Irak – porażka, lekcja i wciąż aktualny problem Zachodu

27 czerwca 2014, 17:56
Fot. Spc. Jeffrey Alexander/US Army
Reklama

Irak, który kilka lat temu bywał stawiany za przykład sprawnie działającej demokracji wprowadzonej przy pomocy Zachodu, na oczach całego świata obrócił się w siedlisko ekstremizmu i arenę zbrojnej rywalizacji między sunnitami i szyitami. Do obecnej sytuacji niewątpliwie przyczyniła się także wojna domowa w sąsiedniej Syrii. Wobec ostatnich wydarzeń powracają pytania o kierunki zaangażowania się Zachodu na Bliskim Wschodzie, rozpad postkolonialnych granic oraz dalszą eskalację konfliktu w tym regionie - pisze Jakub Gajda, Research Fellow Fundacji im. Kazimierza Pułaskiego.

Postępy Islamskiego Państwa w Iraku i Lewancie (ISIL – z ang. Islamic State In Iraq and the Levant), które zaowocowały zdobyciem przez bojowników tego ugrupowania Mosulu i Tikritu, stanowią otwarcie kolejnego frontu w bliskowschodniej batalii sunnicko-szyickiej. Istnieje kilka faktów, które nie wróżą rychłego zakończenia konfliktu i mogą rzutować destruktywnie na cały region.

Po pierwsze, społeczeństwo irackie, z powodu dyskryminującej sunnitów polityki zdominowanego przez szyitów rządu, podzielone jest w dużo większym stopniu niż jeszcze kilka lat temu. Działania premiera N. Malikiego przyczyniły się do wzrostu poparcia dla ISIL wśród sunnickiej ludności Iraku. Zwycięstwo stronnictwa Malikiego w wyborach parlamentarnych w maju 2014 r. dodatkowo wzmogło antyszyickie nastroje wśród sunnickiej mniejszości i pozwoliło ISIL na odważniejsze działania. Na sunnicko-szyicki podział polityczno-religijny w Iraku nakładają się dodatkowo kwestie etniczne, które objawiają się w dążeniach Kurdów do niezależności. Kontynuują oni starania na rzecz utworzenia niepodległego Kurdystanu, co jeśli zostanie zrealizowane, stworzy potencjalne zagrożenia dla jedności terytorialnej Iranu, Syrii i Turcji.

Po drugie, udział wielu aktorów zewnętrznych zaangażowanych w bliskowschodnią rozgrywkę, która z Syrii rozlewa się na terytorium Iraku, również nie wróży konfliktowi szybkiego zakończenia. Obecna sytuacja rodzi implikacje zarówno regionalne, jak i globalne. Aby iracki kryzys został zażegnany, jakieś porozumienie musiałyby wypracować rywalizujące ze sobą „mocarstwa muzułmańskie” – Arabia Saudyjska oraz Iran. Konflikty w Syrii oraz w Iraku to nic innego jak kolejne fronty irańsko-saudyjskiej proxy war o dominację w świecie islamu. Osobną kwestią jest to, że nie tylko Iranowi, lecz również Arabii Saudyjskiej, nie odpowiada perspektywa powstania w sąsiedztwie państwa rządzonego przez fundamentalistów. Kluczowym zagadnieniem pozostaje też zaangażowanie w Iraku Stanów Zjednoczonych, które choć czują się zobowiązane do wsparcia rządu N. Malikiego, wydają się nie mieć w konflikcie irackim sojuszników, tak wśród społeczeństwa, jak i grup biorących udział w walce. Podobnie antyamerykańskie nastawienie reprezentują sunniccy fundamentaliści z ISIL, jak i zaangażowane w ich zwalczanie organizacje szyickie. Istotną siłą w konflikcie fundamentalistów z irackim państwem może się okazać z kolei Turcja, która umożliwiła wcześniej wzrost sił Islamskiego Państwa w Iraku i Lewancie. Szacuje się, że nawet 50 proc. ochotników w szeregach ISIL przybyło właśnie z Turcji lub poprzez terytorium tego państwa z krajów europejskich. Należy dodać, że ISIL jest organizacją silną finansowo, posiadającą zamożnych sponsorów w krajach Zatoki Perskiej (głównie w Arabii Saudyjskiej oraz Katarze).

