Bliski Wschód po porozumieniu nuklearnym z Iranem

19 lipca 2015, 12:14
Fot. Keith Bacongco/Flickr/CC3.0

Dwa wydarzenia: porozumienie w sprawie irańskiego programu nuklearnego (JCPOA) oraz powołanie nowego rządu tureckiego (spodziewane w najbliższej przyszłości), będą miały kluczowe znaczenie dla przyszłości Bliskiego Wschodu. Mogą one doprowadzić do znaczącej zmiany w układzie sił w konflikcie szyicko-sunnickim, wojnie przeciw Państwu Islamskiemu oraz kwestii kurdyjskiej – pisze Witold Repetowicz w analizie dla Defence24.pl.

Porozumienie zawarte 14 lipca w Wiedniu, pomiędzy Iranem, USA, UE, Rosją, Chinami, Francją, Wielką Brytanią oraz Niemcami, nie wpłynie zbyt szybko na zmianę stosunków Iranu z USA. Najwyższy Przywódca Ali Khamenei w swym wystąpieniu z okazji zakończenia Ramadanu wyraźnie to wykluczył, choć wcześniej o możliwości ponownego nawiązania stosunków dyplomatycznych mówił Akbar Hashemi Rafsandżani, kluczowa postać irańskiego obozu pragmatycznego. Należy zatem spodziewać się tego, że póki nie nastąpi jedno z następujących zdarzeń: śmierć Khameneiego lub wybór nowego prezydenta USA, żadnego przełomu nie będzie. Mówiąc bardziej konkretnie, obie strony będą demonstrować, iż są większymi wrogami niż jest to w rzeczywistości. Jeżeli chodzi o Iran to istnienie wroga stanowi fundament istnienia frakcji twardogłowych w elitach rządzących. Natomiast USA, nie mogąc liczyć na nowy, strategiczny sojusz z Iranem (który mógłby mieć pozytywny wpływ na stabilizację regionu), muszą utrzymać sojusz ze swoimi tradycyjnymi partnerami: Izraelem, Arabią Saudyjską oraz Katarem. Wszystkie te trzy państwa bardzo negatywnie odnoszą się do zawartego porozumienia i ewentualnego zbliżenia Iranu z Zachodem, nawet jeśli niektóre z nich starają się to ukryć pod fasadą oficjalnych gratulacji z okazji zawarcia układu w Wiedniu. 

Administracja Obamy będzie jednak kontynuować ograniczoną i w dużym stopniu niejawną współpracę z rządem Iranu m. in. w kwestii sytuacji w Iraku i walki z Państwem Islamskim. Warto jednak  podkreślić, że rząd Iranu ma niewielki wpływ na politykę Pasdaranu, czyli drugiej armii, podporządkowanej bezpośrednio Najwyższemu Przywódcy i wspierającej siły rządowe w Syrii, szyickie Hashd Shaabi w Iraku (będące w pewnym sensie iracką kopią Pasdaranu) oraz Houthich w Jemenie. JCPOA jest przy tym niekorzystne dla Pasdaranu z dwóch powodów: wzmacnia pragmatyków a więc osłabia jego zaplecze polityczne (w tej chwili ma to małe znaczenie, ale nabierze go w chwili nieuniknionej konfrontacji po śmierci Khameneiego) oraz ogranicza dochody tej struktury z przemytu.  Wielu komentatorów podkreśla wprawdzie, że Iran, po zniesieniu sankcji, będzie miał więcej środków, które będzie mógł przeznaczyć na zbrojenia oraz wsparcie swoich sojuszników zagranicznych, ale będą one pozostawać w dyspozycji rządu, a nie Pasdaranu, które jest swoistym „państwem w państwie". Tymczasem społeczeństwo irańskie oczekuje teraz od rządu podniesienia poziomu życia Irańczyków, który jest obecnie na tragicznym poziomie. 

