ - twierdzi, że posiada kompetencje prawie we wszystkim, po czym okazuje się, że król jest nagi. Żeby coś zrobić trzeba zaprosić "do konsorcjum" prywatne firmy lub partnera zagranicznego - czyli "dawców kompetencji"... Pytanie, po co ten cyrk ? Przecież gołym okiem widać, gdzie PGZ ma technologie a gdzie ich nie ma Nikt nie kwestionuje zdolności do zrealizowania zamówienia przez PCO czy PIt-Radwar albo HSW Ale: drony, OP, BMS, ....??? z czym do ludzi ?

cdee
piątek, 24 listopada 2017, 12:22

w PGZ jest zarząd, zreszta w wiekszosci ten sam z poprzednich lat z ARP, MS, . Kadry-inzynierów, techników, pracowników nie ma . Kazano im zakładać zakłady fryzjerskie dla psów i kotów . To potrwa. Nie wiem czy ten zarząd to nie choragiewka

Boczek
czwartek, 23 listopada 2017, 21:55

"co tak naprawdę może zrobić polski przemysł jeżeli chodzi o okręty podwodne." "Kadłub – nie" Nieprawda. Jak najbardziej może z wyjątkiem sekcji dziobowej i rufowej kadłuba mocnego. " silniki elektryczne – nie" Tego nie produkuje żadna stocznia. Jest dwóch producentów w naszym segmencie; Siemens i JEUMONT Electric. Serwis jak najbardziej. Sytuacja 1:1 taka jak Szwedów. "silniki diesla – nie" Tego nie produkuje żadna stocznia. Jest co prawda wielu oferentów, ale de facto istnieje tylko MTU. Na niewielką ilość własna produkcja nieopłacalna. Serwis jak najbardziej. Sytuacja 1:1 taka jak Szwedów. "śruby – nie" Ależ jak najbardziej - przynajmniej dla niemieckich. Wspólny rozwój również możliwy. "generatory – nie". Tego nie produkuje żadna stocznia. Teoretycznie w Polsce możliwe. Serwis jak najbardziej. Sytuacja 1:1 taka jak Szwedów. "okrętowy system walki – nie" Tego nie produkuje żadna stocznia, ale jak najbardziej. Do niedawna było to twarde wymaganie. Niestety pociąg odjeżdża; http://www.defence24.pl/693934,niemiecko-norweska-spolka-zbuduje-systemy-walki-okretow-podwodnych-tkms U innych również, jakkolwiek tam nie ma dalszego nowego rozwoju, w który można by się włączyć. Tu tym samym odpływa rozwój CMS z Kongsbergiem dla nawodnych. "wyrzutnie torpedowe – nie" Zgoda. Jedyna szansa to TKMS ze wzgledu na dużą ilość zamówień - inaczej nieopłacalne. Serwis jak najbardziej. "grodzie z włazami – nie" Ależ jak najbardziej, nawet z przylgniami dla doków zewnętrznych - ale jedynie z TKMS w pewnej szczególnej (ale bardzo prawdopodobnej) konstelacji. "peryskopy – nie" Tego nie produkuje żadna stocznia. Jest jedynie 4 liczących się producentów: - pierwsza liga: brytyjski Pilkington (aktualnie Thales) i niemiecki Zeiss/Hensoldt i - druga liga: amerykański Kollmorgen i francuski Sagem Serwis jak najbardziej. Sytuacja 1:1 taka jak Szwedów. Warunek - projekt zarządzany przez managerów oferenta. Nasi są tu czeladnikami i chłopcami na posyłki.

emeryt
piątek, 24 listopada 2017, 14:58

Kilka razy pada tutaj deklaracja "Serwis jak najbardziej" .Otóż przykład serwisu systemu p.poż realizowanego przez zewnętrzną firmę chyba dobitnie świadczy o krajowych możliwościach . Dalej chyba nie trzeba polemizować co do możliwości bardziej zaawansowanych działań .Zgodzę się z konkluzją a raczej warunkiem postawionym na koniec "projekt zarządzany przez managerów oferenta" a ze swojej strony dodałbym i realizowany przez jego wykonawców - stocznie . I z tak brzmiącą diagnozą zgodzę się w 100 %

Mietek
piątek, 24 listopada 2017, 12:09

Dzięki.

Kowalski
czwartek, 23 listopada 2017, 21:49

Takie remonty to zaledwie wierzchołek góry .... Autor tekstu postawił na końcu kilka kluczowych pytań ... Należało by wspomnieć o remontach pozostałego sprzętu np. aut marki lublin remontowanych w zakładach choćby w Lublinie, remonty których są wyceniane na kilkadziesiąt tysięcy złotych gdzie wartość rynkowa takich pojazdów to zaledwie kilka tysięcy złotych . Aż strach wspomnieć że remonty takie trwają ponad rok a sprzęt wraca w gorszym stanie technicznym niż pojechał . Porażka . To jawne okradanie Podatnika i zubażanie MON . A może ... komuś zależy na takim stanie rzeczy ?!

ciekawy
czwartek, 23 listopada 2017, 21:46

Główny mechanik na kapitana? : "Największym problemem w przypadku okrętu ORP „Orzeł” może być więc tylko brak dowódcy. Poprzedni odszedł bowiem zaraz po kolizji z dokiem, natomiast jego następca po kilku miesiącach dowodzenia zrezygnował ze służby wojskowej. Jak się jednak okazuje jest inny oficer z doświadczeniem, który mógłby przejąć okręt, więc i ten problem można będzie bardzo szybko rozwiązać." P.S. Czyżbyście przeczuwali zmiany w MON że zaczęliście kąsać rękę, która Was karmi? ;)

war is coming
piątek, 24 listopada 2017, 16:59

Dowódcy widząc co się dzieje i w jakim stanie jest okręt naturalnie będą odchodzić. Nikt przy zdrowych zmysłach nie weźmie na siebie odpowiedzialności za życie swoje załogi i potencjalnie jeszcze odpowiedzialności za sam okręt w takim a nie innym stanie.

