Ukraść Goeringowi… Acht komma Acht!

24 grudnia 2020, 07:21
thumbnail_A10 (1)
Działo przeciwlotnicze 88 mm w trakcie przygotoFot. Zbiory autora, Muzeum Regionalne w Stalowej Woli
Reklama

O historii, a tym bardziej o znaczeniu Huty Stalowa Wola dla obronności Polski, Defence24.pl miał okazję pisać wielokrotnie. Nie jest jednak tak, aby można było postawić tezę, iż powiedziane i napisane zostało wszystko, co zasługuje na uwagę. Dziś spróbujemy rzucić nieco światła na fakty z odległej przeszłości, niekoniecznie znane szerszej opinii publicznej. A szkoda…

Dla uczynienia dzisiejszej opowieści bardziej wyrazistą konieczne jest skrótowe zaprezentowanie kalendarium spektakularnych zdarzeń, dzięki którym dzisiejsza HSW SA zaistniała. Dzięki temu łatwiej będzie zrozumieć, czym ona od zarania swoich dziejów była, a poprzez to – lepiej zrozumieć, dlaczego była i jest właśnie taka, jaka ją znamy…

Umowę o powołaniu spółki akcyjnej Zakłady Południowe podpisano 19 stycznia 1937 r., umowę na budowę osiedla mieszkaniowego pozostającego pod zarządem Funduszu Kwaterunku Wojskowego – 30 stycznia, a 4 lutego Sejm zatwierdził plan budowy Centralnego Okręgu Przemysłowego, przedłożony przez wicepremiera Eugeniusza Kwiatkowskiego. 26 lutego przyjęto pierwszych pracowników ZP, a pierwszą sosnę w dziewiczej Puszczy Sandomierskiej, której fragment przeznaczono pod budowę Zakładów, wycięto 20 marca 1937 r.

image
Haubica 100 mm wz. 34 produkowana była w liczbie 16 szt. miesięcznie. Fot:Zbiory autora, Muzeum Regionalne w Stalowej Woli

Już 4 grudnia 1937 r. na terenie przyzakładowego osiedla oddano do użytku pierwszy blok mieszkalny. W tym samym miesiącu uruchomiony zostały pierwsze wydziały produkcyjne – narzędziownia i montownia. 31 stycznia 1938 r. oficjalnie nadano nazwę Stalowa Wola powstającemu osiedlu przyzakładowemu, w którym do września 1939 r. zasiedlono około 1000 mieszkań. 5 marca 1938 r. rozpoczęto budowę Elektrowni, którą oddano do użytku w dniach 1-3 maja 1939 r. Już 7 kwietnia 1938 r. na zakładowej strzelnicy przestrzelano pierwszą wyprodukowaną w ZP haubicę 100 mm wz. 34.

image
Budowę Zakładów Południowych rozpoczęto 20 marca 1937 r. wycięciem pierwszych drzew na placu budowy, a już 7 kwietnia 1937 r. przestrzelano pierwsze wyprodukowane w ZP działo.Fot. Zbiory autora, Muzeum Regionalne w Stalowej Woli

Z kolei 5 września 1938 r. dokonano pierwszego wytopu stali szlachetnej, a 17 września rozpoczęto rok szkolny w zbudowanych od podstaw szkole powszechnej, liceum i gimnazjum oraz tzw. „szkole artyleryjskiej”. W 1938 r., po uruchomieniu gazociągu z Borysławia uruchomiono w stalowni ZP – pierwsze w Europie! – piece zasilane gazem ziemnym. Ostatni z zaplanowanych wydziałów produkcyjnych, walcownię, uruchomiono w marcu 1939 r. Ceremonialne przekazanie wojsku baterii wyprodukowanych w Stalowej Woli haubic odbyło się 5 maja 1939 r., a 14 czerwca, z udziałem m.in. Prezydenta RP Ignacego Mościckiego, Zakłady Południowe uroczyście otwarto i poświęcono. Budowa od podstaw nowoczesnego zakładu przemysłowego i ośrodka miejskiego trwała, jak skrupulatnie wyliczyli badacze, 775 dni. Jak na te osiągnięcia wypadałoby spoglądać z dzisiejszej perspektywy, i z uwzględnieniem ówczesnych możliwości finansowych i organizacyjnych niespełna 20-letniego państwa? Pytanie należy do gatunku retorycznych...

image
Ceremonialne przekazanie wojsku baterii wyprodukowanych w Stalowej Woli haubic odbyło się 5 maja 1939 r., a 14 czerwca, z udziałem m.in. Prezydenta RP Ignacego Mościckiego, Zakłady Południowe uroczyście otwarto i poświęcono. Budowa od podstaw nowoczesnego zakładu przemysłowego i ośrodka miejskiego trwała, jak skrupulatnie wyliczyli badacze, 775 dni.Fot. Zbiory autora, Muzeum Regionalne w Stalowej Woli

Zakłady Południowe, oprócz produkcji stali szlachetnych, oraz m.in. stali pancernych, miały specjalizować się w produkcji artyleryjskiej. Oprócz wspomnianej haubicy 100 mm wz. 34 (wytwarzano ich 16 szt. miesięcznie) produkowano tutaj także armaty polowe 75 i 105 mm, we współpracy z zakładami w Starachowicach, Rzeszowie i Tarnowie uruchamiano produkcję kolejnych wyrobów, w tym m.in. armat przeciwpancernych 37 mm i przeciwlotniczych 40 mm, przygotowywano się do produkcji nowej, skonstruowanej przez inż Szymańskiego, armaty przeciwlotniczej 75 mm, haubicy 200 mm oraz armaty 155 mm i moździerza kal. 310 (według innych źródeł - 320) mm o donośności 14 000 metrów i masie pocisku 417 kg, w planach było uruchomienie produkcji armaty przeciwlotniczej 90 mm. Niektóre z tych wyrobów były w końcowej fazie badań kwalifikacyjnych, inne – w fazie wdrażania do produkcji seryjnej. W przypadku wspomnianego moździerza termin podjęcia decyzji o rozpoczęciu produkcji wyznaczono na... 1 września 1939 r.

image
Zakłady Południowe zaplanowano do tego, aby, oprócz stali szlachetnych, produkowały także turbiny energetyczne STAL i, przede wszystkim, broń artyleryjską o kalibrach od 37 – w przypadku armaty ppanc na licencji Boforsa do nawet ponad 300 mm – w przypadku moździerza opracowanego wspólnie z tą firmą. Fot. Zbiory autora, Muzeum Regionalne w Stalowej Woli

Docelowe roczne zdolności produkcyjne Zakładów Południowych określano na 480 dział polowych kal. 75 i 100 mm, 48 dział kal. 105 mm, 72 działa kal. 155 mm, a także 16 luf 75 mm, 32 lufy 100 mm, 12 luf 155 mm i bliżej nie określone liczby luf do działek plot. i ppanc. 40 i 37 mm.

image
Ceremonialne przekazanie wojsku baterii wyprodukowanych w Stalowej Woli haubic odbyło się 5 maja 1939 r., a 14 czerwca, z udziałem m.in. Prezydenta RP Ignacego Mościckiego, Zakłady Południowe uroczyście otwarto i poświęcono. Fot. Zbiory autora, Muzeum Regionalne w Stalowej Woli

Pierwsze bomby II wojny światowej spadły na Stalową Wolę 2 września, ale Zakładom krzywdy nie wyrządziły. Jak mieli zeznawać wzięci do niewoli lotnicy niemieccy, Luftwaffe otrzymała kategoryczny zakaz bombardowania terenu Zakładów oraz osiedla. Kilka bomb jednak zostało na Stalową Wolę zrzuconych – najprawdopodobniej w wyniku błędów załóg bombowców lub nadgorliwości ich dowódców. Jedna, która 8 września spadła na teren Zakładów, uszkodziła narożnik hali walcowni zabijając 3 robotników. Kolejnych 2 zginęło na terenie osiedla.

Mimo trwających walk i postępu wojsk niemieckich aż do 5 września Zakłady nadal pracowały i, mało tego, trwał intensywny nabór pracowników (tuż przed wybuchem wojny stan zatrudnienia ZP sięgnął 3400 osób, z których 950 pracowało przy produkcji wojskowej w Wydziale Mechanicznym, a 1500 – przy produkcji hutniczej). Niekorzystny rozwój sytuacji na froncie sprawił, że 8 września nakazano rozpocząć zorganizowaną ewakuację pracowników, którzy poza strefą działań wojennych mieli wznowić produkcję. Nie wiadomo, w oparciu o jaki potencjał techniczny gdzieś na Wołyniu produkcja tak zaawansowanych wyrobów miałaby zostać wznowiona... Te, dość chaotyczne w gruncie rzeczy plany, rozwiały się ostatecznie po wkroczeniu na wschodnie rubieże RP Armii Czerwonej.

Wojna obronna była przegrana.

Niemcy zajęli Stalowa Wolę 14 września. Uzyskali całkowitą kontrolę nad nowiuteńkim, świetnie wyposażonym zakładem zbrojeniowym z całą jego infrastrukturą. Już na początku października władze okupacyjne podjęły przygotowania do wznowienia produkcji, która miała być wykonywana rękami polskich robotników, ale pod niemieckim zarządem, rzecz jasna. Chętnych do podjęcia pracy nie było, toteż stosowano różne formy nacisku na pracowników, grożąc np. odebraniem mieszkań tym, którzy się do pracy nie stawią. Wielu nie miało innego wyboru, jak podjęcie pracy „u Niemca”. Zakłady były jedynym liczącym się pracodawcą, jeśli nie liczyć Elektrowni i rozwadowskiego ośrodka kolejarskiego. Praca ponadto dawała możliwość otrzymywania kartek żywnościowych.

Znaczna część ewakuowanych 8 września pracowników ZP powróciła do Stalowej Woli, ale część, zwłaszcza kadry inżynieryjno-technicznej, mając świadomość, że nowoczesny, wartościowy zakład zbrojeniowy będzie służyć machinie przemysłu wojennego wroga, do pracy nie stawiła się. Wielu powróciło w te regiony, z których w latach 1937-1939 ściągnęła ich do Stalowej Woli perspektywa atrakcyjnej i dobrze płatnej pracy.

Nie wszystkie działania władz niemieckich były zrozumiałe, a niektóre nawet nosiły znamiona chaosu decyzyjnego. Z jednej strony przymierzano się do ponownego uruchomiania zakładów, a z drugiej – pod zarządem komisarycznym Głównego Urzędu Powierniczego Wschód (Haupttreuhandstelle) zaczęto demontować i wywozić w głąb Rzeszy maszyny i inne wyposażenie produkcyjne, potraktowane jako zdobycz wojenna. Proces ten zahamowano i odwrócono w grudniu, kiedy zakłady formalnie oddano pod zarząd Reichswerke Hermann Goering. Od czerwca 1940 r., aż do czerwca 1944 r., funkcjonowały one już pod nazwą Hermann Goering Werke – Werk Stalowa Wola, a później, do wyzwolenia – jako Stahlwerke Braunschweig – Werk Stalowa Wola.

image
Niemcy zajęli Stalowa Wolę 14 września 1939 r. Nowiuteńki, świetnie wyposażony zakład zbrojeniowy zatrudniający blisko 4 tys. osób włączyli w skład kompleksu zbrojeniowego III Rzeszy. Co zaskakujące: Niemcy, choć spoglądali na to każdego dnia, najprawdopodobniej nie zorientowali się, że kute kraty bramy głównej i w oknach budynku dyrekcyjnego przedstawiają stylizowany zarys godła Polski – Orła Białego. Fot. Zbiory autora, Muzeum Regionalne w Stalowej Woli

Władze okupacyjne tylko w zakresie niezbędnym do zapewnienia sprawnego funkcjonowania zakładów inwestowały w ich rozwój. Głównie – doprowadzając do dokończenia zadań, których dokończenie uniemożliwił wybuch wojny. Tak było np. z budową lotniska, wykorzystywanego już od 1940 r. w szerokim zakresie m.in. do transportu nie tylko niemieckich specjalistów i wojskowych wizytujących zakłady, ale także niektórych materiałów, części itp. Podobnie postąpiono w przypadku infrastruktury kolejowej w okolicach Stalowej Woli, co usprawniło dostarczanie masowych ilości materiałów do produkcji oraz wywóz wyrobów.

