Turecko-arabska wojna proxy w Libii

3 lipca 2019, 10:11
D-eUS6pXoAE5BM2
Fot. Ministerstwo obrony Turcji

Utrata strategicznego miasta Gharjan, kluczowego z punktu widzenia ofensywy sił gen. Chalify Haftara na Trypolis, spowodowała bezprecedensową eskalację napięć między Haftarem a wspierającą Trypolis Turcją. Ankara ma jednak niewielkie możliwości zwiększenia swojego zaangażowania w Libii.

Miasto Gharjan zostało zdobyte przez dowodzoną przez gen. Chalifę Haftara Libijską Armię Narodową (LNA) pierwszego dnia jego trwającej trzy miesiące ofensywy na libijską stolicę Trypolis tj. 4 kwietnia i obok wciąż kontrolowanego przez LNA miasta Tarhuna stanowiło główną bazę wypadową tej operacji. Utrata kontroli nad Gharjan nastąpiła 26 czerwca. Milicje popierające rząd w Trypolisie (GNA) nie byłyby jednak zdolne do osiągnięcia takiego sukcesu gdyby nie wsparcie Turcji. Chodzi w szczególności o udział tureckich dronów w atakach na siły LNA.

W odpowiedzi LNA ogłosiło, że tureckie jednostki w Libii będą celem ataków jako wrogie obiekty. Wprowadzony został też zakaz lotniczych połączeń Libii z Turcją (tą drogą Turcja zaopatruje wspierane przez siebie milicje libijskie w sprzęt wojskowy i dostarcza drony) oraz wpływania na wody terytorialne tego kraju jednostek tureckich. Na całym obszarze kontrolowanej przez LNA części Libii (ok. 90 % terytorium) zamknięto też restauracje i inne firmy tureckie, wprowadzając zakaz biznesowej aktywności dla podmiotów z tego kraju. LNA aresztowała też sześciu obywateli tureckich, prawdopodobnie marynarzy powiązanych z tureckimi służbami specjalnymi (czemu Ankara zaprzeczała, choć jej gwałtowna reakcja to raczej potwierdzała). W odpowiedzi turecki minister obrony Hulusi Akar ostrzegł, że LNA „zapłaci bardzo wysoką cenę” jeśli zagrozi tureckim interesom w tym kraju i odpowie „w najbardziej efektywny i silny sposób na wszelki atak ze strony LNA”.

W poniedziałek natomiast rzecznik tureckiego rządu zażądał zwolnienia sześciu zatrzymanych Turków grożąc otwartym atakiem na siły LNA. Po kilku godzinach LNA rzeczywiście wypuściło zatrzymanych, choć prawdopodobnie nie będą oni mogli opuścić Libii. Niewiele jednak wskazuje na to, by miało to uspokoić napięcia między LNA a Turcją, gdyż jej wsparcie dla dżihadystycznych milicji z Trypolisu stanowi główną przeszkodę dla kampanii Haftara. Libijski generał musi wyeliminować tureckie wsparcie lub zrealizować swoje groźby ataków na tureckie jednostki zaopatrujące jego przeciwnika jeśli chce przełamać impas swojej ofensywy. 1 lipca tureckie drony zaatakowały zresztą miasto Tarhuna, na którego utratę Haftar nie może sobie pozwolić.

Otwartym pozostaje pytanie, czy wypuszczenie tureckich obywateli przez LNA to ustępstwo Haftara czy też jedynie propagandowy sukces Turcji. Najbliższe dni i tygodnie pokażą, czy groźby Haftara poskutkują wycofaniem lub przynajmniej ograniczeniem tureckiego zaangażowania po stronie GNA w zamian za cofnięcie antytureckich decyzji wspieranego rzez LNA rządu libijskiego z siedzibą w Tobruku, czy też to Hatar postanowił zrobić krok wstecz obawiając się tureckiej odpowiedzi militarnej.