Al.S.
niedziela, 26 listopada 2017, 01:54

Nie jestem specjalistą od okrętów podwodnych, ale za to na co dzień zajmuję się techniczną obsługą jednego z banków w londyńskim City. Otóż system baterii na OP bardzo przypomina stosowany w bankach, serwerowniach i innych tego typu instytucjach, system UPS - interruptible power supply. Zresztą to samo mówią moi dwaj koledzy z pracy, którzy w przeszłości służyli na brytyjskich OP Astute, które choć atomowe też mają backup w postaci baterii. Z opisu zdarzenia wynika kilka oczywistych niedociągnięć systemu. - brak stosowania urządzeń nadmiarowo- prądowych (ACB, VCB) po każdej stronie podawanego zasilania. Taki wymóg istnieje w podstacjach UPS, żaden inżynier opracowujący Program Załączania nie powinien się pod czymś takim podpisać. - Nie było Programu Załączania na piśmie? Trzeba zmienić procedury. Program może być wykorzystywany wielokrotnie i za każdym razem poświadczany podpisem odpowiedzialnego technika. - Wszelkie pomieszczenia zabezpieczone gazem halonowym powinny mieć przy każdym wejściu wyłącznik, działający np. na klucz, który rozłącza elektrozawór na instalacji doprowadzającej gaz do danego pomieszczenia. Nie odłączono gazu- w pomieszczeniu nie mogą przebywać ludzie. Takie normy sprawiają, że w tym biznesie w którym pracuję, pomimo iż praca na co dzień wiąże się z obcowaniem z wysokimi energiami i napięciami, do wypadków dochodzi bardzo rzadko.

and
niedziela, 26 listopada 2017, 18:47

proszę nie pisać bzdur zabezpieczenia nadmiarowo prądowe zapewne były chociażby w postaci bezpieczników mocy ale one w tej sytuacji niczego nie zabezpieczają skoro prąd dopuszczalny jest dość duży w granicach setek amperów wystarczy zbyt mały docisk śruby dociskającej by połączenie silnie się nagrzewało do stanu pożarowego włącznie nadal nie przekraczając nastaw zabezpieczeń prądowych nawet jeżeli doszło do zwarcia to dochodzi jeszcze czas zadziałania tychże zabezpieczeń gdzie zwykłe bezpieczniki są o wiele szybsze niż najbardziej skomplikowane zabezpieczenia elektroniczne lub elektromagnetyczne (zwłoka na odpadnięcie styków przekaźnika stycznika itd) nawet zwarcie kilku milisekundowe wytworzy ogromną energię z pożarem włącznie. Piszę te słowa mając 30 letnie doświadczenie w obliczaniu takich zabezpieczeń i ich realizacji w kopalni widząc wielokrotnie skutki zwarć i problemy z pilnowaniem dokręcania połączeń w obwodach silnoprądowych łącznie z najnowocześniejszymi systemami przemienników częstotliwości. Ps z zamiłowania jestem shiplowerem więc tematyka OP jest w kręgu moich zainteresowań.

CB
niedziela, 26 listopada 2017, 16:39

Ale jak sobie wyobrażasz na okręcie podwodnym wyłączanie instalacji przeciwpożarowej w momencie przebywania ludzi? Brutalna zasada na OP jest taka, że czasami trzeba zamknąć przedział i poświęcić ludzi w środku, żeby zgasić pożar i uratować cały okręt... Program załączania i jeszcze podpisy techników na piśmie? To jest standardowa procedura, wykonywana regularnie i nie tylko przy wykorzystaniu zasilania zewnętrznego, ale także ze swoich agregatów. A zabezpieczenia są oczywiście stosowane, ale nawet one nie pomogą w przypadku niektórych awarii (a tu w zasadzie nawet awarii nie było, tylko niedoróbka).

cdee
piątek, 24 listopada 2017, 08:29

nie ma polskiego przemysłu. Zostały smutne resztki jak z Orła.Przemysł został skutecznie "zrestrukturyzowany" , takze przez ludzi którzy sa obecnie w PGZ i ARP

CB
piątek, 24 listopada 2017, 13:56

Ten polski przemysł, to akurat nigdy (przed wojną, po wojnie, za PRL, za III czy IV RP) nie budował okrętów podwodnych i nigdy nie był do tego zdolny. Tak samo jak nigdy w historii nie zbudowaliśmy żadnego niszczyciela, a później korwety czy fregaty, czego efekty obserwujemy teraz na Ślązaku. Trzeba po prostu przyjąć do wiadomości, że tego nie potrafimy (i nigdy nie potrafiliśmy) i skorzystać na początku z obcej pomocy, żeby się w końcu nauczyć, zamiast ciągle unosić się jakąś chorobliwą ambicją.

miw
czwartek, 23 listopada 2017, 21:38

"Orła" zbudowano chyba w Rydze. Czy tamta stocznia dalej ma takie umiejętności i mogłaby go serwisować? Łotwa jest w NATO...

CB
piątek, 24 listopada 2017, 07:33

Orła zbudowano w Gorki, czyli na terenie dzisiejszej Rosji. Zresztą wszystkie 3 stocznie które budowały okręty tego typu są w Rosji.

ito
piątek, 24 listopada 2017, 08:22

Jak ktokolwiek ma wyciągać jakiekolwiek wnioski na przyszłość w kraju, w którym rząd, sejm i połowa społeczeństwa od siedmiu lat nie chce przyjąć do wiadomości ustaleń całkowicie technicznych komisji w sprawie katastrofy będącej w znacznym stopniu skutkiem zignorowania wniosków z poprzedniej katastrofy (Mirosławiec)? Niestety z artykułu jasno wynika, że okręt bezpośrednio po opuszczeniu stoczni remontowej jest w złym stanie technicznym. Co niestety oznacza, że nie dysponujemy stocznią zdolną nawet obsługiwać okręty podwodne. Tworzyć stocznię dla budowy trzech okrętów? Co potem? Skoro państwo nie potrafi sobie poradzić z istniejącymi przedsiębiorstwami, które z koleinie radzą sobie bieżącymi zadaniami skąd pomysł, że coś nowego poprawi sytuację?

Olaf
czwartek, 23 listopada 2017, 21:22

Czyli tradycyjne polskie "jakoś to będzie".

As
piątek, 24 listopada 2017, 07:19

Armagedon. Jak się to czyta to ma się wrażenie, że w stoczni pracują wyłącznie przybysze zza wschodniej granicy celowo tam wysłani przez służby naszego wielkiego sąsiada.

Sceptyx
piątek, 24 listopada 2017, 14:37

Bo ten sąsiad wystraszył się 35 letniego Orła??? Lub chce sparaliżować wykończenie Ślozakogawrona? Może tak jest?

Tomek72
czwartek, 23 listopada 2017, 21:09

"..ponieważ Rosjanie przezornie zdublowali tą instalację i zamontowali podobną tablicę rozdzielczą w kiosku..." Czytam i oczom nie wierzę, jeśli coś zostało ZDUBLOWANE, to na 99% nie po to aby generować dodatkowe koszty, tylko, żeby zwiększyć NIEZAWODNOŚĆ KRYTYCZNYCH ELEMENTÓW. W informatyce nazywa się to wyeliminować SPOF - Single Point of Failure. Na okręcie podwodnym wydaje mi się to jeszcze bardziej ważne niż w "cloudzie facebooka"

CB
czwartek, 23 listopada 2017, 22:15

Pamiętaj, że to jest konstrukcja z lat 70-tych i w dodatku radziecka. Tam nie ma praktycznie żadnej automatyki. To "zdublowanie" polega po prostu na tym, że możesz się podłączyć z przewodami z lądu tu albo tu - gdzie akurat wygodniej. Zresztą odtworzenie nawet tej spalonej rozdzielnicy nie powinno być wielkim problemem, bo skoro podłącza się tam przewody "wysokoprądowe", to są tam zapewne po prostu szyny i klemy, a nie jakaś skomplikowana automatyka. Tym bardziej, że stocznia ostatnio tam grzebała.