Przebiegające przez region szlaki kolejowe, z dużą stacją węzłową Stalowa Wola Rozwadów, pamiętającą jeszcze czasy CK Austro-Węgier, miały też duże znaczenie strategiczne po rozpoczęciu w czerwcu 1941 r. wojny III Rzeszy przeciwko ZSRR. Tędy wiódł jeden z ważniejszych szlaków gwarantujących zaopatrzenie wojsk i dostawy sprzętu na front wschodni oraz ewakuację rannych i wywóz zdobycznego i zagrabionego mienia ze zdobywanych terenów. Dla wielu ciekawostką zapewne będzie informacja, że w głąb Rzeszy wywożono nawet... czarnoziem z terenów podbitej Ukrainy.

W taki, zupełnie sprzeczny z założeniami twórców Centralnego Okręgu Przemysłowego, którego sercem miała stać się Stalowa Wola ze swoimi Zakładami Południowymi, ośrodek stalowowolski znów zyskał na strategicznym znaczeniu. A jako taki – stał się też przedmiotem żywego zainteresowania ze strony organizacji konspiracyjnych i wywiadu Polskiego Państwa Podziemnego oraz – operujących w oparciu o pobliskie rozległe obszary leśne, nigdy w pełni nie kontrolowane przez Niemców – oddziałów partyzanckich, zarówno polskich jak radzieckich.

Znaczenie zakładów w Stalowej Woli zdecydowanie wzrosło wraz z otwarciem przez III Rzeszę drugiego, wschodniego frontu. Były to najbardziej wysunięte na wschód, a więc najbliższe frontowi, nowoczesne zakłady zbrojeniowe znajdujące się pod niemiecką kontrolą. W miarę mnożenia się sukcesów na froncie rosyjskim w ręce niemieckie wpadało coraz więcej zdobycznego sprzętu wojskowego. Sprzęt zniszczony bądź o niewysokiej wartości bojowej, trafiał jako złom do stalowni, gdzie ulegał przetopowi na potrzebne niemieckiemu przemysłowi wojennemu gatunki stali. Była to jedna z najtańszych dróg pozyskiwania drogich i trudno dostępnych składników stopowych, jakie są niezbędne do produkcji stali na wyroby artyleryjskie, blachy pancerne, stale żaroodporne czy kwasoodporne.

W Werk Stalowa Wola początkowo produkowano stale szlachetne, głównie dla przemysłu zbrojeniowego Niemiec,  części do broni artyleryjskiej, a od połowy 1941 r. - przekalibrowywano zdobyczne radzieckie działa. Kiedy alianckie naloty bombowe na ośrodki przemysłowe Niemiec stawały się coraz bardziej uciążliwe, do Stalowej Woli przeniesiono produkcję m.in. peryskopów do U-bootów oraz produkcję armat uniwersalnych 88 mm. W pewnym zakresie zakłady włączono w produkcję cywilną – na zdjęciu stoisko Werk Stalowa Wola na targach w 1940 r. Fot. Zbiory autora, Muzeum Regionalne w Stalowej Woli
W Werk Stalowa Wola początkowo produkowano stale szlachetne, głównie dla przemysłu zbrojeniowego Niemiec, części do broni artyleryjskiej, a od połowy 1941 r. - przekalibrowywano zdobyczne radzieckie działa. Kiedy alianckie naloty bombowe na ośrodki przemysłowe Niemiec stawały się coraz bardziej uciążliwe, do Stalowej Woli przeniesiono produkcję m.in. peryskopów do U-bootów oraz produkcję armat uniwersalnych 88 mm. W pewnym zakresie zakłady włączono w produkcję cywilną – na zdjęciu stoisko Werk Stalowa Wola na targach w 1940 r. Fot. Zbiory autora, Muzeum Regionalne w Stalowej Woli

Chodziło głównie o zawarte w stali armatniej i czołgowej nikiel, wanad, wolfram i chrom. Recykling zdobycznych pojazdów wojskowych był drogą taniego pozyskiwania tych pierwiastków. Z kolei zdobyczny sprzęt będący wciąż w stanie sprawności technicznej, pozyskany na polach bitew, w zajętych magazynach lub po prostu porzucony przez czerwonoarmistów, poddawany był przez praktycznych Niemców przeróbkom. Ich celem było przystosowanie np. uzbrojenia artyleryjskiego do niemieckich standardów amunicyjnych, stosowanych przez Niemców kalibrów. Takiego sprzętu, szczególnie w okresie od lipca 1941 r. do końca 1942 r., trafiało do Stalowej Woli bardzo dużo. Brak danych o tym, jaką jego część niemieckie wojsko zechciało zasymiliować, ale regułą było, że taki sprzęt był, po renowacji i dostosowaniu do standardów armii niemieckiej, odsprzedawany „mniej pewnym”, ale i mniej majętnym, sojusznikom III Rzeszy, którym w tej części wojny byli Rumunii, Bułgarzy, Węgrzy. Z czasem tę niejako pomocniczą rolę, jaką początkowo pełniły Werk Stalowa Wola, zaczęto modyfikować, w coraz większym stopniu angażując stalowowolskie zakłady w produkcję nowego sprzętu.

Władze okupacyjne w pierwszej kolejności uruchomiły w Stalowej Woli produkcję hutniczą, na którą składały się wysokogatunkowe rodzaje stali, w tym stale pancerne, wyroby kute, walcowane i ciągnione, odlewy, w tym także z metali kolorowych, sprężyny. Większość tej produkcji służyła celom wojskowym. Podobnie było z produkcją mechaniczną, polegającą na wytwarzaniu części do różnych rodzajów broni artyleryjskiej. O ile jednak w odniesieniu do produkcji hutniczej skala produkcji w okresie okupacyjnym jest stosunkowo dobrze udokumentowana, o tyle w odniesieniu do produkcji mechanicznej jest dokładnie odwrotnie.

Ta część produkcji była osłonięta ścisłą tajemnicą, do wielu informacji wywiad AK miał bardzo ograniczony i fragmentaryczny dostęp. Wszelkie próby penetrowania tych obszarów wiedzy o produkcji spotykały się z brutalną i skuteczną kontrakcją silnej placówki gestapo i przeciwdziałaniem Abwehry. Z kolei niemiecka dokumentacja związana z produkcją wojskową została wywieziona ze Stalowej Woli, kiedy 20 lipca 1944 Niemcy opuszczali zakłady. Z zachowanych i dostępnych dokumentów, takich jak chociażby korespondencja niemieckich zarządców z ich władzami zwierzchnimi, można dowiedzieć się, że stalowowolskie zakłady borykały się z częstymi niedoborami materiałów i surowców, niedostatkiem wykwalifikowanych pracowników, a okresowo także – co było efektem akcji dywersyjnych i partyzanckich – brakami dostaw energii elektrycznej i gazu ziemnego. Poza dyskusją jest, że swoich założonych przed wojną zdolności produkcyjnych nie wykorzystywały w stopniu, który – z czysto technicznego punktu widzenia – zasługiwałby na podkreślenie.

Zachowane źródła związane z archiwami np. Armii Krajowej, wymieniają przykłady działań dywersyjno-sabotażowych, prowadzonych przez pracowników należących do ruchu oporu. Wymieniają też przyczyny, dla których pewnych działań nie sposób było prowadzić. Sabotaż produkcji mechanicznej był nie tylko bardzo ryzykowny, ale też trudny do prowadzenia. Niemcy posiadali dobrze zorganizowane i skuteczne systemy kontroli jakości oraz system ewidencjonowania pracy. W przypadku wykrycia braku, spowodowanego umyślnym działaniem pracownika, bardzo łatwo można było imiennie ustalić, komu przypisać winę. Dlatego każdy, kto taką próbę podejmował, musiał liczyć się z tym, że – dla uniknięcia represji wobec siebie i rodziny – musiał być gotów do natychmiastowego porzucenia pracy i ucieczki, najczęściej do któregoś z działających w okolicy oddziałów partyzanckich. Niemniej sporadycznie takie działania prowadzono, starając się maksymalnie kamuflować ślady prowadzenia sabotażu.

Częściej dopuszczano się innych rodzajów działania przeciwko okupantowi, takich jak np. wykonywania w różnych wydziałach produkcyjnych, pod okiem niemieckich nadzorców, licznych elementów broni, głównie ręcznej, które następnie były przemycane poza zakłady i przekazywane partyzantom. Skala tej działalności jest trudna do określenia, bo nie każda operacja była odnotowywana w meldunkach AK, która była główną siłą konspiracji.

Nieco więcej wiadomo, także dzięki wspomnieniom byłych pracowników, o szeroko zakrojonych działaniach sabotażowych w produkcji hutniczej. Jedną z najczęściej stosowanych metod były tzw. nietrafione wytopy. Poprzez „błędy” pracowników, będące w istocie sprytnymi, bo bardzo trudnymi do wykrycia i udowodnienia, celowymi działaniami, potrafiono popsuć znaczną część wytopów. Wystarczyło np. dopuścić się nieznacznych odchyleń w technologii wytopu, niewielkich odstępstw od składu chemicznego stopu, temperatury oraz czasu prowadzenia wytopu lub wyżarzania, albo parametrów kucia lub walcowania. Nie wszystkie ukryte wady materiału były możliwe do wykrycia w trakcie badań laboratoryjnych próbek. Te badania także zresztą, jeśli to było możliwe, fałszowano. Często takie ukryte wady materiałów skutkowały znacznie mniejszą wytrzymałością stali, mniejszą żywotnością wykonywanych z niej części, pękaniem i odkształceniami części np. armat. Wady te ujawniały się, co było dla Niemców niezwykle uciążliwe, w jednostkach wojskowych, do których trafiały wykonywane w Stalowej Woli części lub kompletne działa. W efekcie musiały być one wycofywane z bojowego użycia i poddawane czasochłonnym naprawom.

Grupa niemieckich odbiorców wojskowych przy armacie przeciwlotniczej w jednej z hal produkcyjnych Werk Stalowa Wola. Fot. Zbiory autora, Muzeum Regionalne w Stalowej Woli
Grupa niemieckich odbiorców wojskowych przy armacie przeciwlotniczej w jednej z hal produkcyjnych Werk Stalowa Wola. Fot. Zbiory autora, Muzeum Regionalne w Stalowej Woli

Dzięki pewnym technologicznym trickom, polegającym na celowym przegrzewaniu wytopu lub niewłaściwym jego schładzaniu np. stale pancerne stawały się kruche jak szkło, o całe partie materiału musiały trafiać do przetopu. Podobnie było z wyrobami walcowanymi, podczas wytwarzania których stosowano niewłaściwe parametry walcowania stali, jak zbyt niską temperaturę wsadu lub zbyt duży nacisk walców. Przynosiło to efekt nie tylko w postaci niskiej jakości wyrobów, ale też w postaci szybszego zużywania się walców lub ich odkształcania. Z kolei prowadzący remonty walców pracownicy tokarni walców też dopuszczali się „błędów” w zakresie przekraczania granic tolerancji w trakcie obróbki. W efekcie wytwarzane blachy miały nierównomierną grubość (a więc i wytrzymałość w arkuszu), liczne wżery bądź mikropęknięcia w strukturze metalu. To było o tyle ważne, że w tym okresie około połowy produkcji walcowni stanowiły blachy i płyty pancerne, zatem ubytki w produkcji były bardzo dotkliwe dla zakładów produkujących np. okręty wojenne lub pojazdy opancerzone.