Problem polega bowiem na tym, że Turcja ma niewielkie możliwości realizacji swoich gróźb pod adresem Haftara, za to otwarte zaangażowanie w wojnę domową w Libii może łatwo przekształcić się dla niej w totalną katastrofę i kompromitację. Libia byłaby bowiem już trzecim krajem, w którym zaangażowana byłaby turecka armia. Tureckie operacje w Syrii i Iraku prowadzone są jednak w zupełnie innych warunkach. Przede wszystkim, oba kraje sąsiadują z Turcją, a działania zbrojne Ankary ograniczone są do obszaru przygranicznego, łatwo dostępnego dla jej sił lądowych i powietrznych. Baza logistyczna, znajdująca się po drugiej stronie granicy tj. w Turcji, nie jest też zagrożona atakiem rakietowym czy nalotami gdyż przeciwnik (PKK w Iraku, YPG w Syrii, a wcześniej również Państwo Islamskie) nie dysponowało lotnictwem i skutecznym systemem rakietowym.

W Iraku zaangażowanie tureckie ograniczone jest zresztą głównie do nalotów na pozycje PKK, podczas gdy operacje lądowe w zasadzie nie są prowadzone. Powstało wprawdzie kilkanaście baz, ale znajdują się one pod ochroną miejscowego wojska kurdyjskiego, czyli związanej z Partią Demokratyczną Kurdystanu (PDK) Peszmergi. Zarówno w Iraku jak i w Syrii Turcja korzystała też z całkowicie otwartego nieba. Ani PKK, ani YPG (w przypadku inwazji na Afrin) ani też Państwo Islamskie (operacja Tarcza Eufratu) nie dysponowały obroną przeciwlotniczą, a ani Irak ani Syria (pod naciskiem Rosji) nie przeszkadzały w tych operacjach. Turcja miała zresztą i tak spore problemy w opanowaniu stosunkowo niewielkiego terytorium i walki w ramach Tarczy Eufratu trwały siedem miesięcy a inwazja na Afrin – dwa miesiące i gdyby nie zmasowane naloty, w tym na cele cywilne, to sukces Turcji stanąłby pod dużym znakiem zapytania. W Afrin kluczowe znaczenie miało wycofania się YPG w obawie przed dużymi stratami cywilnymi i przejście do walki partyzanckiej, która trwa do dzisiaj.

Tymczasem Libia znajduje się ponad 1000 km od granic Turcji i tureckie F-16 nie są tam w stanie dolecieć z baz w Turcji. Kraj ten nie dysponuje też lotniskowcem, by przetransportować swoje samoloty do Trypolisu lub Misraty. Zresztą wysłanie floty z Turcji do Libii mogłoby być równie nierealne, co wsparcie ewentualnych operacji własnym lotnictwem. Problemem Turcji jest bowiem bardzo niekorzystne dla niej, wręcz wrogie, otoczenie międzynarodowe. We wschodniej części basenu Morza Śródziemnego Turcja nie ma ani jednego sojusznika, bo za takiego na pewno nie można uznać przecież Grecji, mimo pozostawania w formalnym sojuszu w ramach NATO. Turcja ma również bardzo chłodne, delikatnie mówiąc, relacje z Izraelem oraz Cyprem, a z Syrią, przynajmniej formalnie, jej stosunki są wrogie.

Natomiast większość państw w bezpośrednim otoczeniu Libii ma nie tylko nieprzyjazne stosunki z Turcją, ale również wspiera Haftara będąc de facto w stanie wojny proxy z Turcją. Chodzi w szczególności o Egipt oraz Czad, ale Ankara z cała pewnością nie może liczyć również na pomoc Algierii, której bliżej jest do Haftara niż do GNA. Co prawda, Trypolis jest wspierany przez Włochy, ale stworzenie koalicji włosko-tureckiej w Libii i udostępnienie przez Włochy swoich baz do ataków lotniczych na siły Haftara przez Turcję jest całkowicie nierealne. Również inne państwa arabskie, choćby Jordania czy Liban, a nawet Tunezja, nie mają najmniejszego powodu, by angażować się w taką operację, w wyniku której mogą mieć tylko problemy.