Jeżeli czas do stanowczej reakcji rządu i innych państw wydłuży się, ISIL okrzepnie i zacznie w pełni funkcjonować na terenach zajętych jako państwo (do czego już zmierza). Innymi słowy, im dłużej ISIL będzie w ofensywie, tym trudniej będzie usunąć zalążek „państwa”, które ma fundamentalistyczne i antyzachodnie nastawienie. Tymczasem nikłe wydają się szanse na wypracowanie konsensusu między Stanami Zjednoczonymi i Iranem, który nie wydaje się być chętny do rozpoczęcia jawnej interwencji w Iraku (nieoficjalnie wspiera jednak siły rządowe Malikiego i tworzenie szyickich bojówek). Władze irańskie naturalnie oskarżają o kryzys w Syrii i Iraku właśnie Stany Zjednoczone na oraz swego regionalnego rywala – Arabię Saudyjską i jej sojuszników. Również premier N. Maliki jako winnych destabilizacji wskazuje Arabię Saudyjską i Katar. Przetrwanie szyickich władz w Iraku jest niezbędne władzom w Teheranie do realizacji strategicznych planów i dlatego należy przewidywać, że zaangażowanie Iranu w Iraku będzie wzrastało. Ewentualna interwencja Iranu z pewnością zrodziłaby jednak szereg kontrowersji i dodatkowo zmotywowałaby sunnickie organizacje ekstremistyczne w walce z kafirami (niewiernymi – tym terminem fundamentaliści z ISIL określają szyitów). Militarny powrót do Iraku Stanów Zjednoczonych również wiązałby się z kontrowersjami. Taka ewentualność zasadniczo nie jest brana pod uwagę przez administrację Baracka Obamy, zaś możliwe do zrealizowania ataki lotnictwa na pozycje zajmowane przez ISIL mogą stać się przyczyną śmierci wielu cywilów, co dodatkowo pogorszy wizerunek Stanów Zjednoczonych w Iraku i całym regionie.

Wnioski dla Zachodu

Czasy, w których odżyły animozje na tle polityczno-religijnym pomiędzy sunnitami i szyitami oraz obudziła się – duszona wcześniej przez kolonializm i ideologie socjalistyczne –świadomość etniczna, nie wróżą pokoju na Bliskim Wschodzie, zdominowanym przez wielonarodowe i wielowyznaniowe organizmy, zamieszkane zarówno przez sunnitów, jak i szyitów. Okazało się, że Irak bez autorytarnej władzy, która kierowała nim w czasach Saddama Husajna i partii Baas, mimo pozornego potencjału militarnego, jest państwem zbyt słabym, aby oprzeć się najazdowi wojującego islamu. „Wojna” pomiędzy sunnitami i szyitami, staje się również niezwykle niebezpieczna dla Zachodu. Realny wydaje się być scenariusz, w którym po ewentualnym zwycięstwie w Iraku, ISIL ustanowi na zdobytych terytoriach reżim skrajnie nieprzyjazny Zachodowi – o charakterze podobnym do Islamskiego Emiratu Afganistanu (reżimu talibów) przed 2001 r. Zwycięstwo opcji szyickiej z kolei ugruntuje regionalne wpływy Iranu, co nie leży w interesie Stanów Zjednoczonych, starających się balansować wpływy tego kraju na Bliskim Wschodzie.