Nie oznacza to oczywiście porzucenia sojuszników Iranu, wręcz przeciwnie. To również podkreślił Khamenei i pragmatycy nie będą forsować takiej zmiany, gdyż nie jest ona częścią porozumienia i nie wpłynie ona na inne relacje Iranu. W szczególności chodzi tu o rozwój stosunków Iranu z UE, związany z irańskimi zasobami gazu i ropy oraz położeniem tranzytowym dla przesyłu zasobów ze złóż kaspijskich i środkowoazjatyckich. Nieuchronne jest też ochłodzenie relacji irańsko-rosyjskich, choć Rosja będzie za wszelką cenę dążyć do utrzymania swoich wpływów. Będzie je próbowała oprzeć na kontraktach zbrojeniowych oraz inwestycjach w sektorze energetycznym, niemniej jeżeli chodzi o to drugie, to kłopoty finansowe Rosji, pogłębione wejściem Iranu „do gry”, mogą jej to uniemożliwić. Jeżeli chodzi zaś o pierwsze, to zależeć to będzie od tego, czy Rosja będzie miała konkurencję w tym zakresie. Jeśli tak to jej wpływy mogą zostać całkowicie wyrugowane z regionu, gdyż zarówno Syria jak i wszystkie inne podmioty szyickiego półksiężyca, potrzebują wsparcia Iranu, a nie Rosji. Rosji pozostanie jeszcze współpraca z Egiptem i Libią, co jest uzależnione od tego kiedy USA w pełni skorygują swój błędny, chłodny stosunek do rządów Sisiego. Oczywiście do tej układanki dochodzi kilka innych czynników o większej lub mniejszej niepewności. Chodzi w szczególności o korektę polityki USA w 2017 r. po wyborze nowego prezydenta oraz stopień napięć między Iranem a inspektorami MAEA. Największą niewiadomą jest natomiast śmierć Khameneiego, wydarzenie, które spowoduje kolosalne zmiany, ale którego data jest całkowitą niewiadomą.

Porozumienie nuklearne nie jest jedynym czynnikiem, które w najbliższym czasie wzmocni pozycję irańskiego „szyickiego półksiężyca” na Bliskim Wschodzie i stanowi zagrożenie dla saudyjskich interesów w regionie. Jeśli w Turcji dojdzie do powstania koalicji AKP-CHP, a wszystko na to wskazuje, polityka zagraniczna Turcji ulegnie poważnym korektom. Wprawdzie z jednej strony można się spodziewać ocieplenia w stosunkach turecko-izraelskich, ale bez wpływu na jednoczesne pogłębienie relacji handlowych z Iranem i wycofanie się (lub przynajmniej ograniczenie) działań wspierających siły walczące przeciw proxy Iranu w Syrii i Jemenie. Warto przypomnieć, że CHP ostro krytykowała zaangażowanie rządu Erdogana (a następnie Davatoglu) w Syrii i wzywała do normalizacji stosunków z sąsiadami, a także odejścia od opierania polityko zagranicznej na sunnickiej solidarności religijnej. Również na relacjach handlowych z Iranem Turcja ma bardzo dużo do zyskania, w szczególności (choć nie tylko) jeżeli chodzi o zakup i tranzyt surowców energetycznych.

