Nowy kalifat powstanie w Sahelu? Ryzyko nowej fali migracji [ANALIZA]

28 kwietnia 2019, 11:16
Flintlock_2017_small_unit_tacatics_training_in_Burkina_Faso_022817-A-ZF167-246
Fot. U.S. Army

Ostatnie doniesienia o utracie przez władze Burkina Faso kontroli nad wschodnią częścią kraju są częścią szerszego obrazu destabilizacji regionu Sahelu, trwającego od 2012 r. Choć sytuacja wewnętrzna w Burkina Faso nie będzie generować masowego napływu uchodźców do Europy, to i tak należy się spodziewać nowej fali migracji. W takich warunkach rosnący ekstremizm islamski w Sahelu spowoduje gwałtowny wzrost zagrożenia terrorystycznego.

Destabilizacja w Burkina Faso jest częścią bardziej ogólnych procesów zachodzących w Sahelu, których przyczyn należy szukać - z jednej strony - w sztuczności struktur państwowych, z drugiej w neokolonialnym wyzysku tych państw. W przypadku tego pierwszego aspektu, chodzi nie tyle o sztuczność wytyczonych granic, które zostały wyrysowane w oparciu o granice administracyjne poszczególnych kolonii, co o słabość pojęcia państwa jako takiego. W epoce przedkolonialnej w regionie Sahelu istniały wprawdzie organizmy państwowe, ale były one oparte na zupełnie innych fundamentach. Sztucznie sklecone postkolonialne organizmy państwowe, zlepione z różnych terytoriów plemiennych i – co najważniejsze – niezdolne do zaspakajania podstawowych potrzeb mieszkańców, nie mają żadnego fundamentu, na którym mogłyby oprzeć swoją legitymację.

Z perspektywy europejskiej wydaje się, że państwo jest jedyną formą organizacji społeczeństwa w nowoczesnym świecie. Jest to spojrzenie abstrahujące od tradycji innych kontynentów, kultur i cywilizacji. W regionie Sahelu organizacja społeczeństwa w oparciu o wspólnotę religijną, w szczególności muzułmańską, lub wspólnotę plemienną, względnie kombinację dwóch powyższych, stanowi kuszącą alternatywę wobec niewydolnego, zarządzanego przez skorumpowane elity państwa, które mimo posiadanych bogactw naturalnych, nie tylko nie zapewnia dobrobytu obywatelom, ale wręcz przeciwnie - gwarantuje im najwyżej wegetację na granicy egzystencjalnego minimum.

Z tym aspektem wiąże się również problem neokolonialnego wyzysku. Państwa, których przywódcy mają usta pełne frazesów o pomocy uchodźcom i konieczności przyjmowania migrantów, jednocześnie kontynuują eksploatację afrykańskich zasobów naturalnych w sposób, który nie wiąże się ze sprawiedliwą dystrybucją korzyści wśród mieszkańców państw, w których te zasoby się znajdują. Przykładem może być jedno z najbardziej zacofanych i najbiedniejszych krajów Afryki, tj. Niger, w którym znajdują się znaczne zasoby uranu eksploatowane przez Francję i stanowiące podstawę programu atomowego tego kraju.

Niger to kraj graniczący z Burkina Faso, a także z Mali, w którym w 2012 roku zaczęła się kaskadowa destabilizacja Sahelu, regionu rozciągającego się od Oceanu Atlantyckiego po Sudan, wciśniętego między Saharę a dżunglę strefy podrównikowej. Z opanowanych obecnie przez dżihadystów terenów wschodniego Burkina Faso do sennej stolicy Nigru Niamey jest ledwie 100 km, a granica w tym wypadku nie ma najmniejszego znaczenia. Nie chodzi przy tym wyłącznie o słabość jej zabezpieczenia (np. Park Narodowy W ma charakter transgraniczny, a po stronie Burkina Faso dżihadyści już przepędzili z niego państwowych rangersów i, oczywiście, turystów), ale również o to, że region Sahelu zamieszkują transgraniczne plemiona. Niektóre z nich, w szczególności Fulani, Hausa, Songhai czy Tuaregowie, mają własne tradycje organizacji państwowej lub quasi-państwowej, a ich relacje z dominującymi zwykle w postkolonialnych państwach czarnymi plemionami subsaharyjskimi naznaczone są rasistowskimi uprzedzeniami. Tuaregowie, na przykład, nie uważają się i nie są w kategoriach afrykańskich uważani za „czarnych”. Ponadto dochodzą do tego napięcia religijne, zwłaszcza między przesuwającymi się coraz bardziej na południe muzułmanami a chrześcijanami i animistami. Kolejnym problemem jest coraz poważniejszy konflikt o wodę między ludami pasterskimi, do których należą zarówno Tuaregowie jak i Fulani, a ludami osiadłymi.