W Mosulu atakowanym przez zdecydowanie mniej liczebnych rebeliantów, zawiodła lojalność armii wobec władz. Ten poważny problem państwa rozwiązać mogą obecnie jedynie siły zewnętrzne i ochotnicy ideologicznie umotywowani przez religijne autorytety, takie jak ajatollah Sistani. W szerszym kontekście, kwestia motywacji w armii irackiej stanowi ważny sygnał alarmowy dla Waszyngtonu i jego europejskich sojuszników. Już za kilka miesięcy w Afganistanie kończy się natowska misja ISAF, która również miała na celu budowę podwalin demokratycznego państwa z dobrze wyszkoloną armią i policją. Tymczasem na temat afgańskich sił bezpieczeństwa, już dziś krążą opinie o niskim morale i nielojalności wobec rządu w Kabulu. Powtórzenie scenariusza irackiego w Afganistanie wydaje się zatem niezwykle prawdopodobnym. Sukcesem interwencji Stanów Zjednoczonych na Bliskim Wschodzie i w świecie islamu było doprowadzenie do upadku reżimów autorytarnych. Porażką zaś nieumiejętność zmiany wewnętrznej sytuacji na tyle, by nowe rządy były w stanie sprawować władzę bez uciekania się do dyskryminacji i obronić się przed zalewem kolejnych, fal ekstremizmu. W tym kontekście nie należy jednak wstrzymywać się od dalszego zaangażowania Zachodu w regionie, gdyż wobec popełnionych wcześniej błędów, bierna postawa grozi powstaniem szowinistycznych i wrogich Zachodowi reżimów.

Jakub Gajda, Research Fellow FKP

Reklama
KomentarzeLiczba komentarzy: 8
Reklama
manstain
sobota, 28 czerwca 2014, 07:01

"Sukcesem interwencji Stanów Zjednoczonych na Bliskim Wschodzie i w świecie islamu było doprowadzenie do upadku reżimów autorytarnych." autor chyba nie wie co napisal albo kompletnie nie rozumie tematu. Popatrzmy tylko blizej na sytuacje w tych porezimowych krajach. Irak-burdel do kwadratu, Libia jako panstwo nie istnieje (ba tam nawet zabili amerykanskiego ambasadora) Syria na szczescie jeszcze sie trzyma ale skoro teraz chca dozbroic mniej radykalnych to moze byc krucho. Przypomnijmy, ze wczesniej byly to normalnie funkcjonujace kraje. Taka Libia ze swoim socjalem to w porownaniu do dzisiejszego "porzadku" byla kraina miodem i mlekiem pachnaca. Iraka za Sadama tez byl normalnym (podkreslam) jak na tamte standarty krajem, Syria to samo. Tak na marginesie nikt nie wspomina, ze obecny Irak dawno temu zamowil amerykanskiei F16,ktorych na skutek opoznien nie dostal i dlatego wlasnie domaga sie bombardoowania ISIL przez amerykanow to nie jakies widzimisie Malika

manstain
sobota, 28 czerwca 2014, 07:00

"Sukcesem interwencji Stanów Zjednoczonych na Bliskim Wschodzie i w świecie islamu było doprowadzenie do upadku reżimów autorytarnych." autor chyba nie wie co napisal albo kompletnie nie rozumie tematu. Popatrzmy tylko blizej na sytuacje w tych porezimowych krajach. Irak-burdel do kwadratu, Libia jako panstwo nie istnieje (ba tam nawet zabili amerykanskiego ambasadora) Syria na szczescie jeszcze sie trzyma ale skoro teraz chca dozbroic mniej radykalnych to moze byc krucho. Przypomnijmy, ze wczesniej byly to normalnie funkcjonujace kraje. Taka Libia ze swoim socjalem to w porownaniu do dzisiejszego "porzadku" byla kraina miodem i mlekiem pachnaca. Iraka za Sadama tez byl normalnym (podkreslam) jak na tamte standarty krajem, Syria to samo. Tak na marginesie nikt nie wspomina, ze obecny Irak dawno temu zamowil amerykanskiei F16,ktorych na skutek opoznien nie dostal i dlatego wlasnie domaga sie bombardoowania ISIL przez amerykanow to nie jakies widzimisie Malika