Gdy w marcu br. Arabia Saudyjska rozpoczęła interwencję militarną przeciwko Hutim w Jemenie wydawało się, że „szyicki półksiężyc” jest w totalnej defensywie. Rijadowi udało się zbudować sojusz obejmujący wszystkie państwa Półwyspu Arabskiego, z wyjątkiem Omanu (Katar, Kuwejt, Jordania, ZEA, Bahrajn) oraz Egipt i Sudan. Saudowie starali się również namówić Pakistan do udziału w tym sojuszu jednak zaangażowanie tego kraju okazało się niezbyt intensywne. Mimo licznych problemów w stosunkach pakistańsko–irańskich nie można zapomnieć, iż przez kraj ten przechodzi szlak tranzytowy prowadzący z Iranu do Chin, co również może przynosić duże korzyści wszystkim tym trzem państwom. Natomiast zaangażowanie Egiptu związane było głównie z dużą alokacją środków finansowych państw arabskich, głównie KAS, ZEA oraz Kuwejtu, w rozwój egipskiej gospodarki i infrastruktury. W latach 2013-2014 pomoc ta wyniosła 10 mld dolarów a w marcu na szczycie w Szarm el Szejk, Kair uzyskał obietnicę kolejnych 12,5 mld. Jednak dla Egiptu priorytetem pozostaje walka z Państwem Islamskim (IS) na Synaju oraz w Libii. W tym drugim wypadku nie chodzi wyłącznie o IS, ale również siły powiązane z Bractwem Muzułmańskim i Al Kaidą. Nie odpowiada to Saudom, którzy dążą do wyeliminowania wszelkich napięć wewnątrzsunnickich by stworzyć jednolity blok antyirański. Tymczasem już na szczycie w Szarm el Szeik, ku nieukrywanej wściekłości Saudów, Sisi opowiedział się za pokojowym rozwiązaniem konfliktu w Syrii, poprzez układ, którego Assad byłby częścią. Egipt znacznie mocniej niż inne sunnickie kraje arabskie (z wyjątkiem Jordanii) deklaruje swoje wsparcie dla Bagdadu w wojnie z IS. Coraz silniejsze ataki IS na Synaju oraz ostrzelanie egipskiej fregaty z terytorium libijskiego wilajatu IS jeszcze bardziej skoncentruje działania militarne Egiptu na walce z IS a nie udziale w szyicko-sunnickiej wojnie. Sisi nigdy też nie ukrywał, że nie chce wchodzić w otwarty konflikt z Iranem i z tego m.in. powodu wykluczył lądowe zaangażowanie w Jemenie. Saudom zresztą nie udało się wyeliminować napięć międzysunnickich. Katar nadal wspiera wrogie Egiptowi Bractwo Muzułmańskie i nielegalny rząd libijski w Trypolisie, podczas gdy Kair (wraz z Zjednoczonymi Emiratami Arabskimi) wspiera legalny rząd tobrucki.

Mimo zbudowania tak szerokiej koalicji przeciwko Hutim, aż 4 miesiące zajęło osiągnięcie pierwszego znaczącego sukcesu – wyparcia Hutich z Adenu. Tymczasem wzmocnienie finansowe Iranu może otworzyć nowe możliwości dla współpracy egipsko-irańskiej, gdyż zależy to wyłącznie od Teheranu. Sisi wielokrotnie dawał do zrozumienia, iż póki nie ma otwartej wojny Iranu z państwami arabskimi na Półwyspie to jest otwarty na ocieplenie relacji. Udział Egiptu w operacji saudyjskiej w Jemenie jest natomiast kluczowy, gdyż jest to najsilniejszy militarnie koalicjant.

To wszystko powoduje, że Arabia Saudyjska (KAS) będzie zmuszona do rozpaczliwego wręcz tworzenia nowej, niekoniecznie jawnej koalicji wszystkich, dla których Iran może być wrogiem nr 1. Były szef saudyjskiego wywiadu książę Bandar al Sultan komentując zawarcie porozumienia z Iranem zapowiedział dalsze odwracania się państw arabskich od USA. JCPOA to zresztą tylko kropla, która przepełniła czarę saudyjskiej goryczy, wbrew bowiem propagandzie irańskiej USA nie udzieliły praktycznie żadnego wsparcia saudyjskiej interwencji w Jemenie, poza słowami. Jednak takie deklaracje trzeba uznać za emocjonalne, gdyż Saudowie zapewne zdają sobie sprawę z tego, iż ich bezpieczeństwo nadal będzie zależeć od USA, nawet jeśli zacieśnią tajną współpracę z Izraelem. Nie ulega bowiem wątpliwości, iż to nastąpi zważywszy, że dla obu tych państw, choć z innych powodów, Iran jest wrogiem priorytetowym.