Niemieckim nadzorcom trudno było wykazać się dociekliwością w skutecznym wyjaśnianiu przyczyn takich sytuacji, jako że planowaną i założoną przez Niemców zasadą wykorzystywania maszyn i sprzętu zakładów było „żyłowanie” ich ponad techniczne możliwości, przeciążanie ich i przyspieszone zużycie. Dziś nazwalibyśmy to „gospodarką rabunkową”. Majstersztykiem stalowowolskich hutników-sabotażystów była operacja, która spowodowała spory zamęt nie tylko w tym zakładzie, ale na wiele miesięcy zdezorganizowała pracę innych fabryk zbrojeniowych w samym sercu przemysłowych Niemiec.

Zdarzyło się to, kiedy w Stalowej Woli podjęto próby produkcji blach pancernych wytwarzanych ze stali pochodzących z pieców kwaśnych i zasadowych, z pewnym oznaczeniem w gatunkach stali (testowano po 10 wytopów z każdego rodzaju pieca). Próby prowadzono równolegle w Stalowej Woli, w Witkowicach i w zakładach Kruppa w Essen. Odwalcowane z tej stali pancerne blachy wykonane w Stalowej Woli okazały się najlepsze, toteż w oparciu o tutejszy proces produkcyjny opracowane zostały, i zalecone do stosowania w innych hutach, instrukcje technologiczne, które miały być, jak zarządzili Niemcy, ściśle wykonywane. Okazało się jednak, że wszystkie wykonywane w niemieckich zakładach i według tych instrukcji blachy nadawały się tylko na złom. Powód? W czasie czyszczenia wsadu przy próbach w Stalowej Woli celowo zamieniono numerację wytopów.

Ponad pół roku zajęło Niemcom wyjaśnianie, jak do tego doszło. Najzabawniejsze jest to, że autor tej technologii, inż. Grunwald, został przez Niemców wyróżniony, i w czasie swoich trzykrotnych wyjazdów do Berlina z pełnym przekonaniem bronił jej przed kolegami od Kruppa i z ministerstw. Ten sam inżynier padł zresztą ofiarą innej formy „dyskretnego sabotażu” polskich konspiratorów, kiedy Niemców wpuszczono w maliny przy opracowywaniu technologii produkcji żaroodpornych drutów o średnicy 6 mm. Za sprawą źle skalibrowanych pirometrów podrzucono Niemcom „szczura” na etapie ustalania właściwej temperatury wsadu do walcowania. Nie poradzili sobie z opanowaniem tej produkcji, i nigdy nie wykryli, dlaczego musieli z tej produkcji zrezygnować.

Bezpieczną i efektywną formą sabotażu było popełnianie „pomyłek” w treści dokumentów przewozowych, co sprawiało, że do odbiorców wysyłanych ze Stalowej Woli materiałów albo trafiał materiał o gorszych parametrach niż powinien, albo nie w tym gatunku, albo nie w zamawianych ilościach. W rezultacie w wielu zakładach zbrojeniowych, bazujących na dostawach ze Stalowej Woli, zdarzały się zakłócenia w produkcji, przestoje, pojawiały się skokowe wzrosty ilości braków, natomiast transporty stali krążyły tygodniami po Rzeszy i krajach okupowanych. Część z tych działań była przez Niemców neutralizowana, ale nad częścią nie mieli żadnej kontroli, i nigdy nie zdołali sobie z tym poradzić.

Najbardziej spektakularnym wyczynem polskiego wywiadu w Hermann Goering Werke – Werk Stalowa Wola była operacja przeprowadzona w marcu 1944 r. Był to okres dla niemieckiej armii, ale i dla niemieckiego przemysłu, szczególnie ciężki. Było już nie tylko po Stalingradzie, po bitwie na Łuku Kurskim i przegranej kampanii afrykańskiej oraz lądowaniu Aliantów we Włoszech i przejściu Włoch na stronę Aliantów. Przede wszystkim od 1943 r. nasilała się strategiczna ofensywa Aliantów zachodnich przeciwko Niemcom. Dzienne naloty Amerykanów i nocne Brytyjczyków w coraz większym stopniu utrudniały funkcjonowania zarówno transportu, jak i przemysłu. Dotyczyło to głównych ośrodków przemysłowych Rzeszy, w których skoncentrowany był przemysł zbrojeniowy. Jednocześnie dramatycznie wzrastało zapotrzebowanie na wszystkie elementy obrony przeciwlotniczej kluczowych dla Niemiec obiektów. Dotyczyło to głównie armat przeciwlotniczych 88 mm, najskuteczniejszych w ochronie obiektów stacjonarnych, właśnie takich jak ośrodki przemysłowe i skupiska ludności, węzłowe stacje kolejowe, przeprawy i zapory na rzekach itp.

image
– Partia Acht komma Acht przygotowana do wysyłki z Werk Stalowa Wola. Za bocznicą – nieistniejący już barak administracyjny, użytkowany aż do lat 90., w głębi (z zegarem) – budynek dyrekcyjny Zakładów Południowych, który aż do lat 2000 był siedzibą kierownictwa HSW SA, a od niedawna jest siedzibą instytucji miejskich. Fot. Zbiory autora, Muzeum Regionalne w Stalowej Woli 

Armaty te, uznawane przez niektórych ekspertów za najdoskonalsze działo artyleryjskie II wojny światowej, doczekały się licznych wariantów i odmian, stosowanych nie tylko jako samodzielne środki ogniowe do zwalczania celów powietrznych i silnie opancerzonych. Trafiły także na uzbrojenie czołgów, stanowiących szczyt możliwości technicznych przemysłu III Rzeszy, czyli wozów PzKpfw (Panzerkampfwagen) VI Tiger i jego rozwinięcia, wozu Panzerkampfwagen VI B, znanego pod popularnym określeniem „Tygrys Królewski”. Tak jak przy zwalczaniu celów powietrznych, tak przy walce z czołgami armata 88 mm uzyskiwała świetne rezultaty głównie za sprawą wysokiej prędkości początkowej pocisków przekraczającej 1000 m/s.

Czyniło ją to bardzo skutecznym orężem w zwalczaniu samolotów na każdym praktycznie pułapie, jaki w czasie II wojny światowej osiągały samoloty przeciwników III Rzeszy, a także w zwalczaniu ogniem bezpośrednim każdego praktycznie typu wozu bojowego Aliantów na dystansie ok. 2000 m i bliższym. Zapewniała bowiem, zależnie od wersji, przebijalność nachylonej pod kątem 30 stopni płyty pancernej o grubości od 135 mm (na dystansie 2000 m) do 250 mm (z odległości 100 m). Trafienia z tej armaty nie był w stanie przeżyć praktycznie żaden aliancki czołg, może z wyjątkiem, w pewnych okolicznościach, IS-2. Skuteczność armaty zwiększała świetna optyka celowników oraz, wypracowywana w miarę nabywania doświadczeń bojowych, taktyka użycia tej broni.

image
Acht komma Acht, ze zdemontowanymi wózkami transportowymi, na pozycji ogniowej do strzelania na wprost. Fot. Zbiory autora, Muzeum Regionalne w Stalowej Woli

Uniwersalkannone Acht komma Acht, czyli armata uniwersalna 8,8 cm, opracowana została w zakładach Friedrich Krupp AG z Essen. W jej produkcji uczestniczyło wiele zakładów w Niemczech, ale w podbramkowej sytuacji, w jakiej znalazły się Niemcy od połowy 1943 r., w produkcję włączano niektóre fabryki w krajach okupowanych.

Werk Stalowa Wola włączona została w – takiego określenia moglibyśmy dziś użyć – „łańcuch dostawców” komponentów do produkcji różnych wariantów armaty uniwersalnej 88 mm. Których i w jakiej liczbie – bardzo trudno jest ustalić bez możliwości starannej penetracji niemieckich archiwów z lat II wojny światowej. Faktem jest, że potencjał produkcyjny zakładów w Stalowej Woli pozwalał przejmować w coraz większym zakresie produkcję „Ach komma Acht”, jak skrótowo określano tę armatę. Uciążliwość nalotów na ośrodki przemysłu zbrojeniowego, skupione głównie w Zagłębiu Ruhry, skłoniły niemieckich decydentów do przeniesienia produkcji kompletnego „Acht komma Acht” poza zasięg i typowe trasy alianckich bombowców, właśnie do Werk Stalowa Wola.

Stała się ona jednym z kilku finalnych producentów tego działa, na równi z takimi ośrodkami jak zakłady Henschel w Kassel, Weserhütte w Bad Oeynhausen, Dortmund Hoerder-Hüttenverein w Lippstadt, Franz Garny we Frankfurcie nad Menem czy Maschinenbau R. Wolf w Magdeburg-Buckau. Na marginesie: Stalowa Wola stała się miejscem produkcji nie tylko tej armaty, ale też miejscem produkcji i remontów armat polowych, armat przeciwlotniczych mniejszych kalibrów. Tutaj ulokowano także produkcję tak strategicznie ważnych dla gospodarki wojennej III Rzeszy wyrobów, jak komponenty do okrętów podwodnych. W Stalowej Woli produkowane były m.in. peryskopy do U-bootów. W jakiej liczbie – trudno określić bez odniesień do informacji w źródłach archiwalnych Niemiec, ale za pewnik można uznać informacje wywiadu AK, iż takich peryskopów wyprodukowano tutaj kilkaset. Warto przypomnieć, że w czasie II wojny światowej Kriegsmarine użyła operacyjnie ok. 830 okrętów podwodnych różnych typów, nie licząc jednostek użytkowanych we flotyllach szkoleniowych.

Niektóre typy U-bootów produkowane były w Gdańsku, więc rzeczą w pewnym sensie zrozumiałą było ulokowanie produkcji peryskopów do nich właśnie w Stalowej Woli. W tę część okupowanej Europy strategiczne bombowce RAF i USAF docierały bardzo rzadko, więc stratedzy III Rzeszy uznawali Stalową Wolę za miejsce stosunkowo bezpieczne. Tym bardziej, iż ta część okupowanej Polski, gdzie funkcjonowały ośrodki przemysłu zbrojeniowego, lotniczego i amunicyjnego (oprócz Stalowej Woli także Mielec, Rzeszów, Tarnów, Pionki, Kraśnik, Nowa Dęba, Skarżysko Kamienna, Starachowice) była dość silnie nasycona nie tylko środkami obrony przeciwlotniczej, ale również posiadała sieć lotnisk z bazami myśliwców, także nocnych. Przekonali się o tym lotnicy, którzy jesienią 1944 r., głównie z bazy Brindisi w zdobytej części Włoch, latali ze zrzutami zaopatrzenia dla powstańców warszawskich. Wiele, także polskich, Liberatorów i Halifaksów z 1586 Special Duty Flight padło łupem nocnych myśliwców i artylerii przeciwlotniczej właśnie na linii Rzeszów-Tarnów-Kraków.

Stalowa Wola – ze strategicznego punktu widzenia – była dobrym miejscem do ulokowania ważnej dla Niemiec produkcji wojskowej. Nie latali tutaj zachodni Alianci, zaś strategia wojskowa ZSRR w tej fazie wojny, mimo że front wschodni był coraz bliżej terenów okupowanej Polski, praktycznie nie uwzględniała wyniszczających bombardowań ośrodków przemysłowych w głębi terytoriów zajmowanych przez wroga. Rosjanie nie byli do nich zdolni. Takie zakłady jak ten w Stalowej Woli mogły czuć się względnie bezpieczne.