Haftara bardzo mocno popierają bowiem również Zjednoczone Emiraty Arabskie, a w pewnym sensie także Arabia Saudyjska, która też ma przecież fatalne stosunki z Turcją i bardzo mocno wspiera głównego sojusznika Haftara, czyli Egipt. Turcja, której jedynym arabskim sojusznikiem jest równie odległy od granic Libii Katar, próbowała na przełomie 2018/2019 założyć bazę wojskową w Sudanie (podobnie zresztą jak Katar). Prawdopodobnie to było zresztą gwoździem do trumny trzydziestoletnich rządów Omara al-Baszira, a nowy reżim wojskowy zerwał wszelkie rozmowy z Katarem i Turcją, podkreślając wolę kontynuowania sojuszu ze Zjednoczonymi Emiratami Arabskimi oraz Arabią Saudyjską.

LNA korzysta również ze wsparcia Francji, co zresztą wpływa negatywnie na i tak nienajlepsze stosunki francusko-włoskie. Motywacja Francji jest tu jasna i spójna z ogólną polityką tego kraju w Afryce Płn. O ile dla Włoch kluczowe znaczenie ma rola Libii jako wrót, przez które afrykańscy migranci dostają się do Europy, o tyle dla Francji znacznie ważniejsza jest ochrona jej interesów w Sahelu. Paryż doskonale pamięta jakim zagrożeniem dla niego była destabilizacja Mali w 2012 r. spowodowana powrotem do tego kraju tuareskich separatystów służących wcześniej Kadafiemu. Wkrótce potem sytuację wykorzystali dżihadyści, a głównym sojusznikiem w pacyfikacji tego problemu stał się Czad. Zagrożenie jest zresztą cały czas aktualne, a w sąsiadującym zarówno z Mali jak i z Libią oraz z Burkina Faso (gdzie ostatnio część terytorium zostało opanowane przez oddziały dżihadystów z plemienia Fulani powiązanych z Al- Kaidą oraz Państwem Islamskim) Nigrze znajdują się francuskie kopalnie uranu, mające strategiczne znaczenie dla Paryża. Dlatego Francja obawia się dżihadystycznych milicji, na których opiera się GNA.

Sojusznikiem GNA były też milicje plemion Tubu i Tuaregów w południowej Libii, które z punktu widzenia Paryża również były elementem destabilizującym, a dla Czadu stanowiły zagrożenie, gdyż Tubu są też jedną z grup etnicznych zamieszkujących Czad. W dodatku, to z tego ludu wywodzi się Hissene Habre, poprzednik obecnego lidera Czadu Idrissa Deby, obalony przez niego w 1990 r. Kilka lat wcześniej to Habre przerwał na ćwierć wieku karierę Haftara w Libii, biorąc go do niewoli w czasie nieudanej dla Libii wojny z Czadem.

Jakiekolwiek bardziej otwarte zaangażowanie Turcji w konflikt w Libii spowodowałoby niewątpliwie reakcję i to nie tylko sił Haftara, ale również Zjednoczonych Emiratów Arabskich, Arabii Saudyjskiej i Egiptu. Państwa te zdeterminowane byłyby, by nie dopuścić do tureckiej obecności w Północnej Afryce. Wiązałoby się to z dużymi stratami po stronie Turcji, zwłaszcza, że GNA nie dysponuje siłami, które mogłyby zapewnić osłonę dla ewentualnego większego przerzutu wojska i/lub sprzętu tureckiego do Libii. W szczególności GNA prawie w ogóle nie dysponuje lotnictwem, a na nielicznych posiadanych maszynach latają najemnicy. Głośną sprawą było zestrzelenie przez LNA na początku maja należącego do GNA Mirage’a F-1, pilotowanego przez amerykańskiego weterana i najemnika Jamiego Sponaugle'a (ostatecznie wypuszczonego później dzięki mediacji saudyjskiej), który nawet nie miał odpowiedniego przeszkolenia.