Kolejnym zwrotem w polityce KAS, podyktowanym obawą przed wzrostem wpływów Iranu, jest poparcie dla niepodległości Kurdystanu irackiego. Wg nieoficjalnych, lecz wiarygodnych, informacji, Saudowie poparli podział Iraku na trzy części, co wydaje się już nieuniknione. Poza Kurdystanem powstałby wtedy Irak sunnicki, obejmujący głównie Niniwę i oparty na tworzonych (przy pomocy Turcji i USA)  siłach zbrojnych byłego gubernatora Mosulu Nudżajfiego. To mogłoby, choć nie musi, doprowadzić nie tylko do wojny między siłami Nudżajfiego i Bagdadem o Anbar, Salahaddin i Diyalę, ale również do konfrontacji Kurdów z Bagdadem i Teheranem. Jednak konfrontacja szyicko-kurdyjska wcale nie jest pewna (a wręcz mało prawdopodobna), gdyż byłaby bardzo niekorzystna dla obu stron, a między irackimi szyitami a Kurdami brak jest istotnych konfliktów terytorialnych (w szczególności dot. to Kirkuku z jego złożami, do którego pretensje roszczą sobie mieszkający tam również Arabowie i Turkmeni – ale sunnici).

Realizacja tego scenariusza oznacza też przyśpieszenie eliminacji Państwa Islamskiego w Iraku, a być może też i w Syrii. 18 lipca Saudowie aresztowali ponad 400 terrorystów działających na terytorium królestwa. Skala tej akcji potwierdza przypuszczenia, że Saudowie kontrolowali aktywność IS na swoim terytorium. Na pierwszy rzut oka aresztowania te mogą dziwić, gdyż niedawne ataki na szyickie meczety w Arabii Saudyjskiej miały zmobilizować ochotników arabskich do wojny z szyitami w Iraku i Syrii oraz ich irańskim wsparciem. Być może jednak Saudowie zrozumieli, że wyparcie IS z Anbaru przez Hashd Shaabi jest nieuniknione, nawet jeśli trwa dłużej niż się można spodziewać. Jeśli Saudowie chcą by Nudżajfi stworzył w Niniwie „sunniland” to musi przyśpieszyć wyzwolenie Mosulu przez armię sunnicką, zanim armia rządowa i Hashd Shaabi będą gotowi do zrobienia tego.

Porozumienie wiedeńskie to również korzystna wiadomość dla Assada, choć ostatnie wypowiedzi lidera Hezbollahu szejka Nasrallaha wskazywałyby na to, że Iran i Hezbollah mogą wycofać się z popierania Assada, zastępując go kimś innym. Nie będzie to oznaczać jednak kapitulacji obozu Assada, wręcz przeciwnie, raczej próbę utrzymania władzy w oparciu o porozumienie pokojowe.

Witold Repetowicz

Defence24
Defence24
Reklama
KomentarzeLiczba komentarzy: 7
Reklama
Dan
niedziela, 19 lipca 2015, 21:59

Jak zwykle, ciekawa i wielostronna analiza. Porozumienie z Iranem, jeśli będzie działało, spowoduje nowe układanie bliskowschodnich puzzli. Także "wylot" Rosji z regionu, jak Pan W.R. zauważył. Zostanie im już tylko propagandowa oferta "współpracy w zwalczaniu terroryzmu", z której się w Pentagonie i CIA już pewnie zaśmiewają. Co do Iraku to chyba tylko prezydent Obama ma jeszcze złudzenia i śni mu się jako zjednoczony, demokratyczny itd itp. Będzie podzielony i tak. Nawet jeśli szyicka milicja i tzw. armia zdobędą Mosul to czekają ich potem zamachy bombowe do śniadania, obiadu i kolacji. Rzeź na całego. Natomiast myślę, że Kurdom Bagdad nie podskoczy, bo wie, że dostanie taki łomot, jak IS. PS. Uważam, że Pan Repetowicz to najlepszy "nabytek" tego portalu. Czekam na dalsze artykuły.