Karol
piątek, 24 listopada 2017, 06:48

Jesli prawdą jest że przewód którym rozładowywano akumulatory odłączył się i spadł powodując zwarcie i w efekcie pożar, to to jest rażące niedbalstwo i nie powinno być najmniejszego problemu z ustaleniem kto wienien. Krycie winnych powinno być również karane, bo to oznacza w tej sytuacji dywersję. Ale cały tekst przekrojowo jest mętny tak samo jak mętne są działania MON. WYgłaszane tu opinie w oparciu o niepełny zestaw faktów powoduje że pojawiają się głosy pozbawione zdrowego rozsądku. Począwszy od głosów mówiących że w Polsce nic nie uda się dobrze zrobić, do hurra optymizmu przezierajcego z treści tekstu. A prawda jest taka że dokłądnie to niewiele osób w Polsce wie co sietak naprawdę dizieje w MW. Bo jesli okłamuje sięprzełożonych albo ukrywa fakty, to znaczy że z dyscylkiną jest źle. Racje ma autor tekstu w tym że brak jasnego przekazu MON co do zdarzenia i jego przyczyn, brak transparentności powodują że pojawiaja się opinie krzywdzące a nawet są mozliwe manipulacje pochodzące od naszych wrogów. Tak czy inaczej wszystko to sprawia że ponosimy jako państwo i armia straty. Ktoś to musi przeciąć.

Captcha
poniedziałek, 27 listopada 2017, 13:56

Negocjowany jest ważny kontrakt na dostawy okrętów podwodnych. Każda "zła" wiadomość może być "dobra" dla kogo trzeba...... Aktywność oferenta z zachodu w 3mieście jest bardzo widoczna.

CB
poniedziałek, 27 listopada 2017, 15:12

Gdyby jednym z oferentów była Rosja, to może by komuś mogło zależeć na jej zdyskredytowaniu, ale o ile się nie mylę, nie planujemy w najbliższym czasie zakupów z tamtego kierunku. Uważasz, że Niemcy, Szwecja i Francja wspólnie zawiązały spisek, żeby spalić nasz OP pamiętający czasy Związku Radzieckiego? W celu?

Mar
czwartek, 23 listopada 2017, 20:40

I tu pokazuje się przewaga systemów MIST w instalacjach ppoż są to pompy FW podające do chronionego przedziału wodę po ciśnień 300 bar w celu wytworzenia mgły wodnej ograniczające dostęp powietrza do źródła ognia nie powodując zniszczenia urządzenia które zawsze może zostać odliczone przez tzw blackout lub zabezpieczenia switchboard halin jak i CO2 maja ograniczenia i są tzw ostatecznością

kmq
czwartek, 23 listopada 2017, 22:40

Woda do gaszenia elektryki?

CB
czwartek, 23 listopada 2017, 22:32

Jakoś nie jestem przekonany do gaszenia mgłą wodną akurat na okrętach podwodnych. Tu się nie da odłączyć jednego urządzenia czy nawet tylko jednego przedziału. Trzeba by wyłączyć praktycznie cały okręt. Tamte systemy są rzeczywiście ostatecznością, ale mają tę zaletę, że nie powodują żadnych zwarć i część systemów może pracować, a to zazwyczaj jest potrzebne, żeby okręt uratować.

Dario
piątek, 24 listopada 2017, 03:54

Papier wszystko przyjmie - można ganić wszystko i wszystkich ale doświadczenia nie zdobywa się w jeden dzień.

patriota
czwartek, 23 listopada 2017, 20:27

"okręt podwodny podczas ładowania i rozładowywania akumulatorów jest bardzo silnie wietrzony. Ma to zapobiec gromadzeniu się wodoru w jamach bateryjnych, którego zbyt duże stężenie może doprowadzić do wybuchu." W ten sposób zagadka zatonięcia ARA "San Juan", argentyńskiego okrętu podwodnego została wyjaśniona. Iskrzenie, nagromadzenie wodoru w przedziale akumulatorów i potężna eksplozja rozerwała kadłub jednostki. Kadłub, który podczas ostatniej modernizacji został podzielony na sekcje... Stan akumulatorów był fatalny...

GM
czwartek, 23 listopada 2017, 23:24

Początkowo pomyślałem, że jako przyczynę zatonięcia miałeś na myśli przeprowadzenie wietrzenia w zanurzeniu.

mc
piątek, 24 listopada 2017, 12:37

Coś dziwnego dzieje się w MW (a może nie tylko tam). 30 lat temu sluzylem w pewnym pułku lotniczym. Jeżeli wydarzyło się coś "niewłaściwego" (np. w Bydgoszczy ptak wpadł do silnika, gdy samolot był na odejściu na wys 100m; albo w Pruszczu Gdańskim w trakcie alarmu mechanik przelaczyl uzbrojenie w trakcie ładowania rakiet i je odpalił) - we wszystkich pulkach, łącznie z naszym był odczytywany komunikat co się stało i dlaczego. Przecież to była Komuna !!!, ale wszyscy rozumieli że przekazanie tego typu informacji pomaga zapobiegać im w przyszłości. A teraz mamy Wolność i Demokrację a w MW bawią się w ukrywanie prawdy ?! Czyli Dowódcy robią wszystko, żeby tylko było ładnie ... A prawda - może poczekać. Następnym razem zginą ludzie i jak to ukryja ?