z prawej flanki
sobota, 28 czerwca 2014, 18:04

teraz pewnie juź ich nie dostanie ; podobnie bylo niegdyś z niezrealizowanymi dostawami dla imperialnych sil lotniczych irańskiego szacha - urwaly sie z chwila dojścia do wladzy Chomeiniego. Wspólcześni Arabowie to obecnie wojskowi gamonie ,ci iraccy - bezsensownie marnuja nawet Abramsy i kaźdy sprzet powyźej kalacha i RPG ; źadnej taktyki ,źadnego dowodzenia ,dezerterowali za Saddama i obecnie robia dokladnie samo a sam na miejscu Malikiego juź szykowalbym dla siebie samolot ,bo ci jego wojacy z NAI nie maja przecieź najmniejszego motywatora do walki. Jak Obama dostarczy im jednak te zaplacone/zamówione zuboźone F-16 ,to po prostu oslupieje ze zdziwienia. I chyba nie tylko ja ,bo jego polityke wobec Syrii ,Libii i w ogóle calego Bliskiego Wschodu coraz trudniej zrozumieć. Takimi "dobrymi checiami" ,które ma on sam i jego administracja brukuje sie tylko pieklu droge ; w tym przypadku islamskim fanatykom ,których wladzy nie chce nawet taki Iran - swoja droga ,jedyne - poza Izraelem demokratyczne państwo w tamtejszym kotle ,tyle źe perskie. Ot ,taki paradoks.

z prawej flanki
piątek, 27 czerwca 2014, 23:10

Afganistan posypie sie jeszcze szybciej od Iraku ; w bajania o "przychylności i sympatii afgańskiego spoleczeństwa do amerykanów" ; z pewnościa gloszone ku pokrzepieniu serc i odroczeniu czasu Prawdy - przestana wierzyć nawet afagańskie dzieci z pierwsza chwila wycofania ostatniego zachodniego źolnierza. Wojna z tzw. "terroryzmem" ,czyli w rzeczywistości z ekspansja fanatycznego islamu - nie zakończyla sie z chwila rozbicia Talibanu i afgańskiej al- Kaidy ,śmierci bin Ladena czy pozornego stlumienia irackich rebelii tamtejszych religijnych przywódców ; ta zwycieska bez watpienia wojna "nie byla końcem ,ani nawet poczatkiem końca". Ta wojna na nasze nieszczeście dopiero sie zaczyna.

Podbipięta
piątek, 27 czerwca 2014, 22:13

Kafirzy to też Alawici/mieszanka islamu i neoplatonizmu najkrócej rzecz ujmując/Proizrealescy amerykanscy baptyści chyba za daleko sie zagalopowali Czasem Bóg odbiera mądrość swoim wyznawca.Jak zdurnieją.

baca1
piątek, 27 czerwca 2014, 19:04

Komus wyraznie zalezy na destabilizacji Bliskiego Wschodu i robi to z premedytacja, mozliwe ze sa to rozne czynniki, nie tylko jedna strona.

zed
sobota, 28 czerwca 2014, 17:34

Demokratyzacja na siłę państw, które w historii nigdy nie miały z nią styczności jest największym błędem. Większym błędem jest nie przyznanie się do tego, i trwanie w wysiłkach, które nie przyniosą większych zmian. W zachodniej Europie, obywatele Unii etnicznie pochodzący z krajów arabskich w dużej części nie asymilują się ze społeczeństwem. Co więcej wykorzystują demokrację i nabyte prawa do "własnych celów" i jednocześnie kultywują zasadom panującym w krajach muzułmańskich. Gdyby spojrzeć na prognozy związane z przyrostem naturalnym, ujemnym dla rdzennych obywateli starej Europy( zwłaszcza Holandia i Niemcy) i dodatnim biorąc pod uwagę rodziny muzułmańskie ( bo tam szczęśliwa błogosławiona rodzina to kilkoro dzieci) wychodzi na to, że za maks. 2 dekady ok. 60% obywateli Niemiec to będą arabowie , a wtedy biorąc pod uwagę ich prawo wyborcze naprawdę dużo może się zmienić.. W Holandii jest jeszcze gorzej... ( do takich przemyśleń doszedł Kadafi, i się nie pomylił, dlatego też m.in. zrezygnował z otwartej działalności terrorystycznej)

Elf
niedziela, 6 lipca 2014, 19:38

"Demokratyzacja na siłę państw, które w historii nigdy nie miały z nią styczności jest największym błędem." Przecież kiedyś każde państwo zostało na siłę zdemokratyzowane... Tak samo jak na siłę narzucono każdemu państwu jakąś religię a dzisiaj twierdzą np, że to jest jego tradycja...

Tweets Defence24