Afgan
niedziela, 19 lipca 2015, 21:05

Egipt i Iran to mocarstwa bliskowschodnie z którymi należy rozmawiać, natomiast Arabia Saudyjska to sojusznik dwulicowy i eksporter terroryzmu (IS) w regionie. Błędem USA i krajów zachodnich jest ślepe wspieranie średniowiecznej monarchii feudalnej Saudów i odwracanie się od Egiptu i izolacja Iranu, które coraz bardziej popycha Egipt i Iran w objęcia Rosji. A trzeba przyznać że Egipt i Iran to sojusznicy bardziej wartościowi niż Arabia Saudyjska i Katar. Iran ma większe zasoby ropy i gazu ziemnego i jakby nie patrzeć jest bardziej rozwinięty technologicznie (bo w Arabii Saudyjskiej nawet gwoździ nie potrafią samodzielnie wyprodukować), natomiast Egipt kontroluje Kanał Sueski. Arabia Saudyjska ma co prawda wielkie zasoby ropy naftowej, jednak przy obecnym poziomie eksploatacji wyczerpią się one za 20-30 lat, natomiast złoża irańskie szacowane są na 60-70 lat przy podobnym poziomie eksploatacji jak saudyjskie. Należy jak najszybciej przewartościować politykę wobec Iranu i Egiptu, a także kwestię Assada w Syrii, bo dla Rosji tacy sojusznicy są bardzo wartościowi w globalnej rozgrywce o wpływy, a zachód po raz kolejny strzela sobie w kolano swoją nieprzemyślaną polityką.

antyoszołom
niedziela, 19 lipca 2015, 19:40

USA jest spanikowane: boją się, że upadną propamerykańskie satrapie w Arabii Saudyjskiej i innych krajach i wtedy, gdy nie zdążą się przymilić Iranowi, to zostaną z ręką w nocniku - wypędzone i znienawidzone w regionie.

xxx
poniedziałek, 20 lipca 2015, 13:22

Nawet jeśli tak by było, to dopóki istnieje Izrael, to praktycznie na 100% nie będą wypędzeni z regionu. Izrael bez wsparcia USA nie będzie istnieć w dłuższej perspektywie. Zresztą za xx lat też będzie ciekawie (no chyba, że będą "strzyc" Palestyńczyków, ale to też dla nich niezbyt ciekawa perspektywa, bo wywołująca coraz silniejszą reakcję, aż do np. bojkotu Izraela), bo Palestyńczycy mnożą się zdecydowanie szybciej niż Żydzi... Więc co by nie było, zdziwię się, jeśli w okresie krótszym niż np. 15 lat USA straci swój "lotniskowiec" w postaci Izraela. Dodatkowo jeśli coś się pozmienia, to też zdziwię się, jeśli ogólnie stracą sojuszników na Bliskim Wschodzie - raczej zamienią jednych na innych...

as
poniedziałek, 20 lipca 2015, 11:26

Raczej antyrozum jesteś - USA popełniły w regionie cały szereg kardynalnych i wręcz głupich błędów, ale bardzo daleko im do jakiejś paniki. Takie brednie bardzo chętnie wprowadza w obieg informacyjny Moskwa i właśnie nią od ciebie zalatuje.

Gość
poniedziałek, 20 lipca 2015, 12:36

Tak własnie wyglada, nietolerancja i wojna religijna w sunnicko-szyickiej odsłonie.

Darek S.
poniedziałek, 20 lipca 2015, 04:13

Jedno jest pewne. Amerykanie prowadzą swoją politykę na Bliskim Wschodzie z finezją młota parowego. Postanowili oni ostatnio na dodatek według zwyczajów bliskowschodnich olewać fundamentalne zasady prowadzenia polityki zagranicznej. Pacta sunt servanda - Umów się przestrzega. Wróg mojego wroga jest moim przyjacielem. A to wszystko w imię dwóch celów jakie im przyświecają. 1. Utrzymanie ciągłości Państwa Izrael - lobby żydowskie 2. Wpływ na cenę baryłki ropy. Oceniając USA na podstawie ich dokonań, a nie ich deklaracji, trzeba uznać, że USA nie realizują celu przyświecającego Unii Europejskiej na Bliskim Wschodzie - Eliminacja terroryzmu, likwidacja ognisk rodzących napięcia społeczne. Dlatego bardzo interesujący jest powód dla którego Unia Europejska popiera działania polityczne USA na Bliskim Wschodzie. No bo chyba nikt myślący nie uzna, na podstawie ich dokonań

Tweets Defence24