Liczby wyprodukowanych w Werk Stalowa Wola armat 88 mm, jak i ich wersji, nie da się dokładnie ustalić bez kwerendy w niemieckich archiwach sprzed blisko 80 lat. W kraju brak wiarygodnych na ten temat opracowań, nie dysponuje nimi także np. Muzeum Regionalne w Stalowej Woli, które posiada bogaty zasób dokumentów dotyczących lat II wojny światowej. Niemniej – to wynika z nielicznych zachowanych dokumentów w archiwach Kedywu i AK – były to ilości znaczące. Pewne o skali produkcji wyobrażenie dają nieliczne zachowane fotografie z tego okresu, wykonane przez Niemców na terenie zakładów i ukazujące długie składy pociągów towarowych, załadowanych wysyłanymi z Werk Stalowa Wola działami Acht komma Acht.

image
Transport dział 88 mm przygotowany do wysyłki na zakładowej bocznicy Werk Stalowa Wola. Armaty są na tyle zamaskowane, że trudno określić, jaką wersję Acht komma Acht reprezentują. Długość składu pociągu świadczy o tym, z jaką skalą produkcji tego działa w obecnej HSW mieliśmy do czynienia. Fot. Zbiory autora, Muzeum Regionalne w Stalowej Woli 

Operacja zdobycia kompletnej dokumentacji tego działa była niejako kontynuacją wcześniejszych akcji AK-owskiego wywiadu, który zdobywał, i przekazywał do Komendy Okręgu w Krakowie i Komendy Głównej w Warszawie, rysunki konstrukcyjne, a w niektórych przypadkach nawet fotografie, produkowanych w Stalowej Woli części do uzbrojenia artyleryjskiego. Kiedy do Werk Stalowa Wola trafiła pełna dokumentacja armaty, i kiedy zakłady zaczęły ją w całości produkować, zapadła decyzja, aby podjąć się zdobycia pełnej dokumentacji konstrukcyjno-technicznej działa.

Pakiet dokumentacji przechowywany był w jednym z najpilniej strzeżonych miejsc zakładu, w sejfie w gabinecie dyrektora. Tak ustaliła, jak mówią dostępne źródła, pracująca dla wywiadu AK sekretarka Lidia Kowalikowa. Wydawało się, że bez podejmowania ekstremalnego ryzyka dostęp do tej dokumentacji jest niemożliwy.

Okazja pojawiła się nagle w lutym 1944 r., kiedy polecenie wykonania zestawu trzech kopii dokumentacji otrzymał od niemieckich szefów Stanisław Kłodkowski, kierownik tzw. wyświetlarni, czyli pracowni zajmującej się powielaniem dokumentacji produkcyjnej. Ta technologia, oparta na odczynnikach amoniakowych, stosowana była w przemyśle, także polskim, jeszcze w latach 70. W wyniku zastosowania tej techniki z wykonywanych na kalce technicznej rysunków pierwotnych powstawały, już na specjalnym papierze, kopie w charakterystycznym filotetowo-różowym kolorze.

image
szkic prezentujący dwa rzuty armaty uniwersalnej 88 mm, znanej powszechnie jako „Acht komma Acht” lub „Acht Acht”. Fot. Zbiory autora, Muzeum Regionalne w Stalowej Woli

Nie jest do końca jasne, jakim cudem S. Kłodkowskiemu udało się na tyle zwieść Niemców i uśpić ich czujność, że zamiast trzech, wykonał cztery kopie dokumentacji armaty i tę jedną ponadplanową ukrył na terenie zakładów. Była to jednak dopiero połowa zadania. Dokumentację należało wynieść poza pilnie strzeżony teren i „nadać jej bieg”, czyli przekazać do dalszych elementów siatki wywiadowczej. Na okazję czekano cierpliwie kilka tygodni, planując operację i starannie dobierając jej wykonawców. Ostatecznie postanowiono powierzyć „przemyt” przystojnej, 21-letniej dziewczynie, Helenie Handze-Komoniewskiej. Pracowała ona jako maszynistka w wydziale artyleryjskim.

Konspiratorka trzykrotnie wynosiła poza bramę zakładów fragmenty dokumentacji, ukryte pod zimową bielizną. W trakcie ostatniego przerzutu nieomal doszło do dekonspiracji, kiedy dociekliwy Werkschutz zaczął podejrzliwie przyglądać się dziewczynie i już miał ją skierować na przeszukanie ubrania. Tutaj okazało się, jakiego nosa mieli pomysłodawcy powierzenia tej niebezpiecznej misji ładnej dziewczynie. Helena teatralnie odegrała scenę oburzenia „bezczelnymi zalotami” strażnika, rozpłakała się koncertowo, wzbudzając sensację i współczucie. Skończyło się na strachu…

Dokumentacja Acht komma Acht została przerzucona do kryjówki Kedywu na terenie miasta, skąd postanowiono drogą lotniczą przekazać ją Aliantom. Najpierw trzeba ją było przerzucić na drugi, „partyzancki” brzeg Sanu, czego podjęli się dwaj konspiratorzy będący zbiegłymi nieco wcześniej pracownikami zakładów. Tam pakiet musiał czekać na transport lotniczy. Okazją było odesłanie do Londynu przetrzymywanych przez partyzantów brytyjskich lotników z zestrzelonego samolotu, których udało się uratować przed niemiecką niewolą.

W tym momencie zaczynają pojawiać się elementy nie do końca sprawdzone. Jedna z funkcjonujących dziś wersji historii mówi, że pakiet z dokumentację niemieckiej armaty trafił do polsko-radzieckiego oddziału partyzanckiego im. J. Stalina dowodzonego przez Mikołaja Kunickiego ps. „Mucha”, a przekazującym dokumentację miał być partyzancki dowódca, Franciszek Przysiężniak, ps. „Ojciec Jan”. Według innej wersji dokumentację przekazał inny leśny dowódca, Jan Orzeł, ps. „Kmicic”. Za pewnik można uznać tylko fakt, że 6 czerwca, dokładnie w tym samym dniu, w którym Alianci wysadzili desant w Normandii, dokumentacja, wraz z czterema brytyjskimi lotnikami poleciała do zajętego już przez Armię Czerwoną Kijowa, a stamtąd – wraz z lotnikami i ich tłumaczem Jerzym Łyżwą ps. „Puchacz” – na Zachód. Jej dalszy los nie jest znany. Nie wiadomo, czy „w międzyczasie” mieli do niej dostęp Rosjanie.

Dokumenty, potwierdzające którąkolwiek z wersji wydarzeń, są skąpe i ich wiarygodność – w znacznej mierze oparta na ustnych przekazach nieżyjących już od dawna uczestników wydarzeń – może być kwestionowana, to oczywiste. Możliwe, że wszystkie opisane fakty odbyły się właśnie tak, ale też możliwe, że ich część stanowi coś w rodzaju „miejskiej legendy”. Warto jednak wziąć pod lupę inny aspekt tej, godnej uwiecznienia w scenariuszu filmu sensacyjnego, operacji. Warto zadać pytanie o sens oraz praktyczną użyteczność zdobytych informacji.

Nie można mieć wątpliwości, iż zdobycie dokumentacji doskonałego uzbrojenia w najmniejszym stopniu nie pomogło w przeciwdziałaniu skutkom jego użycia, ani w obronie przed nim. Mogło co najwyżej dostarczyć Aliantom informacji o stanie techniki wojennej przeciwnika, i to informacji, jakiej nie dostarczyły im będące już w ich posiadaniu liczne egzemplarze zdobycznych Acht komma Acht. Posiadali je od dawna, i poddali już dawno stosownym badaniom i analizom, zarówno Rosjanie, jak i Alianci zachodni, toteż Uniwersallkannone 8,8 cm w każdym z jej wariantów i zastosowań była im do pewnego stopnia dobrze znana. Czy dokumentacja mogła popchnąć do przodu prace nad rozwojem własnych systemów uzbrojenia? Prawdopodobnie tak, niemieckie doświadczenia wielokrotnie stawały się obiektem pożądania zwycięzców II wojny światowej, więc i elementy rozwiązań konstrukcyjnych armaty 88 mm zostały z uwagą i wdzięcznością dla poświęcenia konspiratorów ze Stalowej Woli (lub i bez tej wdzięczności, co bardziej prawdopodobne…) przestudiowane. I… to właściwie wszystko.

Kiedy dokumentacja armaty trafiła w ręce Aliantów, losy wojny były już praktycznie przesądzone. Rysował się nowy podział świata, z nowymi sojuszami i nowymi wrogami. Ale i pojawiały się nowe osiągnięcia w dziedzinie technik militarnych, związane z niedługim nadejściem ery rakietowej. Takie jak Acht komma Acht cuda techniki mogły być jeszcze użyteczne w niektórych obszarach świata, ale ich czas był już policzony.

Reklama 
Reklama 

Jak wspomnieliśmy, Stalowa Wola została wyzwolona spod okupacji niemieckiej 1 sierpnia 1944 r., niedługo po brawurowej akcji wywiadu AK z dokumentacją armaty 88 mm. Zakłady zostały przez wycofujących się Niemców zdewastowane i obrabowane z najcenniejszego wyposażenia, takiego jak sprawdziany i narzędzia pomiarowe, specjalistyczne obrabiarki, zniszczone zostały piece hutnicze, część instalacji przemysłowych.

image
Niemcy, którzy 20 lipca 1944 r. wycofali się ze Stalowej Woli, pozostawili zakłady w opłakanym stanie, wywożąc, niszcząc lub uszkadzając większość maszyn i urządzeń. Zdemontowano i wywieziono m.in. ponad 300 silników elektrycznych, 174 obrabiarki, narzędzia, precyzyjne przyrządy pomiarowe i sprawdziany oraz dokumentację techniczną, zdemontowano nawet kadzie w stalowni i odlewni, aby uniemożliwić pracę tych wydziałów. Poszukiwanie i odzyskiwanie zrabowanego mienia prowadzone w wielu krajach aż do 1948 r. doprowadziły do odzyskania niespełna 50 proc. tego, co utracono. Fot. Zbiory autora, Muzeum Regionalne w Stalowej Woli

Dla Huty Stalowa Wola, bo taką nazwę otrzymały Zakłady Południowe, datą nowego początku stał się styczeń 1945 r., kiedy zakłady ponownie uroczyście otwarto. Zbiegło się to w czasie z ofensywą styczniową, która poniosła wojnę dalej na zachód. Przez pewien czas, kiedy front zatrzymał się na linii Wisły, w dawnej już Werk Stalowa Wola naprawiano sprzęt bojowy, uszkodzony w czasie walk na pobliskich przyczółkach, warecko-magnuszewskim, i baranowsko-sandomierskim. Po wojnie zaś trzeba było pomyśleć o tym, co dalej. Przez kilkanaście lat po wojnie trwały starania o odzyskanie jak największej części zrabowanego majątku. On był, i nie był potrzebny. Zakłady nie miały powodu rychło powracać do swej podstawowej, wojskowej produkcji; po II wojnie światowej Europa i świat miały nadmiar, a nie niedostatek wszelakiej broni. Bardziej potrzebny był sprzęt do odbudowy zrujnowanego kraju – proste prasy do produkcji cegieł i dachówek, maszyny dla rolnictwa, później dla górnictwa.