Willgraf
sobota, 25 listopada 2017, 14:58

Dokładnie tak, za to powinny byc dymisje w MW i MON

OST
sobota, 25 listopada 2017, 13:17

W 1987 r. w sierpniu, służyłem wtedy w Helu (nie na Helu) w MW. W nocy kuter patrolowy - nie pamiętam nr burtowego ( może 16..., lub 14... z Górek Zach), będący w dozorze przy półwyspie, wysłał sygnał "May Day". Okazało się , że zaczął się palić. Na szczęście był to sierpień, akurat bez fali, woda w miarę ciepła, okręt około 1 mili od półwyspu w dryfie. Cała załoga wyskoczyła do morza i przypłynęli wpław do do brzegu. Okręt się zjarał. Pamiętam, że podchodziły do niego dwa ratownicze, jeden okręt MW, jakaś R-ka i cywilny ratowniczy. Jednak bali się podpłynąć bo tzw "drabik" - kuter patrolowy z racji dozoru był uzbrojony. Z tego co pamiętam to nad ranem nastąpiły na nim eksplozje amunicji. Jak się wypalił to odholowano go do portu wojennego w Helu. Nikt nigdy po tym zdarzeniu nawet słowa nie powiedział o tym co się wydarzyło. Na szczęście nikt nie zginął.

men
czwartek, 23 listopada 2017, 20:08

Działało to następująco (działa dalej?): na poziomie JW sporządzany był meldunek sytuacyjny dotyczący całej sfery działania JW, w tym sprawność sprzętu. Już na tym etapie nie wszystkie w realu usterki i niesprawności były uwzględniane ( no bo po co denerwować przełożonego, jeszcze jakąś kontrolę nam przyśle, nagrody obetnie itp. itd.) i tak to szło na poszczególnych szczeblach w górę. Już ty kiedyś pisałem że jeśli "władcy" z MON-u chcą poznać prawdę o sytuacji to niech niespodziewanie odwiedzą jakąś/jakieś JW, zakładam z praktyki że ich postrzeganie rzeczywistości może zostać zakłócone - oczywiście jeśli im się zechce opuszczać jakże wygodne apartamenty.

Hanys
piątek, 24 listopada 2017, 12:26

Nie oszukujmy się, prawdziwy i profesjonalny remont tego okrętu może przeprowadzić tylko stocznia rosyjska, a to obecnie nie wchodzi w grę. "Orzeł" to wartościowa jednostka owszem, ale ma już swoje lata i wymaga po prostu naprawy i modernizacji a tego w Polsce wykonać nie umieją i tyle. A szkoda, bo okręty "kilo" i budowane na ich bazie proj. 636 uzbrojone w kalibry to bardzo udane jednostki, idealne na takie akweny jak Bałtyk, trudne do wykrycia (o czym przekonywały się właśnie na przykładzie "Orła") okręty i samoloty NATO na manewrach i "Orzeł" to tak naprawdę jedyna jednostka w Marynarce RP z którą potencjalny przeciwnik się liczy, no przynajmniej była do niedawna...

JHWH
piątek, 24 listopada 2017, 14:30

Okręt ten jest po prostu STARY i jest użytkowany obecnie jedynie z braku alternatywy. Modernizacja, a prawdopodobnie także remont po pożarze są nieopłacalne. Jakiekolwiek prace na Orle to tylko pudrowanie trupa, które nada mu pozornego życia, a tak naprawdę będzie pretekstem do kolejnego odwlekania terminu o decyzji ws. nowych/nowego OP. Trudno trzeba albo olać temat OP w MW RP albo wybulić na Szwedy lub Francuzy z opcją wypożyczenia 1 okrętu używanego na czas budowy nowych. PS Byłem zwolennikiem Szweda ale w tej sytuacja KAŻDA decyzja będzie dobra nawet ta o rezygnacji z generujących ogromne koszty starych jednostek.

StarszyBalans
piątek, 24 listopada 2017, 12:22

Powyższy artykuł powinni przeczytać wszyscy lubujący się w komentarzach o "klepaniu samodzielnie w Polsce"

Marek
poniedziałek, 27 listopada 2017, 10:22

Z tego, co wiem wszystkie okręty podwodne będące na stanie Deutsche Marine, zamiast wychodzić w morze stoją w portach czekając na lepsze czasy: http://www.defence24.pl/686016,niemcy-bez-sprawnych-okretow-podwodnych Jakie artykuły zatem powinni czytać umiejący je budować Niemcy?

inż.m.
piątek, 24 listopada 2017, 15:16

Nie napiszę co sobie możesz "klepać samodzielnie", ale najlepiej to od razu w jasyr się oddaj! Równie dobrze całe wojsko możemy zamknąć i polegać na naszych "sojusznikach"!

qazq
piątek, 24 listopada 2017, 18:36

Może to głupie pytanie, ale czy w skrzynce na pirsie nie powinno być po prostu bezpiecznika, który by się spalił po wystąpieniu zwarcia?

cvb
sobota, 25 listopada 2017, 17:14

Może awaria miała miejsce na linii między akumulatorem a bezpiecznikiem? Nie da się monto0wać bezpieczników co pół centymetra, żeby wykryć awarie we wszystkich miejscach. Poza tym nie musiało dojść do zwarcia. Awaria wystąpiła przy rozładowywaniu lub ładowaniu baterii, a to znaczy że na instalacji musiał być dość duży amperaż. Więc bezpieczniki musiały być tak zamontowane, żeby spalać się przy byle próbie ładowania czy rozładowania. Kolejna sprawa, żeby bezpiecznik zadziałał musi wystąpić zwarcie czyli gwałtowny wzrost poboru prądu powyżej amperażu bezpiecznika. Możliwe, że kabel nie odłączył się i nie wywołał zwarcia o osłonę, tylko obluzował na tyle, że prąd wciąż płynął, ale że stykał się krawędzią to przewód zaczął się nagrzewać i to wystarczyło. Im bardziej się nagrzewał tym większy miał opór i nagrzewał się jeszcze więcej. Sam kiedyś miałem podobną akcję w domowej instalacji. Przewód był za słabo dokręcony, a że na linii był duży pobór prądu, to się nagrzewał coraz bardziej i bardziej, aż stopił całą kostkę z łączeniami i dopiero wtedy doszło do zwarcia i wywalenia bezpiecznika.

ja
sobota, 25 listopada 2017, 13:36

W tym problem, że odczepiony przewód nie musiał dotknąć drugiej fazy, żeby spowodować zwarcie o dostatecznym prądzie, który spowodowałby zadziałanie zabezpieczenia. Równie dobrze przewód mógł nie odłączyć się w pełni, a po prostu być luźno zamontowany lub może zetknąć się z uziemieniem, co skutkowało pojawieniem się dużej rezystancji zestyku, a prąd płynący przez to połączenie powodował powstawanie dużych ilości ciepła, co mogło skutkować wypaleniem styku oraz zapalenie się wszystkich palnych elementów w najbliższym sąsiedztwie.

Courre de Moll
sobota, 25 listopada 2017, 12:26

Gdy w trakcie ładowania samochodowego akumulatora zewrzesz nieostrożnie klemy, co ci pomoże bezpiecznik w ładowarce?

strażak
czwartek, 23 listopada 2017, 19:53

Halon nie zostawia "proszku" więc o czym piszecie? Jakie zanieczyszczenie? Ktoś użył dodatkowo gaśnic proszkowych lub piany z agregatu? Chyb że chodzi o typowe zanieczyszczenia/uszkodzenia po pożarze.

Ad_summam
piątek, 24 listopada 2017, 01:17

Czytać że zrozumieniem, najpierw użyli gaśnic podręcznych - proszkowych, potem uruchomili system halonowy.

