ECOWAS przyjął plan zbrojnej interwencji w Mali

13 listopada 2012, 19:19
ecowas-hq
Siedziba ECOWAS w Abudży - fot. internet
Defence24
Defence24

11 listopada br. państwa członkowskie Wspólnoty Gospodarczej Państw Afryki Zachodniej (ECOWAS) na konferencji w Abudży przyjęły plan interwencji zbrojnej w Mali.


Przyjęcie planu, którego wymagała od ECOWAS Rada Bezpieczeństwa ONZ, to ważny krok ku operacji wojskowej w północnej części tego opanowanego przez bojówki islamskich ekstremistów kraju. Dokument, przyjęty w Abudży różni się jednak istotnie od pierwowzoru przygotowanego w zeszłym tygodniu w stolicy Mali, Bamako przez ekspertów afrykańskich, zachodnich i ONZ-owskich. Przewidywał on utworzenie siły zbrojnej o liczebności 10,5 tys. żołnierzy (5 tys. malijskich i 5,5 tys. z innych państw regionu). Tymczasem, liderzy zebrani w Abudży zgodzili się na razie na 3,3 tys. żołnierzy afrykańskich z państw ECOWAS. Nie wiadomo, czy uda się pozyskać dodatkowe siły.

Państwa ECOWAS, które dotychczas zgodziły się na wysłanie własnego kontyngentu to Nigeria, Senegal, Niger, Burkina Faso, Ghana i Togo. Organizacja liczy także na udział państw spoza jej szeregów, jak RPA, Maroka czy Mauretanii.

Ograniczona liczebność sił interwencyjnych to nie jedyna przeszkoda jaka stoi przed jej organizatorami. W północnym Mali znajduje się bowiem obecnie nawet ponad 6 tys. dobrze uzbrojonych, zaprawionych w bojach bojowników z przeszłością w organizacjach terrorystycznych, walczących na frontach w Afganistanie, Iraku czy Libii. Cały czas napływają ochotnicy z Sudanu, Sahary Zachodniej, Egiptu, Algierii, Libii, Pakistanu, Nigerii, Nigru, Togo, Beninu, Senegalu, Wybrzeża Kości Słoniowej, a nawet sporadycznie z Europy. Trwa również rekrutacja na miejscu, w tym także dzieci poniżej 18 roku życia.

Islamiści znają doskonale pustynny teren, w którym przyjdzie im walczyć z afrykańczykami i są mocno zdeterminowani do utrzymania swoich zdobyczy terytorialnych i utrzymania teokratycznego państwa – nowej bazy dla religijnych ekstremistów z całego świata.

Po drugie, w Mali nie wyjaśniła się dotąd sytuacja na scenie politycznej. Rząd w Bamako nie pochodzi z wyboru, a część wpływów zachowali w nim wojskowi, z których niektórzy sprzeciwiali się dotąd wszelkiej obcej obecności wojskowej w Mali. Obecnie, również nie wykazują szczególnego zapału w tej sprawie.

Kolejny problem to finansowanie operacji i związany z tym czas obowiązywania jej mandatu. Szacuje się, iż będzie ona kosztować miliard dolarów rocznie. Nie jest jasne kto za to zapłaci i jak rozłożą się ciężary finansowe na poszczególne państwa. Wiadomo, że kraje UE czy Stany Zjednoczone zmagające się z własnymi problemami, nie są skłonne do udzielenia bezpośredniej pomocy finansowej. Ograniczą się raczej do pomocy logistycznej, szkoleniowej i wywiadowczej - amerykańscy, francuscy i hiszpańscy oficerowie wywiadu i służb specjalnych od lat działają w krajach Sahelu, gdzie szkolą miejscowe armie i tropią dżihadystów. Unia Europejska zamierza natomiast wysłać do Mali 150 instruktorów wojskowych mających za zadanie szkolenie wojsk malijskich.

Przedstawiciele ECOWAS ustalili w związku z powyższym, że wystąpią do ONZ o przyznanie mandatu na okres jednego roku, z możliwością jego przedłużenia. Wiele wskazuje na to, że jego przedłużenie będzie niezbędne – sama odbudowa malijskiej armii może potrwać nawet 1,5 roku.

Sytuację dodatkowo utrudnia fakt, iż interwencji szczególnie niechętne są dwa sąsiadujące z Mali państwa, Algieria i Mauretania. Ta pierwsza cały czas podejmuje wysiłki w celu politycznego rozwiązania kryzysu (Algieria przyjęła ostatnio przedstawicieli jednej z frakcji islamistów – Ansar ad-Din w Algierze), uważa że obecność sił zagranicznych w Sahelu to zjawisko niepokojące i że nie należy walczyć z wszystkimi islamskimi bojówkami, a jedynie z al-Kaidą w Magrebie i organizacjami siostrzanymi.