Ale produkcja wojskowa powróciła do Stalowej Woli wcale nie tak długo po zakończeniu wojny. Zaczęła się era „wojen zastępczych” w której wielkie mocarstwa stymulowały lokalne konflikty zbrojne z dala od swoich granic. Kiedy wybuchła wojna na Półwyspie Koreańskim, w Stalowej Woli znów zaczęto produkować armaty. Pierwszym powojennym wyrobem dla wojska był już w 1950 r.„wyrób S-1”. Pod tym kryptonimem kryła się licencyjna odmiana haubicy ciągnionej M-30 wz. 1938 kal. 122 mm. Tym razem licencję przekazał Hucie ZSRR, który, wraz z innymi armiami Układu Warszawskiego, stawał się liczącym się odbiorcą stalowowolskiego uzbrojenia. W ślad za haubicą 122 mm poszły kolejne wyroby, produkowane w masowej skali – armata czołgowa 85 mm do licencyjnych czołgów T-34-85 (S-6) z 1953 r., a po niej – doskonałe armaty przeciwlotnicze 85 i 100 mm (S-7 i S-9), znane w kraju swego pochodzenia jako KS-12 i KS-19, produkowane w dużych liczbach od lat 1952 i 1956. Eksportowane były w dużych ilościach, głównie do ZSRR, skąd trafiały do sojuszników w innych częściach świata, stając się m.in. podstawą znakomitego i skutecznego systemu obrony przeciwlotniczej Demokratycznej Republiki Wietnamu podczas trwającej do połowy lat 70. wojny z USA. Ale to już zupełnie inna historia…

image
Do produkcji wojskowej Zakłady Południowe, od 20 marca 1948 r. noszące nazwę Huta Stalowa Wola, powróciły w 1950 r. produkcją licencyjną haubicy 122 mm M30. W kilka lat później do produkcji weszły znów armaty przeciwlotnicze, 85 mm wz. 39 (KS-12/52-K) i 100 mm (KS-19M2). Ciekawostka: zdobyczne, nowoczesne jak na swój czas, armaty 85 mm właśnie w Stalowej Woli Niemcy przerabiali na kaliber 88 mm używając ich następnie jako 8,5/8,8 cm Flak M.39. Część tych dział trafiła m.in. do Finlandii, gdzie używano ich w obronie Helsinek i w artylerii nabrzeżnej. Armaty przeciwlotnicze ponownie pojawiły się w programie produkcyjnym w latach 90., kiedy wyprodukowano tutaj partię KDA-35, głównie na potrzeby programu Loara. Fot. Zbiory autora, Muzeum Regionalne w Stalowej Woli
Reklama
KomentarzeLiczba komentarzy: 107
Reklama
Idol
poniedziałek, 12 kwietnia 2021, 09:43

Z artykułu wynika że olbrzymim wysilkiem miedzywojenna Polska zbudowala nowoczesne zaklady zbrojeniowe po to aby mogli ich uzyc Niemcy. O ilez skuteczniej byloby srodki przeznaczone na ta budowe przeznaczyc na zakupy uzbrojenia za granica? Oczywiscie jest to analiza typu "Co by bylo gdyby". Latwo jest krytykowac podjete decyzje znajac dalszy bieg wydarzen. Tym niemniej wezmy pod rozwage, gdy wojna na horyzoncie nie ma co inwestowac.

kukurydza
wtorek, 24 sierpnia 2021, 12:39

Tak, tak. Adolf Hitler też postulował, że przecież wszystko już jest w niemczech, więc w generalnej guberni niech będą same kartofliska, bo wszystko przecież lepiej importować.

max
poniedziałek, 15 lutego 2021, 12:40

Ukraść? A może by tak nauczyć się konstruować!.

Polak ze szwecji
niedziela, 27 grudnia 2020, 10:17

Swietny artykól!

Adam
niedziela, 27 grudnia 2020, 09:11

Niemożliwe, aby zdjęcie z uroczystości w fabryce - z udziałem prezydenta RP Ignacego Mościckiego wykonano w dniu 14 czerwca 1939 roku. Widać wyraźnie, że uczestnicy tamtej uroczystości mają na sobie ubrania zimowe. Jak wiadomo, dzień 14 czerwca, to niemal już lato, a nie okres jesienno zimowy! Mówiąc wprost: zostały pomylone daty uroczystości w Zakładach Południowych.

WM
sobota, 26 grudnia 2020, 12:55

Super artykuł. Więcej historii na portalu!

ppp
sobota, 26 grudnia 2020, 19:34

Ciekawy ale brakuje kilku smaczków nie wszystkim znanym z początku budowy Zakładów Południowych w Nisku . Od samego początku zakład powstawał pod nadzorem niemieckich służb specjalnych , który w pełni miał wgląd na tempo powstawania zakładu . Władze w Berlinie miały dokładny wgląd na powstawanie COP_u a szczególnie na powstawanie Zakładów Południowych . Nawet zakłady te otrzymały od Niemców urządzenia na , które obowiązywało embargo dla innych państw . W niemieckich kalkulacjach od samego początku HSW była wpisana w sieć dostawców uzbtojenia dla wojsk III Rzeszy i stąd brały się tak chętne dostwy urządzeń dla nowo powstającego zakładu W Polsce .

P
sobota, 26 grudnia 2020, 10:41

I jakbyśmy mieli szybkostrzelne automatyczne armaty plot 40 mm lub 75mm w dużej liczbie pomijając zagrożenie z powietrza to czy były by jakeś zagony pancerne nie do zatrzymania?

zbigniew
środa, 30 grudnia 2020, 20:46

Ale nie mieliśmy, bo nie było gdzie produkować. Trzeba mieć taki przemysł jak Francja, ZSRR czy np. Niemcy, gdzie dwadzieścia zakładów robi min. ten sam typ armaty w liczbie 100 miesięcznie a w trybie wojennej produkcji ponad 200. Po drugie nie było pieniędzy. Dwadzieścia lat to za mało, żeby zbudować silny przemysł w tym zbrojeniowy. Polska bez przemysłu, pomysłu i pieniędzy sama nie miała szans w konfrontacji z Niemcami. Dlatego zagony pancerne były nie do zatrzymania.

piątek, 25 grudnia 2020, 15:37

Co mi się tu rzuca w oczy...polska przegrywa będąc opuszczona przez sojuszników,rząd i wojsko dzięki zyczeniowej postawie społeczeństwa. Pracownicy bez zastanowienia robią to co uważają za słuszne czyli sabotują niepotrzebnie produkcję. Historia pokazała,że w interesie Polski i Polaków była niestety nie postawa bezrefleksyjnej szlachetnej rycerskości . AK w interesie narodu powinna pilnować by wszelkie składy z bronią dojechały bezpiecznie na front wschodni. Chyba nie trzeba tłumaczyć dlaczego. Niestety AK to była formacja anty narodowa, pro rządowa i pro aliancka. Historii się nie cofnie,ale powinniśmy wyciągnąć wnioski.

Mirek
piątek, 25 grudnia 2020, 23:59

Czyli AK, według anonimowego autora powinna kolaborować z okupantem i to byłoby w interesie Polski i Polaków! Niestety o ile przegrana Sowietów była jak najbardziej w interesie naszego narodu tak wspieranie Niemców w ich produkcji wojennej prowadziło by do wzmocnienia sił niemieckich na froncie zachodnim i południowym bo mieliby dobrej i sprawnej broni w nadmiarze który wystarczył by na obsłużenie wszystkich frontów. Idealną sytuacji z naszego punktu widzenia byłaby taka która pozwoliła by utrzymać siły sowieckie na takim poziomie aby wiązały znaczne siły niemieckie ale jednocześnie nie były w stanie posuwać się do przodu. Problem w tym że to okazało się niewykonalne w sytuacji gdy ten kto miał inicjatywę wygrywał, a taka była IIWŚ.

wtorek, 29 grudnia 2020, 08:19

Po bitwie stalingradzkiej a potem kurskiej , było już jasne ,że wojna się kończy. Lata 39-42 to co innego niż lata 42-45 i to należy mieć na uwadze. Wiesz co... najłatwiej to było tym polaczkom z Anglii nadawać czy oficerom,których rodziny były ewakuowane. Dzisiaj byłoby to samo. Byś siedział w Suwałkach z rodziną, Duduś z Kingą szybciutko by byli w samolocie VIP a Ty? Nacieraj

Teufel
piątek, 25 grudnia 2020, 14:37

Uniwersalkannone Acht komma Acht - nie Prawidłowa nazwa to: Die 8,8-cm-FlaK 18/36/37 - Flak - Flug Abwehr Kanone - czyli tłumaczenie - Armata przeciwlotnicza 8,8 cm - to ze była używana uniwersalnie nigdy nie było ujęte w nazwie .

Bursztyn
piątek, 25 grudnia 2020, 13:28

PGZ trzeba było zostać przy 88 A nie klepać 23 złom

cha Eugeniusz Kwiatkowski
piątek, 25 grudnia 2020, 12:32

i wszystko jasne .Czerwoni po wojnie poprosili go o odbudowę możliwości przeładunkowych w Gdańsku w nagrodę przesiedlili go bodajże do Krakowa. Z zakazem zbliżania się do wybrzeża; człowiek który wybudował miasto i port Gdynia nigdy nie powrócił nad ukochane morze.

Achy Komma Acht
piątek, 25 grudnia 2020, 10:57

Nie wiem jak wyszło autorowi artykułu że niemiecka 88ka mogła zwalczać cele pancerne na odległościach do dwu kilometrów ( myślę że to ,,przekłamanie to ukłon w kierunku naszej obecnej amunicji pp która na tą odległość jest skuteczna ) są udokumentowane przypadki zwalczania czołgów IS-2 z odległości 3600 metrów , co do tego czemu zawdzięczło to działo taką skuteczność też mam duże ale , to nie tylko prędkość wylotowa , ale też niezwykła stabilizacja pocisku za czym idzie wykonanie lufy i duża celność pociski P-panc tego działa potrafiły dokonać prawie niemożliwego , są udokumentowane przypadki że T-34 ,,złożył się” płyta czołowa została przebita i wbita do środka tak że ściany boczne zawaliły się , jest to jedno z niewielu dział które przez całą IIWŚ było najlepszą bronią P-panc i P-lot co prawda czego nie napisaliście lufy tych dział były dwa razy wymieniane na nowszy model w celu zwiększenia donośności i skuteczności Pozdrawiam

ppp
niedziela, 27 grudnia 2020, 21:58

Jak trafienie było w tył kadłuba lub w boczny pancerz to z tak duże odległości uszkodzenie lub zniszczenia było możliwe i IS_a i Tygrysa . Jeżeli mówimy o czole czołgu Is-2 pierwszej wersji w przypadku korpusu bez wad działo 8,8 cm KwK 36 przebijało pancerz czołowy korpusu z odległości 1000 -1200 mm z dział 7,5 cm KwK-42 z odległości 800-900 mm , a działa 7,5 cm PaK-40 z odległości 450 m . Po modernizacji czoła pancerza kadłuba czołgu Is-2 dystans ten znacznie zmalał oczywiście gdy nie było wad odlewniczych tej części opancerzenia . Parametry wzajemnej odporności pancerza na ogień przeciwnika między Tygrysem i Isem-2 były analogiczne natomiast trafienie Panthery nawet z odległości 2500 m w czołowy pancerz skutkowało powstawaniem ogromnych wyrw i wgnieceniem pancerza czołowego do środka pojazdu przez tępogłowy pocisk ppanc. 122 mm pomimo odbicia się tych pocisków od pancerza czołowego Panthery , co skutkowało zniszczeniem pojazdu niemieckiego . Z odległości 3000 m 8,8 cm KwK 36 był zdolny przebić pancerz ustawiony pionowo o grubości 90-110 mm w przypadku przyjęcia 50% kryterium pewności . Z sowieckiego pojazdu na tm dystansie nawet pocisk burzący był groźny do pojazdów niemieckich ze względu na jego masę . Jedynie szybkostrzelność dział 122 mm stanowiła pewną wadą jdnak te czołgi miały inne głównwne cele niż wozy niemieckie .

Davien
czwartek, 31 grudnia 2020, 15:15

Panie ppp, działo 8,8cm KwK 43 z King Tigera czy Jagdpanthery nie miało zadnych problemów ze zniszczeniem IS-2 nawet na 2-3km. A teraz co do Pantery vs D-25T wyniki testów rosyjskich i niemieckich róznia się diametralnie i podaja krańcowo rózne wartości. pan pisze wyłacznie o dziale 88mm z Tiger-a Ia były dwa działa tegokalibru na niemieckich czołgach.

van
sobota, 26 grudnia 2020, 10:27

Artykuł był o Hucie nie o dziale, dlatego nie musieli wspomnieć...

Panie autorze.
piątek, 25 grudnia 2020, 01:50

Haubicę (jak i inną broń palną) przystrzeliwuje się, a nie przestrzeliwuje.

Arado
czwartek, 24 grudnia 2020, 21:31

Dobry artykul,prosilbym o artykul o zakladach Schichau-Werft w Gdansku i o produkcji U XXVl a moze tez o zakladach Focke-Wulf-Flugzeuge Werke w Elblagu.Co sie stalo z dokumentacja,maszynami,halami itd, wiadomo ze pojechaly na Wschod ale czy wszystko?