Problem Sahelu szczególnie wiąże się z nomadycznymi ludami Tuaregów i Fulani. To od powstania Tuaregów w północnym Mali rozpoczęła się destabilizacja tego kraju w 2012 r. Tuaregowie, marginalizowani przez skorumpowane rządy czarnych Bambara (dominujące plemię w Mali) w Bamako, ogłosili powstanie Republiki Azawad, odcinając się jednocześnie od jakiegokolwiek dżihadu.

Sytuację szybko wykorzystała jednak Al Kaida Islamskiego Maghrebu (AQMI), która poprzez związane ze sobą organizacje dżihadystyczne w Mali doprowadziła do marginalizacji świeckich nacjonalistów tuareskich z MNLA (Movement National de la Liberation de Azawad) i opanowania północnego Mali przez dżihadystów. Kluczową rolę w tej operacji odegrał jeden z tuareskich liderów Iyad ag Ghali, który na czele stworzonej przez siebie organizacji Ansar Dine próbował podbić stolicę Mali Bamako. To właśnie spowodowało interwencję francuską (Operacja Serval) na początku 2013 roku, która w 2014 r. została przekształcona w operację stabilizacyjna o nazwie Barkhane. Francuzi zatrzymali pochód na Bamako i rozbili dżihadystów, ale ich nie zdusili. Iyad ag Ghali pozostał na wolności, a ani problem Tuaregów, ani Fulani nie został rozwiązany. W listopadzie 2015 roku oraz w czerwcu 2017 roku dżihadystom Iyada ag Ghali udało się przeprowadzić poważne ataki terrorystyczne w Bamako, których celem byli turyści z Europy i innych kontynentów.

image
Francuscy żołnierze w trakcie operacji Barkhane. Fot. TM1972/wikipedia.com/CC BY-SA 4.0

Do 2016 r. Burkina Faso wydawało się być wolne od problemów z dżihadystami. Warto jednak zwrócić uwagę na podobieństwa między tym krajem, a sąsiednimi Nigrem oraz Mali. We wszystkich tych trzech krajach mieszkają Tuaregowie, choć w Burkina Faso jest to stosunkowo niewielka grupa zamieszkująca północne rejony tego kraju. We wszystkich mieszkają również Fulani, stanowiąc w nich od 10 do 16% mieszkańców. Fulani, których całkowita liczba w Afryce oceniana jest na ok. 40 mln, zamieszkują jednak również kilka innych krajów od Gwinei, przez Nigerię, po Czad i Republikę Środkowoafrykańską. Spontanicznie tworzone oddziały zbrojne koczowników Fulani obarczane są dużą częścią odpowiedzialności za destabilizację północnej Nigerii oraz muzułmański najazd na Republikę Środkowoafrykańską w 2013 roku i próbę stworzenia separatystycznej, islamskiej Republiki Logone. Warto dodać, że na początku XIX w. Fulani ogłosili dżihad w Afryce i doprowadzili do proklamowania islamskiego kalifatu w 1804 r., który przetrwał do 1903 r. Obecnie istnieje wiele symptomów wskazujących na to, że historia może się powtórzyć, przy czym zjednoczenie Fulani pod sztandarem dżihadu i we współpracy z organizacjami globalnego dżihadu tj. Al Kaidą i/lub Państwem Islamskim, a w wymiarze lokalnym z dżihadystycznymi organizacjami sprzymierzonych plemion tj. w szczególności Tuaregów czy Kanuri (Boko Haram w Nigerii) mogłoby mieć niewyobrażalnie katastrofalne skutki.

Problem w tym, że to się już dzieje. Sojusz milicji Fulani i Boko Haram w północnej Nigerii jest faktem, watażka Fulani z Czadu Baba Ladde odegrał ważną rolę w najeździe islamskiej Seleki na Republikę Środkowoafrykańską, a liderem dżihadystycznej organizacji w Burkina Faso o nazwie Ansarul Islam jest Fulani Malam Ibrahim Dicko. To właśnie ta organizacja, jako afiliowana przy Ansar Dine, odpowiedzialna była za zamach w stolicy Burkina Faso Wagadugu w styczniu 2016 r., którego celem były hotele i restauracje odwiedzane przez zagranicznych turystów, i w którym zginęło 28 osób, a 56 zostało rannych.

image

Hotel Splendid, jeden z celów ataków z 2016 r. Fot. Zenman/wikipedia.com/CC BY-SA 3.0