Czesio nie strażak
czwartek, 23 listopada 2017, 23:26

Przecież wyraźnie jest napisane, że na początku załoga próbowała gasić pożar podręcznymi środkami gaśniczymi. A wśród tych środków zapewne były gaśnice proszkowe. Proste?

CB
czwartek, 23 listopada 2017, 22:22

W artykule jest napisane, że załoga najpierw używała podręcznego sprzętu, a w innym miejscu jest o proszku z gaśnic, więc zapewne użyli gaśnic proszkowych właśnie. Dlatego ja wcale takim wielkim optymistą jak autor nie jestem, bo nie wiadomo dokładnie ile i na co ten proszek wywalili. A czy się dostał do silnika głównego, tego nikt nie wie.

Notorek
piątek, 24 listopada 2017, 01:05

A czy wątek zderzenia Orła z rosyjskim okrętem był badany.

Boruta
piątek, 24 listopada 2017, 12:29

Teleportowania się rosyjskiego okrętu do polskiej stoczni? Nie, ale możesz go "zbadać" i napisać na tej podstawie opowiadanie science fiction.

Patcolo
czwartek, 23 listopada 2017, 19:51

"Pierwszy mechanik wykazał się jednak wtedy refleksem i odwagą zasłaniając ręką wylot gazu (o temp. - 140 stopni) chroniąc ludzi w przedziale. Na szczęście miał założoną rękawicę roboczą i dielektryczną (elektroizolacyjną) co spowodowało, że odniósł tylko niewielkie odmrożenia." - Trzeba mieć prawdziwe wielkie cohones, aby coś takiego zrobić. Widzę, że załoga została doprowadzona wewnętrznym postępowaniem do desperacji bo Pan Redaktor ma dość szczegółowe informacje na temat tego co się wydarzyło. Sugerują one na po pierwsze przeciek informacji z postępowania wewnętrznego po drugie na tuszowanie niemocy speców od zamówień i remontów a po trzecie na polowanie na czarownice czyli na robienie głupków z ludzi którzy wykazali się męstwem. W trzy lata zbudowano Kormorana, a nie potrafi się zrobić remontu Orła - dziwne to

Łodzianin
piątek, 24 listopada 2017, 04:53

"W trzy lata zbudowano Kormorana, a nie potrafi się zrobić remontu Orła - dziwne to" To przecież dwie zupełnie inne firmy, inni ludzie, no i coś na czym się nie znam a wypowiem czyli inny sprzęt totalnie. Co do reszty wypowiedzi absolutnie się zgadzam!

Beco
czwartek, 23 listopada 2017, 21:42

Kormorana buduje prywatna stocznia.

Marek
niedziela, 26 listopada 2017, 13:53

Co to za okręt stoi na pierwszym zdjęciu obok naszego Orła?Czy to nie jest Scorpene?

CB
niedziela, 26 listopada 2017, 20:53

Nie. Jeśli się nie mylę, to jest holenderski okręt typu Walrus. Prawdopodobnie „Bruinvis”, bo był kilka lat temu w Gdyni.

Rex
piątek, 24 listopada 2017, 00:57

Upublicznianie wyników śledztwa nie ma żadnych pozytywów ponieważ w żadnym stopniu nie wpływa na poziom bezpieczeństwa. Czy Pan Zenek lub Ignacy maja wpływ na działania w obrębie MON? Oczywiście, że nie. Najważniejsze aby z takich sytuacji były wyciągane wnioski i wdrażane procedury naprawcze tam gdzie jest to potrzebne.

robertpk
piątek, 24 listopada 2017, 08:56

tak, załatwicie to we własnym gronie, dobrze wam to wychodzi, jak widać. pewnie remont "zgodnie z procedurami naprawczymi" znów w "w obrębie MON" ?? - oczywiście za najniższą cenę, potem będzie kilka dodatkowych aneksów, i Stocznia MW czy Wojenna utrzyma swoich "fachowców" aż do zasłużonej emerytury... ?

fat man
czwartek, 23 listopada 2017, 19:19

Fiu 590 000zł to tylko w MONie można wydać lekką ręką! Co za skandal i degrengolada!

magazynier
czwartek, 23 listopada 2017, 19:18

Gratuluję odwagi. Świetny tekst. Pozdrawiam.

skipper
piątek, 24 listopada 2017, 00:04

Bardzo potrzebny artykuł.Ukłony dla Pana Komandora

cynik
piątek, 24 listopada 2017, 11:49

Ten co utajnil niech teraz odda pieniadze polskim podatnikom z okret ORP Orzel.

kklop
czwartek, 23 listopada 2017, 18:58

przykra konkluzja ale praedziwa , myślenie jest jak u ruskich jakoś to będzie lepiej zlkwidować tą stocznie i zacząć od zera ale z zasadą jakość ponad wszystko tak jak Japończycy budowali swoją markę robotnik na taśmie produkcyjnej mógł ztrzymac produkcję jak zauważył usterkę nie dorubkę tak jest np. w fabryce Toyoty

szturman
sobota, 25 listopada 2017, 21:46

To kolejny przykład niekompetencji polityków, odpowiedzialnych za stan sił zbrojnych. Nikomu z polityków nie zależy na prawdzie a skutek może być taki, jak z OP z Argentyny. A Stocznia MW upadła już kilka lat temu i są małe szanse, aby była znowu tą dobrą stocznią.Ludzie odeszli, równie dobrych następców brak. Przynajmniej ten artykuł jest uczciwy.

Anty 50 C-ali przed 500+
czwartek, 23 listopada 2017, 18:41

uprzedzam wrzask o rujnowaniu (fakt)...2 lata itp... ukrywaniu do czerwca 2015 ..Pierwszego wypadku. Do czerwca 2015. Ci biedacy na o.podwodnym Argentyny - z lat 80-tych. Na "Orle " bandera podniesiona w 1986? I gromy sypane na forum o odwracanych priorytetach, bo lepiej to M+C(zapla? na "papierze" co przyjmie wszystko w 2013), dwie nowe fregaty z Norwegii za ...3 lata...

yaro
czwartek, 23 listopada 2017, 23:51

Można to będzie zrobić z pominięciem spalonej skrzynki, ponieważ Rosjanie przezornie zdublowali tą instalację i zamontowali podobną tablicę rozdzielczą w kiosku. Okręt więc po przeprowadzeniu sprawdzeń będzie mógł dalej pływać, o ile wreszcie przyjęty zostanie remont prowadzony od trzech lat przez Stocznię Marynarki Wojennej. --------------- A sa tu tacy co piszę, że Rosjanie nie potrafia myśleć.