Kazik :)
piątek, 25 grudnia 2020, 19:37

A jak sądzisz co robiły Hordy NKWD w Czechach i Austrii - kradły. To samo robili Niemcy. To samo robią Amerykanie z ropą iracką. Łupy wojenne są różne ale zawsze są.

niedziela, 27 grudnia 2020, 19:42

Zakłady niemieckie i majątek poniemieckich zakładów produkujących na rzecz sił zbrojnych należał do majątku podlegającemu reparacją wojennym na rzecz Związku Sowieckiego

Marek
sobota, 26 grudnia 2020, 20:24

Różnice jednak były. Niemcy do odkręcania obrabiarek używali kluczy, podczas gdy Ruscy wydzierali je przy pomocy T-34 razem z kotwami. Z iracką ropą nie do końca jest jak piszesz. Tytułem przykładu po zajęciu Iraku Amerykanie nie zabezpieczyli instytucji gdzie przechowywano wyniki badań geologicznych. A nie wierzę, żeby ich wywiad nie wiedział gdzie one są przechowywane i co się z utratą tych danych wiąże. Wychodzi więc na to, że olali sprawę pozwalając Irakijczykom zniszczyć wyniki badań istotnych dla eksploatacji tamtejszych złóż ropy. Zachowali się więc tak, jakby na zwiększeniu wydobycia zupełnie im nie zależało.

południe
czwartek, 24 grudnia 2020, 15:20

Moją uwagę zwróciło to, że zakłady te, razem z zapleczem socjalnym dla pracowników, powstały w nieco ponad 2 lata. Imponujące tempo, biorąc pod uwagę możliwości przedwojennej Polski, a zwłaszcza kiedy porównamy je z czasami obecnymi. Imponuje również asortyment wdrożonych i zaprojektowanych w tak krótkim czasie wyrobów. Obecnie doprowadzenie czegokolwiek to etapu produkcji trawa długie lata i przypomina drogę przez mękę, mimo tego, że zaplecze naukowe, metody zarządzania i projektowania są teoretycznie lepsze. Druga sprawa to fakt, że były to zakłady państwowe, co oznacza, że nawet państwowa firma potrafi dobrze działać, jeśli na jej czele nie stoją zdemoralizowani, niekompetentni i cyniczni karierowicze-koryciarze.

asdf
piątek, 25 grudnia 2020, 20:02

boisz sie ze tym razem nie zdarzymy wybudowac nowoczesnej fabryki broni dla nowego okupanta? moce produkcyjne juz istniejace fabryk nie byly wykorzystane w 100% czekano na otwarcie z wielka pompa COPu. sanacyjna klika nie byla niby zdemoralizowana? bylo jak jest obecnie a wszystkie legendy ludowe jak to bylo wtedy wspaniale.

dim
sobota, 26 grudnia 2020, 08:37

@asdf Wtedy zdemoralizowana była sama klika. Gdy obecnie masz demoralizację także wielkiej grupy społeczeństwa. Nawet trudno to nazwać demoralizacją - powszechny jest brak etosu.

sobota, 26 grudnia 2020, 17:02

Dlaczego piszesz klika? I dlaczego zdemoralizowana?

Tosiek
piątek, 25 grudnia 2020, 14:14

Takim świetnie zarządzanym przedsiębiorstwem obecnie jest Orlen. Również budowa przekopu przez Mierzeję Wiślaną jest tego przykładem.

sobota, 26 grudnia 2020, 08:35

Budowa przekopu, to nie przedsiębiorstwo. Zlecono pracę wyspecjalizowanym firmom PRYWATNYM i te robą swoje.

dim
piątek, 25 grudnia 2020, 10:25

Był etos ! - i jego brak obecnie. Tu wyjaśniłbym Państwu co w oryginale greckim oznacza słowo "etos". Jest to przyzwyczajenie i nałóg jednocześnie. Najlepszej możliwej pracy dla Ojczyzny, bez względu na piętrzące się przeszkody. Narkotyk zarówno dla tamtego pokolenia, jak i wychowanego przez nich pokolenia moich rodziców. Tak jak obecne pokolenia wychowują się na beznarodowościowych grach komputerowych.

konsul
czwartek, 24 grudnia 2020, 20:53

na jakiej podstawie stwierdzasz, że "zaplecze naukowe, metody zarządzania i projektowania są teoretycznie lepsze" . Gdyby tak było - to od nas kupowano by broń jak w latach 30 np: samolory, karabiny maszynowe, działa itd.

gnago
piątek, 25 grudnia 2020, 11:15

bo jeden gośc z kompem z odpowiednim oprogramowaniem zastępuje kilka setek ludzi z suwakami i mechanicznymi kalkulatorami , modelarnię i prototypownię w uzasadnionych przypadkach projektowania

ania
czwartek, 24 grudnia 2020, 15:10

Mineło ponad 80 lat a tempo produkcji armat wtedy a Krabów obecnie niewiele się zmieniło.

Davien
piątek, 25 grudnia 2020, 09:10

Ale wiesz że miedzy wyprodukowaniem prostej haubicy a samobieznej armatohaubicy jest spora róznica:)

Gustav
piątek, 25 grudnia 2020, 12:21

Mniej więcej taka jak między rowerem a współczesnym samochodem. Co oczywiście nie ujmuje twórcom Zakłdów Południowych zasług.

Davien
niedziela, 27 grudnia 2020, 01:20

Nigdy nie pisałem ze ujmuje im to jakiechkolwiek zasług.

tut
czwartek, 24 grudnia 2020, 13:34

Ciekawe czy my teraz posiadamy połowę zdolności produkcyjnych ówczesnej Stalowej Woli.

Matnet
piątek, 25 grudnia 2020, 19:04

Nie. Dziś produkujemy raptem kilkadziesiąt armat, haubic i moździerzy. Wtedy kilkaset rocznie

Wojciech
piątek, 25 grudnia 2020, 01:43

Teraz tak. 5 lat temu jeszcze nie.

Gnom
niedziela, 27 grudnia 2020, 16:08

Ale 40 lat temu na tle świata - tak! Ot takie koło historii.

Gal
niedziela, 27 grudnia 2020, 13:01

Ale zauważ że te moce przerobowe są dzięki inwestycjom poprzedników!

easyrider
czwartek, 24 grudnia 2020, 12:14

Świetne przypomnienie z historii. Refleksję może wzbudzić tylko kwestia, jak świetnie, w oparciu i własne zasoby, myśl techniczną, własną produkcję, dążono do rozwoju zdolności bojowej armii. Jak to było możliwe w stawiającym dopiero pierwsze kroki młodym państwie? Ano nikt nie wpadł na pomysł, że gospodarkę i prawo może nam regulować twór taki jak Unia Europejska. Pompa drenażowa, która "daje" nam dotacje, z pieniędzy wypompowanych od nas przez ich firmy i jednocześnie dyktuje nam jak je wolno nam wydać. Genialna piramida finansowa.

victor
niedziela, 27 grudnia 2020, 09:56

Poniekąd prawda, ale nie do końca jest tak, że rozwijaliśmy przemysł zbrojeniowy w oparciu o własny potencjał. Raz, że nie mieliśmy za bardzo wyboru innej opcji, jak tylko budowa własnego przemysłu. Możliwości zakupu uzbrojenia za granicą były bardzo ograniczone, a doświadczenia 1920 r. pokazały, że w razie W nie można polegać żadną miarą na zagranicznych dostawach środków bojowych, np. amunicji i części zamiennych do sprzętu bojowego. A po drugie - w budowaniu przemysłu zbrojeniowego pomogły pospolite ruszenie Polaków w zbiórkach funduszy oraz pokaźne pożyczki i kredyty zaciągane za granicą. Bez nich nie byłoby żadnego przemysłu poza tym, który odziedziczyliśmy po zaborcach i na łapu-capu rozbudowaliśmy w czasie wojny z bolszewikami.

Mirek
sobota, 26 grudnia 2020, 00:06

Jak rozumiem "pompa drenażowa" wyciąga od nas pieniądze i daje je firmą z UE czyli także i naszym jak rozumiem. W końcu nasze firmy są częścią owej, tak znienawidzonej przez niektórych Unii Europejskiej. Tylko dlaczego przed przystąpieniem do owej niechcianej Unii było w Polsce tak biednie? Wystarczy tylko sprawdzić dane z lat 90-tych i porównać je z następnymi dekadami aby zobaczyć jak wiele zawdzięczamy przystąpieniu do Unii!

Ja
poniedziałek, 28 grudnia 2020, 19:58

@Mirek: Tyle ze przed wejsciem do UE Polska rozwijala sie szybciej a w latach 2004-2018 "dotacje" wyniosly 440 mld PLN ale wyprowadzono z Polski 789 mld i to sa dane oficjalne. Pytania?

Kacper
wtorek, 24 sierpnia 2021, 00:04

Jakieś źródło tych "prawd"? Bo wg ministerstwa finansów PiS, które zagryzło wargi publikując te dane, jesteśmy o ponad 150 mld EUR na plusie, już po odjęciu naszych nędznych składek... Nie, nie rozwijaliśmy się szybciej przed wejściem do UE. Wchodząc do UE w 2004 mieliśmy 54% ich PKB, dzus dzieki: - ich kasie - naszej pracy - dostepowi do ich rynkow Mamy 74% Pytania?

Jan z Krakowa
sobota, 26 grudnia 2020, 17:11

Nie Unii, tylko naszej kapitalistycznej gospodarce bardziej racjonalnej od socjalistycznej i braku eksploatacji naszego kraju przez Związek Sowiecki. Kwestią do dyskusji w jakim stopniu dzięki Unii Polska ma większe zdolności czy możliwości importowo-eksportowe (chodzi mi o wolny handel po prostu). Z kolei ,,walka z ociepleniem" jaką prowadzi Unia niszczy naszą energetykę, a więc całą gospodarkę, a więc dalszy rozwój gospodarczy i konkurencyjność przemysłu, i ogólnie właśnie gospodarki.

Matnet
piątek, 25 grudnia 2020, 19:08

Kadry mieliśmy wykształcone przez zaborców. Nie mogliśmy się realizować w polityce czy biznesie wiec sporo ludzi wybierało karierę techniczną. Zresztą dziś dobrych inżynierów jest sporo problemem jest biurokracja blokująca rozwój rodzimych firm

LMed
sobota, 26 grudnia 2020, 09:11

No tak. Styk niekompetentnych z natury rzeczy polityków i firm posiadających pewne ( zanikające) kompetencje. I potem człowieczek , urzędas administracyjny ( w najlepszym przypadku, bo może być to też nauczyciel , lekarz psychiatra,....) ale swój robi na przykład audyt przemysłu obronnego, "wyznacza kierunki" ... I tak bez końca i na zmianę ( co kadencję albo dwie). A do tego trzeba takich co "czują bluesa", mają twarde jaja i autorytet w branży przecież. Tylko tyle.

Tosiek
piątek, 25 grudnia 2020, 14:16

W dziesiątkę.

WojciechB
piątek, 25 grudnia 2020, 12:24

Niestety w sprawach politycznych byliśmy już wtedy zależni od Francji i Anglii. A że i jedni i drudzy nie uważali istnienia Polski za konieczne a wręcz przeciwnie to mieliśmy poważnie "pod górę".

Razparuk
czwartek, 24 grudnia 2020, 16:48

Dokładnie.

w
czwartek, 24 grudnia 2020, 12:06

dokumentacja trafiła do Rosjan. Nie gdybajcie, to pewne

Moc
piątek, 25 grudnia 2020, 17:05

Rosjanie mieli swoją 85ke o porównywalnych parametrach. Nie za bardzo im 88 była potrzebna. Tym bardziej, że po kilku latach wojny, aliancki mieli jej parametry i sposób konstrukcji rozgryzione. Aczkolwiek, zapewne zdobyli kopie. Dlatego są mocarstwem, że tak właśnie robią. Jak każde mocarstwo.

Davien
niedziela, 27 grudnia 2020, 01:23

Panei moc, rosyjska 85-ka nawet się nei zblizyła do 88mm L56 a co dopiero do L-71:)

Lord Godar
sobota, 26 grudnia 2020, 16:38

Ich przeciwlotnicza 85-tka miała chyba nawet gorsze parametry niż nasza 75-tka , którą zaczęto produkować.