LNA dysponuje zdecydowaną przewagą nad GNA w powietrzu, gdyż przejęła większość lotnisk i baz lotniczych. W szczególności ogromne znaczenie miało wyparcie sił GNA z bazy al-Watija w sierpniu 2014 r. i przejęcie znajdujących się tam kilkunastu bombowców SU-22, kilku helikopterów Mi-25, a także ok. 20 Mirage F-1. Modernizację sił powietrznych LNA zapewnili natomiast Haftarowi jego sojusznicy, tj. w szczególności Zjednoczone Emiraty Arabskie oraz Egipt. Samoloty tych krajów też zresztą uczestniczyły w niektórych operacjach w Libii jako „niezidentyfikowane”. Geografia jest bowiem po stronie Haftara i umożliwia stronie egipsko-emirackiej bardziej aktywne wsparcie powietrzne, podczas gdy Turcja może jedynie wysyłać do Libii swoje drony (które jednak mocno przeszkadzają Haftarowi).

W kwietniu 2019 r. LNA zdobyło międzynarodowe lotnisko Trypolisu, oddalone od centrum stolicy o 24 km. Siły GNA zdołały je jednak zniszczyć, uniemożliwiając korzystanie z niego przez LNA, które z kolei ma do dyspozycji co najmniej dwie bazy lotnicze w północno-zachodniej Libii, tj. wspomnianą wcześniej al-Watiję oraz Bani Walid, a także szereg lotnisk w południowej i wschodniej Libii. Dwoma głównymi lotniskami, z których korzysta GNA, są natomiast obecnie lotnisko w Misracie oddalone o prawie 200 km od Trypolisu oraz lotnisko Mitiga. To drugie jest właśnie główną bazą dla tureckiego wsparcia, ale kilka dni temu zostało unieruchomione po tym jak LNA ostrzelało je niszcząc tam jednego tureckiego drona. Miało wprawdzie zostać otwarte we wtorek, ale LNA znów je zbombardowało. Stawia to pod znakiem zapytania dalszą użyteczność tego lotniska, tak ważnego dla GNA.

Turcja nie bardzo ma też kogo przerzucić do Libii. Jej armia jest zdziesiątkowana w wyniku czystek po nieudanym puczu w 2016 r., a siły specjalne potrzebne są w Syrii i ewentualnie w Iraku. Warto też pamiętać, że Turcja cały czas stara się namówić Iran do wspólnej operacji wojskowej przeciwko PKK w północnym Iraku oraz odgraża się, że zaatakuje siły kurdyjskie w północnej Syrii. Trudno sobie wyobrazić, by mogła te trzy operacje prowadzić jednocześnie, a najbardziej prawdopodobne jest, że do żadnej z nich nie dojdzie. Rząd tobrucki oskarża jednak Turcję, a także Katar, o przerzucanie terrorystów Al Kaidy i Państwa Islamskiego z Syrii do Libii. Oskarżenia te, przynajmniej częściowo, potwierdził specjalny wysłannik ONZ do Libii Ghassan Salame.

Warto też dodać, że ewentualna turecka operacja w Libii nie spotka się z poparciem ani Rosji (utrzymującej dobre relacje z Haftarem), ani USA (Haftar przez ponad 20 lat współpracował z CIA, a administracja Trumpa przyjęła postawę wyczekującej neutralności). W niektórych komentarzach pojawiają się obecnie wyrazy zwątpienia w zdolność sił Haftara do zdobycia Trypolisu. Problem jednak w tym, że niektórzy założyli, że zwycięstwo LNA będzie szybkie, albo nie będzie go w ogóle. To błąd. Warto bowiem pamiętać, że Haftar walczył o przejęcie kontroli nad drugim co do wielkości miastem Libii tj. Benghazi przez trzy lata. I w końcu wygrał.

Reklama
Tweets Defence24