Bezpośrednią przyczyną destabilizacji w Burkina Faso było obalenie jesienią 2014 r. autokratycznego prezydenta tego kraju Blaise'a Compaore. Problem w tym, że Compaore miał dobre relacje z muzułmańskimi plemionami i ich organizacjami m.in. mediując między liderami tuareskimi i dżihadystami. Było to o tyle zaskakujące, że Compaore był chrześcijaninem z plemienia Mossi, podobnie zresztą jak niemal cała elita polityczna w Burkina Faso, w tym obecny prezydent tego kraju Roch Marc Christian Kabore oraz premier Christophe Joseph Marie Dabire. Obecni przywódcy najwyraźniej stracili jednak zdolność dogadywania się z muzułmanami. Warto dodać, że o ile plemię Mossi jest dominującą grupą w Burkina Faso (48%, przy 10% Fulani), o tyle muzułmanie stanowią ponad 60% mieszkańców tego kraju, a chrześcijanie tylko 23%. Z całą pewnością wpływa to na atrakcyjność dżihadu, zwłaszcza, że muzułmańska większość może postrzegać problem nie zapewniania podstawowych potrzeb przez pryzmat religijny. Warto dodać, że w ostatnich latach Burkina Faso miała znaczny wzrost gospodarczy. Jednak brak przełożenia tego na dystrybucję dobrobytu może tylko potęgować napięcia społeczne i oczywiście niechęć do Europy (w szczególności Francji). To wszystko może się później przełożyć na wrogi stosunek migrantów zmierzających do Europy do swoich nowych krajów zamieszkania. Wrogość ta wynika bowiem przede wszystkim z poczucia krzywdy, obwiniania byłych kolonialnych metropolii za marazm, biedę i korupcję elit władzy (zwłaszcza jeśli są, tak jak w przypadku Burkina Faso, chrześcijańskie).

Sahel, podobnie jak cala Afryka, jest też przedmiotem rosnącego zainteresowania i wpływów Chin, a także, w mniejszym stopniu, Rosji. Jeżeli chodzi o Burkina Faso to do maja 2018 r. kraj ten nie utrzymywał z Chińską Republiką Ludową stosunków dyplomatycznych, gdyż uznawał Republikę Chińską (Tajwan). Po obaleniu Compaore, w czasie wyborów w 2015 r., Chińczycy wspierali kontrkandydata obecnego prezydenta Kabore tj. Zephirina Diabre, na którego kampanię przekazali 4,6 mln dolarów. Do zamachów w Wagadugu doszło niespełna 2 miesiące po wyborach, a 2 lata później Kabore ostatecznie zmienił zdanie i zerwał stosunki z Tajwanem, by nawiązać je z Pekinem. Rosjanie natomiast skorzystali z fatalnego błędu Francuzów w Republice Środkowoafrykańskiej (którą można zaliczyć do Sahelu ze względu na obecność w niej Fulani), jakim było poświęcenie prezydenta tego kraju Francois Bozize i pozwolenie na zajęcie stolicy przez muzułmańskich najeźdźców z Czadu i Sudanu. Rosjanie stanęli natomiast po stronie chrześcijan, którzy odzyskali władzę.

image
Fot. U.S. Army

Niestabilność w rejonie Sahelu nie była dotychczas źródłem masowej migracji do Europy. Co prawda, w czołówce państw eksportujących migrantów do Europy pojawia się czasem Mali, ale wyprzedza je Nigeria, Erytrea, Somalia, Gambia, Gwinea, Senegal, czy Wybrzeże Kości Słoniowej. Wynika to z faktu, że to nie wojna i dżihad generują masową migrację do Europy. Migrują przede wszystkim ci, którzy mają na to dostateczne środki i możliwości, a ich motywacja jest ekonomiczna.

Jednak dżihadystyczna hekatomba w Sahelu może doprowadzić do kaskadowej destabilizacji wielu państw i - o ile nawet nie będzie to przyczyną - to może stać się pretekstem do migracji (migranci będą bowiem twierdzić, że uciekają przed wojną). Ponadto dżihadyści z całą pewnością nie omieszkają wykorzystać takiej fali migracyjnej. Nie chodzi przy tym wyłącznie o przerzut terrorystów do Europy w celu przeprowadzania zamachów, ale również o uruchomienie kanałów przemytniczych. Organizacje dżihadystów z Sahelu i Sahary wywodzą się z kręgów przemytniczych i wielu z nich, np. Mokhtar Belmokhtar, łączyło działalność dżihadystyczną z kontrabandą. Dzihadyści nie mieli np. nigdy oporów przed współpracą z południowoamerykańskimi kartelami narkotykowymi i mafią włoską w celu przerzutu kokainy do Europy. To oni też będą kontrolować przerzut migrantów. Warto przy tym pamiętać, że kraje Sahelu mają największy przyrost naturalny, imponujący nawet jak na warunki afrykańskie. Przoduje w tym zakresie Niger ze współczynnikiem dzietności 7,35 i medianą wieku 15,0. Zgodnie z przewidywaniami ONZ ludność tego kraju wzrośnie do 2050 roku do ponad 68 mln mieszkańców i nikt nie ma wątpliwości, że kraj ten nie zdoła ich wyżywić. Dżihadystyczna hekatomba może tylko przyśpieszyć pewne procesy, zwłaszcza że islamiści uważają przyrost naturalny za łaskę Allaha, a ograniczanie prokreacji za zbrodnię.

Reklama
Tweets Defence24