Andrettoni
czwartek, 24 grudnia 2020, 11:49

Bardzo dobry artykuł. Tylko dlaczego dzisiaj? Mamy święta. Przydałoby się coś na temat tego jak je obchodzono w okresie międzywojennym.

;)))
czwartek, 24 grudnia 2020, 13:39

Może dlatego, że wtedy produkowaliśmy tyle luf w ciagu miesiąca, ile teraz w ciagu roku

Sternik
piątek, 25 grudnia 2020, 12:26

Tyle, że XX-leciu armia potrzebowała tysięcy luf a teraz setek ale o niebo lepszych.

dxv
czwartek, 24 grudnia 2020, 17:49

Produkuje się ich tyle, ile ktoś chce kupić

Lord Godar
sobota, 26 grudnia 2020, 16:39

Ile luf potrzeba w 100-tys . armii , a ile w takiej ponad milionowej ?

Marek
sobota, 26 grudnia 2020, 20:53

Trzeba też zwrócić uwagę na jaki dystans strzela dzisiejsza lufa i uświadomić sobie, że wyprodukowanie takiej lufy od początku do końca procesu to skomplikowany i niestety czasochłonny proces technologiczny. No i warto porównać skuteczność lufy z 39 roku, ze skutecznością dzisiejszej. Jeden Krab, czy K9 jest w stanie narozrabiać więcej niż bateria z tamtego okresu.

Lord Godar
niedziela, 27 grudnia 2020, 16:22

Oczywiście . Natomiast trzeba też wziąć pod uwagę to , że w tamtym czasie planując wyposażenie naszej armii i kupując uzbrojenie starano się też kupować "na zapas" po to aby mieć sprzęt w rezerwie , która stanowiła czasami podobną ilość jak ta w linii jeśli sprzęt był pracochłonny i czasochłonny w produkcji .

Wojtek
czwartek, 24 grudnia 2020, 11:45

Dziękuję za ciekawy artykuł. Tylko skąd autor wziął polską haubicę wz 34 zaamiast wz 14/19?

victor
niedziela, 27 grudnia 2020, 09:48

Źródło: Pataj Stefan: Artyleria lądowa 1871-1970. Warszawa 1975. s.308. Proszę sobie poczytać: haubica 100 mm wz. 1934 St. typ, wersja 100 mm wz. 1934 St. kaliber 100 mm długość lufy - długość - kąt podniesienia -7° ÷ +52° masa bojowa 1500 kg masa pocisku podstawowego 16 kg prędkość pocisku 450 m/s szybkostrzelność 10 strz/min donośność 12 000 m przebijalność - obsługa 7 osób inne brak

Wojtek
niedziela, 27 grudnia 2020, 17:06

Dziękuję za wskazanie źródła. Dla ścisłosci jednak w nowszych źródłach, opartych w szczególności na badaniach archiwaliów, haubica ta pojawia sie wyłącznie jako wz. 14/19P lub wz. 14/19A. Dla takich wzorów dział Ministestwo Spraw Wojskowych opracowało stosowne regulaminy ich użycia. Nie natknąłem sie dotąd na źródła świadczące, że 1934 r. był jakimś rokiem szczególnym w producji tych dział w Zakładach Starachowickich. W tym roku wdrożono jedynie do produkcji nowy granat do haubicy wz. 34. Dodatkowo produkcję haubic wdrozono w Starachowicach ok. 1930 r.

Tomek
czwartek, 24 grudnia 2020, 11:16

Bardzo ciekawy artykuł. Zdecydowanie tego typu treści wzbogacają ofertę DEFENCE24...czekamy na kolejne odcinki.

SAS
czwartek, 24 grudnia 2020, 10:23

Powiem tak. Jako, że często bywam w Niemczech, naszło mnie takie przemyślenie. I łza się w oku kreci. Miedzy Renem, a Łabą rozciągają się połacie kraju, które wojny nie widziały praktycznie od dwustu lat, bodaj od Napoleona. I to w kraju, który rozpętał dwie wojny światowe. Tej przepaści materialnej, kapitałowej Polska nigdy nie nadrobi.

Rain Harper
czwartek, 24 grudnia 2020, 21:03

Trzeba wdrożyć Plan Morgenthaua zamiast Planu Marshalla.

Marek
czwartek, 24 grudnia 2020, 17:51

Mało brakowało do tego, żeby ten kraj po zakończeniu drugiej wojny, którą sam wywołał zajmował się wyłącznie produkcją rolną.

Fanklub Daviena
czwartek, 24 grudnia 2020, 10:17

"Armaty te, uznawane przez niektórych ekspertów za najdoskonalsze działo artyleryjskie II wojny światowej" - no i to jest właśnie legenda jak z F-35, nie mająca ZUPEŁNIE podstaw i ci eksperci to chyba jacyś koledzy Daviena... Ta armata została zaprojektowana w I WŚ i była NAJGORSZĄ w IIWŚ armatą tej klasy!!! Proszę spróbować znaleźć armatę przeciwlotniczą IIWŚ o zbliżonym kalibrze i gorzą od niemieckiej 8,8 - nie ma takiej! To, że używano jej w roli przeciwpancernej to znowu przykład niemieckiej desperacji - musieli, bo nie mieli żadnej dobrej armaty przeciwpancernej przeciw T-34 i IS. To był błąd, bo armaty przeciwlotnicze są najdroższymi z armat i używanie ich przeciw czołgom zamiast specjalizowanej ppanc jest kosztownym marnowaniem zasobów. Np. brytyjskie dowództwo gdy się dowiedziało się, że w Afryce do czołgów Rommla strzela się z 3,7 calówek, wydało zakaz robienia tego pod groźbą sądu polowego! To była zresztą też brytyjska głupota, bo nie mieli w Afryce dobrych dział ppanc i setki 3,7 calówek w Egipcie... nie wystrzeliły ani razu do końca wojny!!! Dużo 3,7 calówek wpadły w ręce Niemców, którzy ocenili jej lepiej od swoich 8,8 i... uruchomili do nich produkcję amunicji! Dużo lepsza od niemieckiej 8,8 była też włoska 90mm (donośność pionowa prawie 2km wyższa!) a sowiecka 85mm co najmniej dorównywała parametrami, za to ważyła o 1/3 mniej i wymagała o 1/3 mniej obsługi. Amerykańskie monstrum 90mm, 2x cięższe od już ciężkiej 8,8, ale za to z ponad 2x większą szybkostrzelnością i o 1/3 wyższej donośności pionowej to nawet nie wiem czy można liczyć w tej samej kategorii... Niemcy wiedzieli o wadach 8,8 i zbudowali następcę w 1943, ale z przyczyn logistycznych szerzej nie weszła do produkcji. W roli przeciwpancernej 8,8 oczywiście nie mogła dorównać specjalnie zaprojektowanym armatom ppanc - 7,5 cm KwK 42 z Panter była wielokrotnie tańsza i miała lepszą penetrację od 8,8 i większą celność. Wojny na wyczerpanie nie wygrywa się tym co najlepsze, tylko tym co ma najlepszy współczynnik cena/możliwości a tu niemiecka 8,8 wypada źle i pod względem osiągów i pod względem ceny.

Lord Godar
niedziela, 27 grudnia 2020, 16:31

Przecież te 88 powstały jako działa p-lot , a nie p-panc , więc jako działa stacjonarne dla stabilności przy strzelaniu czy ergonomii obsługi mogły mieć takie rozwiązania , gabaryty czy masę . To że w akcie rozpaczy ktoś zaczął strzelać z nich do francuskich czołgów , a potem jakoś bardziej lub mniej efektownie zaczęto je adoptować do innych rozwiązań i celów to już inna kwestia . Faktem jest , że to działo krwawo zapisało się w historii i było postrachem na froncie .

Marek
czwartek, 24 grudnia 2020, 18:18

Jak zwykle mijasz się z prawdą. Mieli wyspecjalizowaną przeciwpancerną Pak 43 od Kruppa o takim samym kalibrze jak Pelotka od Rheinmetalla. Pak 43 zaś wentylowało dowolnego ISa. Używanie pelotki przeciw czołgom nie było zaś żadną desperacją, tylko twórczą improwizacją. I zaczęli to robić już we Francji, gdzie zdesperowani zupełnie nie byli. To samo robili zresztą w Afryce Północnej

Jarek
piątek, 25 grudnia 2020, 18:54

Człowieku, nie rozśmieszaj z tą Pak 43. O ile w wersji dla wozów pancernych była bardzo dobra to w wersji "holowanej armaty ppanc" była totalną porażką ze względu na masę i gabaryty.

Marek
sobota, 26 grudnia 2020, 21:08

Serio? A pelotaka nie była? Przecież to jeszcze większa krowa od pepanca. Pak 43 na ruskich stepach sprawdziłaby się bardzo dobrze. W Europie już niekoniecznie. Ale w sprzyjającej sytuacji taktycznej jak najbardziej. Jasna sprawa, że najlepiej było ją pakować do takich pojazdów jak Jagdpanther. Gorzej było z Królewskim Tygrysem. Na ruskie stepy idealny. W Europie kosztowna fanaberia.

StZg
czwartek, 24 grudnia 2020, 12:56

Wybierasz pojedyncze parametry i pokazujesz, że pod względem każdego z nich były działa lepsze od niemieckiej acht komma acht. Rzecz polega na tym, że biorąc pod uwagę wszystkie aspekty jednocześnie: mobilność, zdolność penetracji, celność, szybkostrzelność i wreszcie koszt, było to działo bardzo dobre i stąd jego zasłużona sława.

Fanklub Daviena
czwartek, 24 grudnia 2020, 15:18

NIE BYŁY! Biorąc pod uwagę zdolność penetracji, celność, szybkostrzelność KAŻDE działo przeciwlotnicze było bardzo dobre, ALE ZA DOBRE! Za jedno działo przeciwlotnicze miałbyś pewnie 2 lub więcej dobrych przeciwpancernych! Widziałeś jak wygląda 8,8? O jakiej mobilności bredzisz? Widziałeś ile wymaga miejsca do okopania? Jaki problem to zamaskować? Widziałeś całkowity brak osłon balistycznych dla personelu? Widziałeś ile personelu wymaga obsługa? To nie były dobre działa, tylko Niemcy (za wyj. tego do Pantery) nie mieli lepszego i to był ich błąd. Ich sława wynika z rozpowszechnienia i z tego powodu zadały duże straty, wiec Alianci je sobie "zapamiętali". Reszta państw wolała iść w specjalizowane działa ppanc, dużo tańsze, mniejsze, lżejsze i wymagające mniej personelu, choć jednostkowe przypadki używania armat plot w roli "normalnych" się zdarzały. "Wybierasz pojedyncze parametry" - OK - podaj te "ogólne" w których niemiecka 8,8 przewyższała armaty przeciwlotnicze innych państw? Sami Niemcy włoskie i brytyjskie odpowiedniki uznali za lepsze od 8,8! Zwykłe armaty przewyższała, ale jak pisałem KAŻDA armata przeciwlotnicza wszystkim poza ceną i mobilnością, przewyższała "zwykłe" armaty ppanc - czego innego można się spodziewać po najdroższych armatach? Jednak był to absurd ekonomiczny, taki jak pchanie się w prestiżową produkcję Tygrysów zamiast 2,4x tańszych Panter. I tak mieli szczęście, że w nowszym modelach 8,8 zrobili dzieloną lufę i wymieniali tylko tą część bliżej zamka, co drastycznie obniżyło im koszty, ale i tak był to ekonomiczny absurd.