Mauretania, której prezydent oficjalnie odmówił udziału w operacji, może być kluczowym czynnikiem przesądzającym o jej efekcie. Państwo to mimo, że zgodziło się udostępnić swoje terytorium dla transportu zaopatrzenia dla sił interwencyjnych, to jednak w razie interwencji bojownicy z Mali być będą starali się przenikać na jej terytorium, a nawet rozszerzyć konflikt na ziemie zachodniego sąsiada.

Temu ma jednak zapobiec podpisane 6 sierpnia br. przez Algierię, Mauretanię, Burkina Faso i Niger porozumienie przewidujące utworzenie wspólnej 45-tysięcznej formacji zbrojnej. Dowództwa sztabów czterech wymienionych wyżej państw uzgodniły plan zabezpieczenia granic z separatystycznym regionem Azawad, wyjętym spod władzy jakiegokolwiek rządu. Sygnatariusze porozumienia postanowili również dzielić się informacjami wywiadowczymi na temat sytuacji w tym para-państwie, zwłaszcza w rejonach przygranicznych, zwiększyć pomoc dla uchodźców z północnego Mali, aby nie stali się celem akcji werbunkowej dżihadystów, a także utworzyć wspólną bazę danych o zbrojnych grupach salafickich oraz ich ruchach.

Decyzje podjęte 11 listopada w stolicy Nigerii na pewno przybliżają interwencję zewnętrzną w Mali, która zapowiadana jest już od wielu miesięcy. Zainteresowane strony będą musiały zmierzyć się jednak z licznymi, zarysowanymi wyżej problemami. Część z nich może prowadzić do dalszego opóźnienia podjęcia działań militarnych, a część odbić się negatywnie na przebiegu operacji. Czas ucieka, a z każdym miesiącem ekstremiści w północnym Mali przybierają na sile. Z drugiej strony rozwiązanie militarne, może spowodować rozszerzenie konfliktu na kraje sąsiednie, zwłaszcza Nigerię, gdzie operuje organizacja terrorystyczna Boko Haram, co zapowiadają islamiści z Mali. Północna Afryka musi zmierzyć się ze skutkami długotrwałego zaniedbania kwestii braku państwowości dla Tuaregów, która dała o sobie znać z nową siłą po wielonarodowej interwencji w Libii i obaleniu jej przywódcy.

 

17 stycznia 2012 roku Narodowy Ruch Wyzwolenia Azawadu (MNLA) ogłosił początek powstania narodowego Tuaregów przeciwko władzom państwowym Mali. Na sukcesy Tuaregów znaczny wpływ miało to, że dowódca Narodowego Ruchu Wyzwolenia Azawadu, Bilal Ag Acherif był za czasów Muammara Kadafiego pułkownikiem w jego armii, jak również fakt, iż większość rebeliantów przywiozła z libijskiej wojny domowej pieniądze, broń i amunicję. Najprawdopodobniej nomadzi weszli, dzięki wsparciu dla reżimu Kadafiego, w posiadanie moździerzy 82-milimetrowych, ciężkich granatników SPG-9, dział bezodrzutowych B-10 i zestawów przeciwlotniczych ZSU-23-2. Możliwe także, że dysponują ręcznymi wyrzutniami rakiet przeciwlotniczych Strzała i Igła (rosyjskiej produkcji).

W kwietniu Tuaregowie ogłosili na północy powstanie swego niepodległego państwa Azawad, ale już w czerwcu, po krótkiej bratobójczej wojnie, zostali pobici przez dotychczasowych towarzyszy broni z al-Kaidy w Maghrebie i innych dżihadystów.

Zwycięzcy unieważnili niepodległość Azawadu, a w jego miejscu ustanowili własny kalifat, w którym ustanowili surowe koraniczne obyczaje i kary, przystąpili do niszczenia świątyń i kaplic islamu sufickiego w Timbuktu wpisanych na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Równocześnie zaczęli napływać tam ochotnicy, chcący prowadzić dżihad przeciwko niewiernym, tj. głównie Europie i Stanom Zjednoczonym oraz sprzyjających im rządom afrykańskim.

Marcin M. Toboła
Defence24
Defence24
Reklama
KomentarzeLiczba komentarzy: 0
Reklama
No results found.
Reklama
Tweets Defence24
 
Reklama