WERTER
czwartek, 23 listopada 2017, 18:37

Brawo za artykuł! nareszcie jakiś głos rozsądku w tym zalewie tekstów czego to my nie potrafimy sami zrobić i jakich to mamy super extra inżynierów. Najwyższa już pora zastanowić się nad całokształtem zakupów dla WP dotyczących każdego wzoru uzbrojenia. Może wreszcie znajda się odważni którzy potrząsną tym towarzystwem wzajemnej adoracji i przetną gordyjski węzeł horrendalnie drogich zakupów przestarzałych systemów w naszych firmach i ładowania kasy w nieperpektywiczne programy przeznaczone tylko dla naszej armii. Może wreszcie ktoś się przyjrzy gdzie wycieka kasa z MON, tyle miliardów rok do roku idzie na pseudomodernizację a efektów kompletnie brak. To co się dzieje w MW to obraz patologii i malutki wycinek podobnych "kwiatków" z innych rodzajów sił zbrojntych. Chcemy mieć nowoczesne OP w MW ? ok, to je kupmy ale bez ściemniania że nasze stocznie cos tu potrafią zrobić. Tu trzeba wielu wielu lat gigantycznych zmian z funkcjonowaniu stoczni, zarządzaniu, utworzenia sieci logistycznej i przede wszystkim wykształcenia odpowiedniej kadry począwszy od zwykłych robotników po kadrę zarządzającą. TO JEST GIGANTYCZNE PRZEDSIĘWZIĘCIE i potrzebne będzie wsparcie na każdym kroku ze strony doświadczonej stoczni zachodniej. Kto tego nie rozumie jest skrajnie nieodpowiedzialny. Kto ciągle gada głupoty o tym że nasze stocznie swobodnie takie okety mogą budować jest głupcem nie mającym o tym bladego pojęcia. Czas już skończyć z propagandowym bełkotem pod publiczkę i związki zawodowe. Tu chodzi o nasza obronność i nasze bezpieczeństwo. MON jest od zapewnienia nam bezpieczeństwa a nie organizowania produkcji w stoczniach i utrzymywania tam miejsc pracy.

Stary podwodniak
niedziela, 26 listopada 2017, 19:26

Ma Pan rację.! Wiem co mówię, bo służyłem na OP wiele lat. Widziałem wybuch wodoru i inne awarie na okrętach podwodnych . To b.trudna i odpowiedzialna służba, nie dla mięczaków . Tam idą najlepsi i odpowiedzialni ludzie. Zdarzają się drobne usterki sprzętu technicznego i nawet pomyłki o tragicznych skutkach. Takie jest życie we współczesnym świecie z najnowszą nawet techniką. Ale z okrętami podwodnymi trzeba zejść z obłoków na ziemię. Mieliśmy lepsze czasy dla budowy statków i okrętów, stocznie i doświadczone biura projektowe, ale o budowie okrętów podwodnych nikt poważnie nie myślał. Głównie z powodów ekonomicznej nieopłacalności . Potrzebna byłaby dłuższa seria , kilka prototypów aby seryjny okręt był bezpieczny, sprawny technicznie i przydatny bojowo na współczesnym polu walki na morzu. Dlatego nie fantazjujmy o budowie w kraju a kupmy dobre op zagranicą.

pragmatyk
niedziela, 26 listopada 2017, 00:18

Słusznie.Ale tak myslą tylko czytelnicy ,a nie politycy,dla których wojsko to zabawki .

CB
czwartek, 23 listopada 2017, 18:33

Autor pominął jeszcze jeden wypadek, który miał prawdopodobnie miejsce pomiędzy "pierwszym", a "drugim". Podczas zderzenia z dokiem uszkodzeniu uległa lewa burta oraz urządzenia cumownicze (kluzy i polery) po tej właśnie stronie i w połowie 2015 roku ogłoszono przetarg na naprawę tejże burty. Nagle, na początku 2016 roku ogłoszono drugi przetarg, na naprawę urządzeń cumowniczych na prawej burcie, co wiązało się prawdopodobnie z tym, że uszkodzono je w bardzo podobny sposób jak te po lewej, podczas manewrów z holownikiem. Zresztą sam Pan Maksymilian o tym kiedyś tu pisał: http://www.defence24.pl/451452,orp-orzel-nieprzerwany-remont-zamiast-sluzby-operacyjnej Więc prawdopodobnie tych dziwnych zdarzeń było dużo więcej. Co do samego dokowania (które miało miejsce w doku pływającym, a nie suchym, co jest często powielanym tu błędem), to generalnie za to jest odpowiedzialna stocznia. To oni ustawiają kilbloki oraz wprowadzają i wyprowadzają statki. Ale w przypadku naszej MW, to bym się wcale nie zdziwił, gdyby oni chcieli "sami", bo przecież polski marynarz, to tak jak i polski pilot, debeściak... Co do pożaru, to okazuje się, że może być nawet zbawienny i dobrze się stało, iż wybuchł teraz i tutaj. Gorzej by było, gdyby okazało się nagle na morzu, że instalacja halonowa jest niesprawna... A generalnie z tych wszystkich artykułów wyłania się obraz przerażający... Przecież praktycznie nikt, kto dotykał Orła przez te wszystkie lata, nie jest tutaj bez winy. Poległa i sama marynarka, stocznia, firmy zewnętrzne zarówno prywatne jak i państwowe, nadzór techniczny itp. itd. A certyfikowanie niesprawnego systemu przeciwpożarowego to już kryminał...

Szymon
czwartek, 23 listopada 2017, 18:27

1. Kamera termowizyjna - naprawdę zabawne jest, że nikt nie wpadł na coś, co jest zwyczajną, dobrą praktyką. 2. Czujki pożarowe - czyli wiemy, że na okręcie nie ma czujek płomieniowych, tylko dymowe. A może warto by było zdublować? A może, na czas stania przy nabrzeżu, warto by podpinać centralkę systemu detekcji do odbiorników lądowych, np. w straży pożarnej? 3. Wiemy, że system gaszenia gazem był częściowo niesprawny. Gratulacje dla firmy sprawdzającej - mam nadzieję, że dostaniecie regresem. No, chyba, że zawiniła konserwacja po stronie MarWoju. 4. Jak zwykle, bohaterstwem trzeba naprawiać błędy przełożonych. A już miałem nadzieję, że w Polsce nie będzie potrzeba bohaterów... Przy okazji, panie komandorze, czyszczenie szaf sterowniczych z proszku gaśniczego może się zwyczajnie nie udać albo nie opłacać. Znam takie przypadku z polskiego przemysłu.