Tani
piątek, 25 grudnia 2020, 09:49

Ta wunderwaffe zuzywala 10 poc na trafienie jednego czolgu. Dotyczylo to zarowno Afryki jak i Frontu Wschodniego. Wez do reki wyd Panzer Tract o tym dziale tam znajdziesz meldunki jednostek. Jako dzialo ppanc bylo zle bo nie bylo mobilne. Ale to bylo dzialo uniwersalne. Kiedy wprowadzono pierwsze M-26 uzbrojone w 90mm dzialo zalogi tankow uzyskaly mozliwosc trafienia w wybrany element tanku npla. Kalibrowania czyli synchronizacji dziala z celownikiem uczyl cywil. Potrafil trafic na 150m pociskiem w niemiecki helm bojowy. 85,88 i 90mm byly celne bo mialy duza predkosc pocz pocisku. Ale T-34 mial okastrowany model tej armaty ktora byla uniwersalna nie ppanc. Pantera byla tankiem ppanc. Jej armata byla rozpaczliwie nieskuteczna w walce z piechota. Tygrysa byla skuteczna dlatego on byl tankiem wsparcia. Niemiecka instrukcja uzycia armaty Pantery oficjalnie zakazywala uzycia tego dziala w walce z piechota,poza sytuacja ,,moralnego,, wsparcia swojej piechoty. Co do dzielenia to uproszczenie technologiczne chodzilo o skrocenie czasu budowy dziala. Uzycie 88mm jako ppanc bylo wymuszone bo standartowe 75mm dziala byly kompletnie nieskuteczne przeciw Shermanowi Jumbo i IS-2 ktore byly podstawowymi tankami przelamania aliantow. Najbardziej ciekawy jest Jumbo wyprodukowano i dostarczono na front 250szt tego tanka maszyna ta miala priorytet naprawczy w warsztatach chociaz zaplanowana jako tymczasowa sluzyla do konca wojny chociaz czesc z nich miala zamienione dziala 75mm na ppanc 76mm. Ten tank nie byl zapalniczka jak Pantera wiec dzis o tym wariancie sie milczy. Slynny Sherman ,,Pierwszy w Bastogne,, to wlasnie Jumbo. Szedl pierwszy bo gwizdal na niemieckie armaty ppanc za nim szly klasyki

Fanklub Daviena
sobota, 26 grudnia 2020, 12:21

"Potrafil trafic na 150m pociskiem w niemiecki helm bojowy." - jak pisałem tu kiedyś, że współczesna armata czołgowa jest celniejsza od karabinu snajperskiego, to "znafcy" się z tego śmiali, a najgłośniej Davien... :D

patykiempisane
piątek, 25 grudnia 2020, 00:07

Jedyne co się mogło równać z 88 to 17-funtówka. I sowiecka 85mm nie dorównywała parametrami. Kaliber 85mm/L55 nabój UBR-365P z pociskiem podkalibrowym BR-365P wystrzelonym z Vo 1050 m/s. Penetracja pod kątem 90 stopni: 500 m - 140 mm 1000 m - 110 mm 1500 m - 85 mm 2000 m brak danych Płyta pochylona pod kątem 60 stopni 500 m - 100 mm 1000 m - 80 mm 1500 m - 60 mm 2000m brak danych Niemiecka PAK 43 8.8cm L/71 nabój Pzgr 40/43 (APCR) Vo 1130 m/s Penetracja pod kątem 90 stopni: 500 m - 274 mm 1000 m - 241 mm 1500 m - 211 mm 2000 m - 184 mm Penetracja pod kątem 60 stopni: 500 m - 226 mm (217 mm) 1000 m - 192 mm (193 mm) 1500 m - 162 mm (170 mm) 2000 m - 136 mm (152 mm) To są dla ciebie porównywalne parametry?

Smuteczek
piątek, 25 grudnia 2020, 20:44

Amunicji podkalibrowej było mało lub wcale wiec takie rozwazania nie maja duzego sensu. Jak porownasz standardowa amunicje przeciwpancerna to juz nie ma takich duzych roznic.

Davien
niedziela, 27 grudnia 2020, 01:28

Smuteczek, na standardowej amunicji rosyjska 85-ka odstawała jeszcze mocniej od pozostałych dział. Nawet działo 76mm M1A1 z M4A3 było od niej sporo lepsze jako działo ppanc.

SAS
czwartek, 24 grudnia 2020, 18:25

Miało zawsze o wiele większy zasięg niż każdy czołg, co szczególnie odznaczało się na pustyni i Africa Corps szczególnie wyrobił renomę tego działa.

Forless
czwartek, 24 grudnia 2020, 16:09

Szkoda wielka ze to nie Ty planowales III Rzeszy technologii wojskowych. Pan Adolf zakonczyl by kampanie wojenna we wrzesniu ‘39 lol. W Polsce. V1 V2 Me 262 torpedy samonaprowadzjace sie czy plot pociski ze zblizeniowym zapalnikiem I inne cuda byly by wg Ciebie nieekonomiczne lol. Potrafisz czytac, jednak technologia absolutnie nie jest Twoja pasja to cyfry ktore starasz sie logicznie powiazac tworzac tym samym swoiste dumbclub sci-fiction. Hopeless

Młot
poniedziałek, 28 grudnia 2020, 10:57

zapalniki zbliżeniowe dla pocisków 127 mm artylerii przeciwlotniczej w praktycznym wykonaniu to USA. O niemeickich nie słyszałem - może jakieś badania, ale praktyczne zastosowanie? Na szerszą skalę?

Fanklub Daviena
piątek, 25 grudnia 2020, 11:34

Gdzie kłamco pisałem, że zapalniki zbliżeniowe czy torpedy samonaprowadzające się albo Me-262 były nieekonomiczne? To były nowoczesne i racjonalne systemy, natomiast 8,8 to DZIAŁO Z PIERWSZEJ WOJNY ŚWIATOWEJ ani nowoczesne ani ekonomiczne ani dobre na tle zagranicznej konkurecji! Tam gdzie coś jest ekonomiczne, to to przyznaję, a tam gdzie nie, to krytykuję! I co, twoim zdaniem V2 to był racjonalny w IIWŚ program? Niemcy wydali na niego o połowę więcej niż USA na program budowy bomby atomowej! Jaki "efekt" operacyjny uzyskali? Za to Me 262 Hitler przez brednie o bombowcu opóźniło o 2 lata, a 2 lata wcześniej wprowadzony mógł wygrać wojnę powietrzna nad Niemcami, nie tylko z uwagi na osiągi, ale dlatego, że Me 262 potrzebował taniej i łatwiej dostępnej nafty niż drogiej benzyny wysokooktanowej. A przez benzynę Luftwaffe przegrało - na ziemi a nie w powietrzu. Podobnie Niemcy pchali się w fanaberie jak pancerniki, lotniskowiec, V-2 itp. a do Bitwy o Atlantyk wystawili ubooty typ VII - de facto, jak 8,8, konstrukcję z I WŚ! Gdyby zamiast pancerników i krążowników czy V-2 zajęli się ubootem typ XXI, to powstałby na początku IIWŚ i wygrał Wojnę o Atlantyk. To ty nie masz pojęcia ani o technologii ani o ekonomii, znafco.

artur
czwartek, 24 grudnia 2020, 11:29

Nie bardzo wiem co chcesz udowodnić w tej wypowiedzi. Prawda jest oczywista, działo było doskonałe zarówno w wersji plot, przeciwpancernej jak i morskiej. I wyjątkowo niebezpieczne dla wszystkich czołgów. Strzelało też znakomitą amunicją (o czym wielu zapomina). Świadczy o tym też najdalszy zanotowany strzał zakończony zniszczeniem czołgu - 4,1 km/ IS 2 (front wschodni).

Fankub Daviena
sobota, 26 grudnia 2020, 12:10

Przemyśl to: przeciwlotnicze odpowiedniki aliantów armaty 8,8 były co najmniej równie dobre lub lepsze. Też mogły być używane w roli przeciwpancernej ale jednak było to sporadyczne i Alianci nie zdecydowali się na ich powszechne używanie w roli armat uniwersalnych czy przeciwpancernych. Jak nie rozumiesz dlaczego, to już tego nie zrozumiesz.

Tani
sobota, 26 grudnia 2020, 04:13

Etam najdalszy zanotowany strzal ktory zniszczyl tank to byl 406mm Rodneya. Z Pz4 zostala tylko kupka blachy. Stalina2 jednym pociskiem nie zniszczysz no chyba ze 406mm.

Davien
niedziela, 27 grudnia 2020, 01:37

Is-y były wybijane bez problemu przez Pantery, Tygrysy, dizała samobiezne wiec skończ te bajki :)

SAS
piątek, 25 grudnia 2020, 09:51

Niemcy strzelali też pociskami odłamkowymi do piechoty po płaskiej trajektorii.

Marek
czwartek, 24 grudnia 2020, 18:20

Krupp miał lepszą od niej przeciwpancerną 88 mm.

Pawlak
sobota, 26 grudnia 2020, 11:13

Piszesz o KwkW 43. 88 o długości lufy 72 kalibru. Przenikalności na poziomie 250mm że 100metrow w porównaniu do 150 mm zwykłej 88 KwkW 36 czyli tzw FLak

Marek
sobota, 26 grudnia 2020, 21:17

Na 500 m 217 mm na 1000 m wentylowała pancerz 193 mm nachylony pod kątem 60°.

Davien
czwartek, 31 grudnia 2020, 15:19

Jeszcze lepsza była 128-ka z Jagdtigera ale to już inne działo.

Fanklub Daviena
czwartek, 24 grudnia 2020, 12:53

Jak nie kumasz o co mi chodzi, to nie będę wyjaśniał, bo nie zrozumiesz.

Nicki
czwartek, 24 grudnia 2020, 18:43

Czyzby expert ? A w wojsku Polskim ty był chociaż ?

lol
piątek, 25 grudnia 2020, 15:57

On był w krasnej amii dlatego zawsze z czymś niesamowitym wyjeżdża - szkoda komentować

rex
czwartek, 24 grudnia 2020, 10:11

najlepszy artykuł historyczny od wielu lat jaki czytałem na defence24 i nie tylko na defence24. Gratulacje dla Autora, pozdrowienia dla HSW

w
czwartek, 24 grudnia 2020, 09:58

a rzady po 1989r , podobno Polskie, doprowadziły do zniszczenia Huty Stalowa Wola. To co jest to tylko nazwa. I synekury

w
czwartek, 24 grudnia 2020, 12:08

COP-u i polskiego przemysłu w całej Polsce tez

Lord Godar
niedziela, 27 grudnia 2020, 16:35

Trzeba tylko dodać , że przed 1989 rokiem ten COP i HSW pracowały na potrzeby UW , a to się nagle skończyło , a nie dało się MTLB zaproponować rolnikom zamiast C-30 czy C-60 .

w
niedziela, 27 grudnia 2020, 23:28

mylisz sie ( albo raczej kłamiesz). Z HSW maszyny budowlane ( spycharki, ładowarki) szly do USA, inne nie tylko tam

Lord Godar
wtorek, 29 grudnia 2020, 12:35

No to czemu praktycznie HSW padła ? Wiesz ile % obrotu stanowiła produkcja cywilna naszych zakładów zbrojeniowych ? Była w stanie utrzymać cały zakład ? Ten eksport z pionu cywilnego był tylko po to na PRL , aby dostać dolary . Wiesz ... ja też chodziłem jeszcze częściowo za komuny do szkoły , ale nie dałem sobie wbić do głowy tej propagandy , tak jak nie przyswajam obecnej .

Spardek
czwartek, 24 grudnia 2020, 09:34

No, uważam, ze takich artykułów powinno być więcej. Przecież w ramach COP powstały też inne Zakłady w tym zręby dzisiejszej "Doliny lotniczej". Jeżeli udałoby się stworzyć taką serię, może powstać monografia zamierzeń w ramach COP.

Lord Godar
wtorek, 29 grudnia 2020, 12:38

COP był niesamowitym wręcz przedsięwzięciem odrodzonego państwa . Z niczego robiono coś co generacyjnie , społecznie i ekonomicznie dawało nam skok do przodu , tworzyło nowoczesne i silne państwo . Tylko niestety zabrakło czasu , bo zostało to brutalnie przerwane przez agresję naszych dwóch sąsiadów .

Tweets Defence24