Pepe
piątek, 24 listopada 2017, 16:43

Wydaje mi się, że w wojsku obok milczenia dezinformacja powinna być celowym działaniem. Mistrzami w tej kwestii są wiadomo kto. Dlaczego MW miała komentować albo prostować coraz bardzij nakręcające się media, które tworzyły obraz katastroficznej w skutkah awarii, prowadzącej do utraty jednostki? A niech sobie idzie w świat, że praktcznie straciliśmy Orła. I szto? Stanie się coś poza tym, że ucieszą się w Kaliningradzie albo Moskwie? Super, marwoj RP straciła jedyny okręt do ćwczenia podwodniaków, kolejne najwcześniej za kilka lat, czyli kadry będą musieli budować od zera. Urrra! Jedyny negatywny skutek takiej sytuacji jaki widzę, to możliwość usztywnienia się oferentów w postępowaniu Orka (O, Polacy teraz to już muszą kupić). Ale tu też lipa, bo po pierwsze jakaś tam niby konkuencja jest, po drugie, oferentom w takim postępowaniu można poufnie wyłumaczyć, że jest git i Orzeł będzie pływał, po trzecie i najważniejsze: i tak musimy o tym kupić i to nie z powodu dużych czy małych skutków zwarcia na Warszawiance - i oferenci wiedząc o tym są tak samo sztywni w negocjacjach jak byliby bez pożaru (nic się nie zmieniło). Dlatego nie rozumiem tez tego atykułu. Coś tam do mnie docera, że jak jest jawnie to jest lepiej zen względu na profiaktykę czyli uniemożliwienie wojsku zamiatania pod dywan aż coś się naprawdę stanie strasznego. Ale tu trzeba chyba zważyć za i przeciw Ujawnianie po miesiącu od zdarzenia po tym, dy nikt nie ucierpiał i nie mają na głowie płaczących albo wściekłych rodzin to i tak chyba rekord świata w jawności, więc nie sądzę, żebyśmy mieli do czynienia z jakimś wielkim ukrywaniem prawdy. Ci co powinni wiedzieć co się naprawdę stało i jakie przedsiębrać środki ostrożności na przyszłość aby tego uniknąć chyba i tak działają pod okiem różnych tak komisji itd. Ale jeśli niedoinformowana albo celowo wodzona za nos opinia publiczna dołoży kolejnego nacisku (bo przecież stało się coś BARZO strasznego i utraciliśmy Orła na prykład) to chyba jako społeczeństwo niewiele tracimy w opisanym względzie a trochę jednak zyskujemy oszukując nie tylko własną opinię publiczną ale również nieprzyjaciół? Trochę się zaplątałem, ale mnie więcej wiecie o co mi chodzi.

ja
sobota, 25 listopada 2017, 14:16

To ty myślisz, że obce wywiady czerpią informacje głównie z mediów? Kto chce wiedzieć to już zna prawdziwe skutki tego typu zdarzeń. Tezą tego artykułu jest fakt, że sprawa jest tak rozgrywana, by wyszło, że zawiniły osoby na samym dole, a nie jest to problem systemowy, a fakty są takie, że RPW nie zawsze odbiera urządzenia i systemy w pełni sprawne, a przemysł działający na rzecz MW jest do tego faktu przyzwyczajony.

Bunio
sobota, 25 listopada 2017, 12:34

Polecam ci uzasadnienie z jakim opublikowano raport z wypadków amerykańskich niszczycieli. W skrócie: jawność kosztuje, ale w nieco dłuższym terminie służy poprawie, tajność zaś finalnie kończy się na zamiataniem pod dywan i ukręcaniu łba. Gdyż tak naprawdę wszyscy w instytucji "samokontrolującej się" są właśnie tym zainteresowani. Presja na rzetelną analizę musi być zewnętrzna! A co do ujawnienia pożaru "po miesiącu": przecież nic nie ujawnili, zaledwie potwierdzili sam fakt, że coś się stało.

Victor
sobota, 25 listopada 2017, 09:42

Władza NIE MA prawa oszykiwać własnych obywateli, bo z podatków tych obywateli utrzymuje się wladza i w tym przypadku Marynarka Wojenna. To o czym mówisz jest charakterystyczne dla dyktatur, gdzie władza nie interesuje się odczyciami obywateli. Ja jako podatnik mam prawo wjedzieć na co idą i jaki jest stan instytucji które są z nich utrzymywane. Nie muszę znać szczegółów technicznych zwarcia instalacji. Chcę jednak wiedzieć co się stało z okrętem teraz i wcześniej. Bo mam do tego prawo. I dlatego dziękuję autorowi za artykuł. Ba od naszej MW od trzech lat niczego nie można się było dowiedzieć.

bubu
czwartek, 23 listopada 2017, 23:35

ciekawe czy my w ogóle mamy taki dzwon ratunkowy, jakby co ?

CB
piątek, 24 listopada 2017, 07:25

Nie mamy. Mamy zwykłe dzwony nurkowe na Piaście i Lechu.

AWU
czwartek, 23 listopada 2017, 23:31

Życzę nam wszystkim aby w przewidywalnej przyszłości w Polskich Siłach Zbrojnych istniały podobne mechanizmy dochodzeń przyczyn wypadków i publikacji ich wyników jak np w US Navy po ostatnich kolizjach niszczycieli VII Floty czy w lotnictwie cywilnym. W obu przypadkach najważniejsze nie szukanie winnych aczkolwiek ich się wskazuje ale nadrzędną rzeczą jest wypracowanie procedur aby nic podobnego się nie powtórzyło. Jak wspomniałem okreslenie winnych jest sprawą drugorzędną. Czas zakończyć postsowiecką spuściznę "tajności przyczyn wypadku ze wzgl na bezpieczeństwo narodowe" Czyli co insynuuje dowództwo MWoj gdyby awaria na morzu zaprzeczaliby temu jak Rosjanie w przypadku 7 OP które stracili z "Kurskiem" najlepszym przykładem? Uczmy się od Aliantów, w tej kwestii musimy nadal przekroczyć próg cywilizacyjny !

Ernest Treywasz
niedziela, 26 listopada 2017, 12:17

Chapeau Bas Panie Komandorze! Nie we wszystkich konkluzjach się z Panem zgadzam, np. uważam że miliardy które mamy wydawać na flotę, również - a może przede wszystkim - podwodną, powinny zostawać w kraju i rozwijać jego potencjał naukowy i przemysłowy. To jednak co najcenniejsze w Pańskim artykule to zwrócenie uwagi na problem systemowy: zbiorowej, bez mała zorganizowanej nieodpowiedzialności. W ten sposób faktycznie niczego wartościowego w Polsce nie stworzymy. To jest problem polityczny i to najwyższego rzędu. "Wicie-rozumicie" musi się wreszcie w Polsce skończyć, ale wspierająca ten sposób działania ponadpartyjna koalicja miernot to przeciwnik bardzo trudny do pokonania, bo doskonale się kamufluje. Przede wszystkim chowając się pod patriotycznym frazesem, co Polskę po prostu obraża. Nie cała Polska jest taka, ale przyznajmy, że tego jest u nas dużo. Dużo za dużo.

ansuz
poniedziałek, 27 listopada 2017, 11:12

By the way... ...nazywanie okrętów (szczególnie podwodnych) nazwami ptaków to kuriozum.

CB
poniedziałek, 27 listopada 2017, 13:16

Rzeczywiście, to jest akurat największy obecnie problem w przypadku naszych OP i proponuję powołać specjalną komisję, która będzie debatować nad przyszłymi nazwami, przyszłych okrętów, które w odległej przyszłości być może się pojawią...

tyle
czwartek, 23 listopada 2017, 23:04

Bardzo potrzebny artykuł, dzięki.

PL1
czwartek, 23 listopada 2017, 17:54

Nasze stocznie remontowe to się nadają to napraw kajaków a nie okrętów wojennych.MON robi wszystko żeby tylko je wybielić a prawda jaka jest wszyscy dobrze wiemy,tak samo będzie z przyszłymi okrętami (o ile kiedyś je kupimy). Przykład Autosan,wojsko obniżyło obecnie wymagania techniczne dla autokarów oby tylko tym razem Autosan wygrał.Że dziadostwo to dziadostwo aby tylko było z kraju,i ja się z tym zgadzam że powinniśmy sami produkować uzbrojenie gdybyśmy tylko potrafili...

Marcos
czwartek, 23 listopada 2017, 22:56

Pytanie co są warte certyfikaty zewnętrzne firm od systemów p-poż?W mojej ocenie owe audyty czy certyfikacje to strata czasu i kasy....

123456
czwartek, 23 listopada 2017, 22:53

Cały problem leży gdzie indziej. 1. Remont nie zakończony przez SMW. 2. Remont wygrany przez SMW w kwocie 2/5 ceny pozostałych oferentów ( + umowy dodatkowe podciągające wtopę) - co skutkowało taką, a nie inną jakością i takimi, a nie innymi podwykonawcami. 3. Remont realizowany przez SMW S,A gdzie najlepsi fachowcy już odeszli i nie ma kim robić (skutki widać do dzisiaj okręt nie był przed pożarem pełnosprawny). 4. Problem w tym, że naprawa zlecona będzie do nowej Stoczni Wojennej bo musi coś robić (patrz pkt. 3). 5. Nowa Stocznia Wojenna będzie poprawiała po sobie tymi samymi ludźmi i kończyła to czego nie skończyła lub spieprzyła. 6. Szkoda tylko ludzi którzy maja na tym później plywać oby nie było powtórki z Argentyny.

asd
czwartek, 23 listopada 2017, 17:43

No to najlepiej nic nie róbmy a pewnie wszyscy inni, którzy budują okręty podwodne dostali tę umiejętność z kosmosu.

pragmatyk
niedziela, 26 listopada 2017, 00:21

Nie tylko my mamy problem z rozbuchanym socjalem w budżecie państwa.

PPL
piątek, 24 listopada 2017, 05:37

Nieoficjalnie mówi się że strażacy z ,,OSP'' po prostu zalali okręt wodą. Co wydaję się bardzo prawdopodobne gdyż tak działa na ogół STRAŻ.

cynik
czwartek, 23 listopada 2017, 23:12

Dostali ją dzięki dekadom doświadczeń i dziesiątkom zbudowanych okrętów. Ale cóż. Polak potrafi... gadać. Przypomnij nam ile polski przemysł zbudował okrętów podwodnych? Albo wspomnij o sukcesach przy budowie patrolowca - onegdaj korwety.

ertys
czwartek, 23 listopada 2017, 22:54

Widzę, że trudno zrozumieć, że ci inni nie dostali tej umiejętności z kosmosu ale przez wiele, wiele lat sobie na to zapracowali, wymyślili, skonstruowali, zbudowali i sprzedają. Tak to działa, moje dziecko, w normalnym kraju. Aby cos zrobić trzeba mieć kapitał, odpowiednich ludzi i warunki do rozwoju. Jak nie masz kasy to nie masz nic. Żadne tu "chciejstwo" nie pomaga. Solidna ciężka praca. Jak się nie ma doświadczenia w projektowaniu i budowie nowoczesnych okrętów wojennych to kiszka. Takie są efekty. Tu nie wystarczy dać nowy kolorek farby i jakoś działa. Trzeba być odpowiedzialnym za życie ludzi. Nie masz kasy to nie masz na wykwalifikowanych robotników, inżynierów, nie masz na materiały i technologie. Nie masz całej bazy do testów. Nie masz ludzi z pomysłami. Odpowiedni ludzie nie przyjdą pracować za 2000pln. To nie Korea. Jak nie wymyślasz, nie inwestujesz to nie sprzedajesz, a jak nie sprzedajesz to nie masz kasy na projekty, testy i nowe konstrukcje. To jest proste jak budowa cepa tylko jak widać u nas ciągle są ludzie którzy nie mogą tego zrozumieć.

CB
czwartek, 23 listopada 2017, 22:44

Jeśli mamy robić jak w tym wypadku, to tak, lepiej nic nie róbmy, bo ludzi szkoda...

Polowic
czwartek, 23 listopada 2017, 22:20

Zasadniczo, to zaczyna się od małych elementów. W Polsce nawet stali odpowiedniej jakości nie potrafimy wykonać. Może warto zacząć od podstaw?

Hubbi
niedziela, 26 listopada 2017, 17:51

Argentyńczycy starym okrętem mogli zatopić kilka brytyjskich jednistek, ale żadna z torped nie zadziałała (ciekawa sprawa), chociaż przynajmniej jedną trafiła bezpośrednio w cel. Producent tego uzbrojenia zrzucił winę na marynarzy. Ciekawe czy nasze torpedy ktokolwiek bojowo odpalał? Na na Falklandach ataki były z odległości ok dwóch mil czyli odległość piekielnie niebezpieczna dla ofiary. Podwodniacy w starym dislowskim okręcie byli kilkakrotnie o włos od sukcesu. Związali durze siły Royal Navy. Dlatego powrót ORP Orzeł jest bardzo ważny. Sama jego obecność broni naszego wybrzeża. Obawiam się, że pozostałe okręty to nawet sprawnych bojowych torped nie posiadają.

Boczek
niedziela, 26 listopada 2017, 22:12

"ale żadna z torped nie zadziałała (ciekawa sprawa)," Sprawa została przez TKMS i argentyńską MW wyjaśniona. Niewłaściwie podłączone kable uniemożliwiały kierowanie torpedami. Co najmniej jedna eksplozja została zarejestrowana, prawdopodobnie po kontakcie z dnem. Argentyńczycy sami mówią; "jeden technik przegrał wojnę o Malwiny". Wszystko jest trochę bardzie skomplikowane w obliczu czystek w armii - skąd ma to znamy. OP operowały niedoświadczone załogi, podczas gdy doświadczone miały znajdować się w Niemczech na szkoleniu.

Reklama
Reklama
Reklama
Tweets Defence24
 
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama