Reklama
Reklama

Siły zbrojne w cieniu konfliktu prezydenta i szefa MON [PODSUMOWANIE]

31 grudnia 2017, 11:40
Antoni Macierewicz Andrzej Duda KPRP
Antoni Macierewicz odbiera z rąk prezydenta Andrzeja Dudy akt powołania na urząd ministra obrony narodowej. 11 grudnia 2017 r. Fot. Jakub Szymczuk / KPRP

Paraliż generalski, wstrzymana kontrreforma systemu dowodzenia, nowi najwyżsi dowódcy – kończy się rok, w którym prezydent przypomniał sobie, że jest zwierzchnikiem sił zbrojnych, czym zaskoczył szefa MON. Jakieś sukcesy? Na pewno "ustawa Komorowskiego-Macierewicza" i przyjazd wojsk sojuszniczych.

Prezydent Andrzej Duda i minister obrony narodowej Antoni Macierewicz – ci dwaj politycy przez ostatnie miesiące nie potrafili się dogadać w sprawie bieżącego funkcjonowania i przyszłości Wojska Polskiego. Szef MON miał prawo przyzwyczaić się, że siły zbrojne są jego wyłączną domeną, bo początkowo nominalny zwierzchnik sił zbrojnych niemal bez walki oddawał pole. Gdy prezydent zmienił swoje postępowanie, doszło do klinczu. Jego najbardziej widocznym skutkiem jest brak nominacji generalskich. Żołnierze, jak już tutaj pisałem, w rozgrywce między prezydentem a szefem MON są tylko przedmiotami.

Ostatnim oficerem, który "załapał się" na awans generalski był dowódca operacyjny rodzajów sił zbrojnych gen. dyw. Sławomir Wojciechowski. 10 stycznia minie rok, odkąd odbierał "drugą gwiazdkę" (i nominację na obecne stanowisko). Potem żaden z oficerów nie miał już tyle szczęścia, bo minister, który formalnie wnioskuje o awanse, i prezydent, który je podpisuje, nie umieją uzgodnić listy kandydatów. Pod rządami obecnej, obowiązującej od lipca 2004 r. ustawy pragmatycznej, jest to sytuacja bez precedensu.

A przecież dziś prezydent i szef MON wywodzą się z tego samego obozu politycznego. Poprzedni publiczny konflikt na tej linii – z Lechem Kaczyńskim i Bogdanem Klichem w rolach głównych – dotyczył polityków z konkurencyjnych ugrupowań i nigdy nie osiągnął takiej skali, że świętom państwowym nie towarzyszyły żadne nominacje generalskie w wojsku. Wydaje się, że wówczas MON i Biurem Bezpieczeństwa Narodowego kierowali politycy bardziej pragmatyczni, którzy z czasem nauczyli się targować o konkretne nazwiska. Dziś w szafie niejednego pułkownika mundur z lampasami jest tylko pożywką dla moli. Na pocieszenie zostają ordery.

Ta sytuacja odbija się na zarządzaniu siłami zbrojnymi. Jeśli wierzyć stronie internetowej MON, liczące ponad 100 tys. żołnierzy Wojsko Polskie ma obecnie 66 generałów i admirałów w służbie czynnej, z czego sześciu bez konkretnego stanowiska (są w rezerwie kadrowej lub w dyspozycji). Tymczasem przyjmuje się, że jeden generał powinien przypadać na tysiąc żołnierzy. Czy struktura, w której kadra menedżerska wysokiego szczebla (a taką jest właśnie generalicja) jest tak przetrzebiona, może dobrze funkcjonować?

Rzadko zauważanym skutkiem "krótkiej ławki" generalskiej jest przerzucanie tych samych oficerów ze stanowiska na stanowisko, nawet co kilka miesięcy, co utrudnia nabywanie niezbędnego doświadczenia. MON w ten sposób doraźnie łata dziury wywoływane kolejnymi kryzysami.

Czytaj więcej: Kadrowe podsumowanie. Odejścia dowódców w trakcie kadencji [ANALIZA]

***

Prezydent i minister przez ostatnie miesiące nie potrafili dogadać się także w sprawie przyszłości systemu kierowania i dowodzenia siłami zbrojnymi. Publicznie obie strony podkreślają, że należy zmienić obecne struktury, wprowadzone w 2014 r. przez tercet: prezydent Bronisław Komorowski, szef MON Tomasz Siemoniak i szef BBN Stanisław Koziej. Kontrreforma ma polegać na przywróceniu szefowi Sztabu Generalnego Wojska Polskiego roli najważniejszego dowódcy w czasie pokoju i wojny oraz odtworzeniu osobnych dowództw rodzajów sił zbrojnych. MON i BBN spierają się o szczebel operacyjny. Obie strony są przekonane o słuszności swoich propozycji, co nie przybliża nas do zakończenia sporu.

Na początku grudnia MON poinformowało o przesłaniu do prezydenta zmodyfikowanej wersji systemu kierowania i dowodzenia, która – jak podano w komunikacie – "usuwa punkty dyskusyjne pomiędzy MON i BBN i daje pole manewru do decyzji" Andrzeja Dudy. Pierwsze reakcje BBN oficjalnie były ogólnikowe, nieoficjalnie – raczej chłodne.

Trudno się dziwić, bo w otoczeniu prezydenta nikt już nie wierzy w obietnice i zapewnienia ministra obrony. Obecny szef BBN Paweł Soloch porównał publikacje w zaprzyjaźnionych z szefem MON mediach do wojny hybrydowej. Najbardziej znanym poszkodowanym w tej wojnie jest gen. bryg. Jarosław Kraszewski, czyli najwyższy rangą wojskowy doradca prezydenta, od czerwca pozbawiony dostępu do informacji niejawnych. "Ofiarą śmiertelną" jest płk rez. Czesław Juźwik z BBN, a "ranni" zostali dowódcy dwóch dywizji: gen. dyw. Marek Sokołowski i gen. bryg. Krzysztof Motacki. Do każdego z nich – za pośrednictwem służb (gen. Kraszewski) lub przecieków do mediów – "strzelali" politycy z obu stron tej barykady.

Nikt dziś nie ma wątpliwości, że prezydent gra na dymisję szefa MON. Tuż przed Bożym Narodzeniem Duda, wskazując na modernizację techniczną wojska, otworzył nowy front w konflikcie z ministrem. – Mam sporo wątpliwości, chciałbym, żeby to wszystko funkcjonowało lepiej. (...) Mieliśmy mieć śmigłowce dla polskiej armii – nie mamy ich, mieliśmy je mieć w zeszłym roku, pan minister osobiście obiecywał w mediach, że one będą – nie ma ich. To są takie elementy, które mnie ogromnie martwią – powiedział Duda Polsatowi News. To retoryka, którą do tej pory posługiwała się tylko opozycja.

Czytaj więcej: Prezydent o modernizacji polskiej armii: "chciałbym, żeby to wszystko funkcjonowało lepiej"

W tym kontekście to raczej nie jest przypadek, że zaraz po świętach MON zorganizowało konferencję prasową, na której podsumowało wydatki modernizacyjne. Minister chwalił się, że "nigdy się jeszcze nie zdarzyło to, co w ciągu ostatnich dwóch lat, by wszystkie pieniądze przeznaczone na polski wysiłek zbrojny i obronę, w tym także na modernizację, zostały wydane nieomal do ostatniej złotówki".

***

Przy tak napiętej dziś sytuacji politycznej wokół wojska łatwo zapomnieć, że – jak z wdziękiem słonia w sklepie z porcelaną głosił komunikat MON – "minister obrony narodowej Antoni Macierewicz przeprowadził szeroką wymianę kadr na najwyższych stanowiskach w jednostkach operacyjnych, każdorazowo zastępując oficerów dobranych przez Platformę Obywatelską oficerami o dużym doświadczeniu bojowym w Iraku i Afganistanie i przeszkolonych we współpracy z wojskami NATO".

To sformułowanie, przez niejednego oficera uznane za obraźliwe, przypomina, że 2017 r. zaczął się od całkowitej wymiany kadry dowódczej na najwyższych szczeblach. Były to przede wszystkim konsekwencje decyzji podjętych jeszcze w 2016 r. przez szefa SGWP gen. Mieczysława Gocuła i dowódcę generalnego rodzajów sił zbrojnych gen. broni Mirosława Różańskiego. Obaj postanowili odejść z wojska przed zakończeniem kadencji. To też jest coś, co nie zdarzało się wcześniej na tym szczeblu. Dziś DGRSZ kieruje gen. dyw. Jarosław Mika, a SGWP – gen. broni Leszek Surawski, który od maja jest także kandydatem na naczelnego dowódcę na czas wojny.

W krajobrazie wojska z początkiem roku pojawił się nowy rodzaj sił zbrojnych – Wojska Obrony Terytorialnej, dowodzone przez gen. bryg. Wiesława Kukułę. To oczko w głowie ministra i obiekt częstej krytyki opozycji. Jest to także przykład sporu, w którym dla polityków po obu stronach barykady fakty mają najmniejsze znaczenie.

Tylko zmiana na stanowisku dowódcy operacyjnego rodzajów sił zbrojnych dokonała się w sposób naturalny. Gen. broni Markowi Tomaszyckiemu po prostu skończyła się kadencja, nowym dowódcą został jego dotychczasowy zastępca, wspomniany na początku tekstu gen. Wojciechowski. Dziś Tomaszycki jest emerytem, który uczy podchorążych w Akademii Wojsk Lądowych we Wrocławiu, ale potencjał ma taki, by szkolić przyszłych generałów w Akademii Sztuki Wojennej. Takiej propozycji – z tego, co mi wiadomo – jednak nie otrzymał.

Na funkcjonowanie wojska musiały mieć wpływ także inne, wyłącznie już polityczne burze, które przetoczyły się przez MON w mijającym roku. Tygodniami ministra Macierewicza, kierownictwo PiS i media zajmował Bartłomiej Misiewicz, młody współpracownik szefa MON, który w końcu został zmuszony do odejścia z partii i zniknął – przynajmniej na razie – z życia publicznego. Tygodniami resort zmagał się z konsekwencjami wywiadu, w którym przewodniczący podkomisji do ponownego zbadania katastrofy smoleńskiej dr Wacław Berczyński pochwalił się, że to on "wykończył" Caracale (właśnie od tego zaczęły się poselskie "kontrole" w MON w wykonaniu polityków PO). Antoni Macierewicz jest też w elitarnym gronie ministrów obecnego rządu, którzy już dwa razy musieli w Sejmie stawiać czoła wnioskom o wyrażenie wotum nieufności.

***

Jednak Sejm był także miejscem największego tegorocznego sukcesu szefa MON. Parlament znowelizował bowiem ustawę o wydatkach obronnych i wprowadził zasadę, że będą one stopniowo rosły z obecnych 2 proc. PKB do poziomu 2,5 proc. PKB począwszy od budżetu na 2030 r. Zmiany zostały przygotowane w kierowanym przez Macierewicza resorcie.

Znowelizowane przepisy znajdują się w ustawie o przebudowie i modernizacji technicznej oraz finansowaniu sił zbrojnych, która została uchwalona w 2001 r. z inicjatywy ówczesnego szefa MON Bronisława Komorowskiego i dlatego była nazywana ustawą Komorowskiego. Nowelizacja jest na tyle istotna, że możemy teraz mówić o ustawie Komorowskiego-Macierewicza.

Czytaj więcej: Mamy ustawę Komorowskiego-Macierewicza. Wydatki obronne mają być wyższe [KOMENTARZ]

Sama nowelizacja jeszcze nie jest gwarancją, że faktyczne wydatki na obronność osiągną poziom 2,5 proc. PKB. Historia ustawy Komorowskiego uczy bowiem, że realizacja budżetu obronnego zależy od determinacji i skuteczności szefa MON. Jednego i drugiego, jeśli chodzi o wydawanie pieniędzy, ministrowi Macierewiczowi na pewno nie brakuje. Dyskusja dotyczy hierarchii priorytetów i tego, czy MON dotrzymuje deklarowanych terminów. Ale to już temat na osobną analizę.

***

W 2017 r. zmaterializowały się ubiegłoroczne ustalenia NATO – podjęte lub potwierdzone na szczycie w Warszawie. Mamy to, na co czekaliśmy od czasu wejścia w struktury Sojuszu: w Polsce stacjonuje kilka tysięcy żołnierzy z USA i innych państw Paktu. Dodatkowo, trwa budowa amerykańskiej bazy antyrakietowej w Redzikowie koło Słupska.

Ten sukces ma wielu ojców. Szef MON lubi tutaj podkreślać swoje zasługi i ma rację. To nie przypadek, że zaraz po warszawskim szczycie NATO prezes PiS Jarosław Kaczyński mówił o "ogromnej decydującej roli Antoniego Macierewicza". Ale zasługi ma tutaj także prezydencka i MSZ-owska dyplomacja oraz sami wojskowi, na szczególne wyróżnienie zasłużył na pewno gen. Gocuł.

W języku dyplomatów NATO obecność sojuszniczych żołnierzy w Polsce i państwach bałtyckich nie jest stała, lecz trwała i rotacyjna, ale odbywa się bez przerw (czyli nowy kontyngent przyjeżdża zanim wyjedzie poprzedni). Nie wszyscy muszą rozumieć te językowe niuanse. Rzecz w tym, że NATO zmieniło swoje podejście do obrony wschodniej flanki. Sojusz już nie obiecuje nam, że przyjdzie z pomocą, gdy będziemy zagrożeni (znamy te obietnice z 1939 r.). Żołnierze Sojuszu są w regionie teraz, gdy wciąż jesteśmy względnie bezpieczni. To wielka geopolityczna zmiana.

Rafał Lesiecki

 

Reklama
KomentarzeLiczba komentarzy: 17
Reklama
nowina
poniedziałek, 21 maja 2018, 15:18

Macierewicz nie jest już ministrem.

wert
środa, 3 stycznia 2018, 13:15

We wrześniu 2011 Inspektorat Uzbrojenia kupił bez przetargu od Polit-Elektronik 4 silniki RD-33 do napędu myśliwców MiG-29. Za silniki warte rynkowo mniej niż 25 mln zł zapłacił prywatnemu pośrednikowi ponad 85 mln zł. Umowę podpisał zastępca szefa IU gen. Andrzeja Duksa, płk Jerzy Pikuła. Należące do MON Wojskowe Zakłady Lotnicze Nr 4 w Warszawie chciały zaoferować silniki używane, ale ze znacznymi resursami, po ok. 10 mln zł. Inspektorat Uzbrojenia nie dopuścił nawet do złożenia oferty i wybrał bez przetargu prywatne przedsiębiorstwo Polit-Elektronik. ChRL kupuje silniki RD-93 (wariant RD-33 z innym rozmieszczeniem agregatów, przeznaczony do napędu myśliwców JF-17/FC-1) po 2,67 mln USD - niecałe 7,8 mln zł

Mariusz
wtorek, 2 stycznia 2018, 15:05

pomijając opinie dobry zły to formalnie i państwowo jeśli MON nie współpracuje z Prezydentem RP z powszechnych wyborów ani z największym a praktycznie jedynym sojusznikiem i gwarantem - to w takim razie z kim?

SAS
wtorek, 2 stycznia 2018, 14:59

Mniej niż stu generałów w linii, miała Polska 1 września 1939 roku. A samych tylko dywizji piechoty miała kilkadziesiąt, nie mówiąc o dowództwach armii.

St. marynarz
wtorek, 2 stycznia 2018, 18:42

Człowieku, temat poruszany wielokrotnie, mamy 2018 a nie 1939. Zmieniła się struktura, zadania i potrzeby armii i liczba starszych oficerów również musi być inna.

Szyszka
niedziela, 31 grudnia 2017, 16:25

Teza. Ani obecny Prezydent,ani obecny szef MON nie powinni zajmować swoich stanowisk.

oj wstyd
poniedziałek, 1 stycznia 2018, 12:41

to nie teza to fakt

Fikcjan
wtorek, 2 stycznia 2018, 14:12

Brak chemii między obu panami plus konstytucja rodząca napięcia - tak uzasadnił konflikt profesor Andrzej Zybertowicz, doradca prezydenta. Obszar na którym dojrzali faceci obrażają się na siebie, mając kłopoty z ego, to jednak nie piaskownica. I dlaczego także profesorowi nie wstyd że musi użyć takiego argumentu? Jest członkiem elity władzy, mówi o dwóch członkach elity władzy. A przecież temat wprost wiąże się z zagrożeniem życia tysięcy ludzi (na wypadek wo... ) i bytu Państwa. Odpowiedzialność w totalnym deficycie. Elita - pojęcie w Polsce kompletnie zdewaluowane.

Autor komentarza
niedziela, 31 grudnia 2017, 13:34

1.Nie było problemów z uzgodnieniem listy awansów generalskich, co potwierdzają nadane 11.11 odznaczenia - lista odznaczonych była tożsama z listą przedstawionych do awansu, a ich nadanie formą rekompensaty za brak awansu. To oznacza, że żołnierze nie są tylko przedmiotami w rozgrywce. 2. Do konfliktu prezydenta z MON wcześniej czy później musiało dojść. Taka jest logika bublowatej konstytucji, która na tym polu bije rekordy braku precyzji. Niby coś w niej zapisano, ale zupełnie nic z tych artykułów nie wynika i każdy może je rozumieć jak chce. Do tej pory prezydenci do wojska właściwie się nie wtrącali, więc nie było okazji do konfliktu. 3. Autorowi uciekła istota konfliktu Prezydent - MON. Przy okazji reformy systemu dowodzenia próbowano uregulować ustawowo nieprecyzyjność konstytucji. Projekt MON szedł w kierunku rozszerzenia własnych kompetencji (logika każdego urzędu w każdym czasie i miejscu świata) kosztem prezydenta, na co ten ostatni nie chciał się zgodzić. Z całym szacunkiem i uznaniem dokonań ministra, tutaj racji nie miał. Awanse były tylko pokłosiem tego konfliktu - próbą wywarcia nacisku na MON. 4. "Krótka ławka" uwidoczniła się jeszcze przed konfliktem, brak nominacji tylko zjawisko pogłębił. A związane jest to z wytworzeniem w czasach poprzedniej władzy grupy oficerów promowanej ze względów politycznych, a nie merytorycznych. Po prostu niektórzy zauważyli, że odpowiednia postawa, przysługi itp. ułatwiają i przyspieszają karierę bardziej niż wyniki. Ludzie z doświadczeniem, osiągnięciami, po misjach i zagranicznych szkołach, odchodzili z wojska z braku perspektyw, a karierę robili inni. Nowa administracja miała więc duże problemy ze znalezieniem osób kompetentnych i dających gwarancję wykonania zadań. Zachowanie kilku czynnych i w st. sp. generałów pokazuje, jak duży to problem.

Janusz
środa, 3 stycznia 2018, 16:57

Zgadzam się w 100%. Nie zmienia to co prawda obrazu sytuacji, ale inaczej rozkłada akcenty sporu, uwidaczniając negatywną rolę min. Macierewicza.

flutek
środa, 3 stycznia 2018, 15:30

Ad.1 Jeśli MON chce dać komuś nowy stopień i stanowisko, a Prezydent odmawia, to znaczy że tej kandydatury obie strony ze sobą nie uzgodniły - elementarna logika. To że ktoś dostał przy okazji odznaczenie, lizaka czy pochwałę do akt nie zmienia tego faktu. A ponieważ prezydent nie zgadzał się tylko na niektóre awanse, za to MON nie zgodził się na awansowanie tylko zaakceptowanych przez BBN kandydatów, to znaczy że awanse generalskie tych z nich, na których zgadzają się obie strony stały się przedmiotami w rozgrywce polityków. Również to jest proste jak 2+2. Ad.2 Jakoś ta "bublowata" konstytucja funkcjonuje od ponad 20 lat i jest to pierwszy taki przypadek. Zrzucanie wszystkiego na "nieprecyzyjne artykuły" i jednoczesne zamykanie oczu na ewidentny konflikt ambicjonalny to czysta hipokryzja. I którzy to prezydenci "właściwie się do wojska nie wtrącali" - czy Lech Kaczyński, który osobiście na szczytach NATO podejmował wszystkie strategiczne decyzje dotyczące obronności, a mimo otwartego konfliktu z rządem Tuska z Klichem jako MON potrafił się jednak dogadywać? Czy może wojskiem nie interesował się były szef MON Komorowski, który doprowadził do zapewnienia wojsku stałego i rosnącego wraz z PKB budżetu a w BBN zostawił ludzi Kaczyńskiego? Podaj jakieś przykłady, bo póki co wygląda to na niczym nie poparte naciąganie faktów do zasłyszanej tez. Ad.3 "Awanse były tylko pokłosiem tego konfliktu - próbą wywarcia nacisku na MON" - przypomnę tylko, że w pierwszym punkcie twierdziłeś, że konfliktu między politykami obozu władzy nie ma, żołnierze nie są przedmiotami w rozgrywce między tymi politykami, a awanse uzgodniono. Ad.4 Proszę podać jakieś przykłady takich "grup oficerów promowanych ze względów politycznych". Bo oficerowie z doświadczeniem, osiągnięciami, po misjach i zachodnich szkołach, rzeczywiście odchodzili z wojska, ale w latach 2016-17! Generałowie tacy jak Różański, Gut, Patalong, Bartniak, Ambroziak, Drewniak byli początkowo awansowani już przez obecną władzę, ale gdy mimo to nie chcieli swoimi twarzami firmować kolejnych głupich zmian szkodzących WP odchodzili. Gdyby było tak jak piszesz, to wyrzucono by ich od razu, a nie dawano kolejne gwiazdki i nowe stanowiska - zdecydowana większość z kilkudziesięciu generałów i dwustu pułkowników odeszła sama widząc co się dzieje, bo nie chcieli zamienić swojego żołnierskiego honoru na kolejne apanaże. Proszę zwrócić również uwagę, że nawet teza jakoby w wojsku istniał jakiś układ, całe grupy oficerów, którzy karierę zawdzięczają układom politycznym a nie kompetencjom pojawiła się dopiero PO fali odejść - jakoś dziwnie wygląda to na wymówkę wymyśloną po fakcie, niż realizacja zapowiedzi z exposé. A tak à propos tego, kto przychodzi na miejsce oficerów szkolonych na uczelniach innych państw NATO i zdobywających doświadczenie na misjach w Iraku i Afganistanie, to chyba nie czytał Pan informacji o tym, że 13/14 kandydatów na generałów ma za sobą członkostwo w PZPR i ZSMP w latach 80. kiedy nikt nie wstępował tam z przyczyn ideowych. Promujemy zasłużonych, czy jednak pokornych? I to za tej władzy zdarzały się przypadki kilkunastu awansów w ciągu zaledwie roku, kiedy to kapral został oficerem - proszę podać kiedy to "odpowiednia postawa, przysługi itp. przyspieszały karierę" w takim stopniu za poprzedniego rządu?

Piotr
niedziela, 31 grudnia 2017, 20:04

Premier musi odpowiadać za armię.Bo to premier wybiera ministra mon , decyduje o finansach ,odpowiada za politykiem zagraniczna kraju a nie pan prezydent.

WERBEL
środa, 3 stycznia 2018, 22:14

Reasumując pycha idzie przed upadkiem

PRS
niedziela, 31 grudnia 2017, 12:46

,,Prezydent i minister przez ostatnie miesiące nie potrafili dogadać się także w sprawie przyszłości systemu kierowania i dowodzenia siłami zbrojnymi. Publicznie obie strony podkreślają, że należy zmienić obecne struktury, wprowadzone w 2014 r. przez tercet: prezydent Bronisław Komorowski, szef MON Tomasz Siemoniak i szef BBN Stanisław Koziej. Kontrreforma ma polegać na przywróceniu szefowi Sztabu Generalnego Wojska Polskiego roli najważniejszego dowódcy w czasie pokoju i wojny oraz odtworzeniu osobnych dowództw rodzajów sił zbrojnych." To jest nasza największa wspólna porażka. Sympatie oraz animozje polityczne nie mają żadnego znaczenia. Wtopa jest wtopa. Dla przypomnienia z pośród kandydatów na Prezydenta RP tylko dr Magdalena Ogórek wiedziała ,,o co chodzi". Ale po utworzeniu rządu przez Zjednoczoną Prawicę ten temat od razu był omawiany. Już lata lecą a nic nie zostało naprawione. Dla mnie jako obywatela i podatnika punkt ciężkości sporu na linii Prezydent (a dokładnie leśne dziadki z BBN) - MON (,,MON i BBN spierają się o szczebel operacyjny") jest rzeczą prawie że nieistotną (co nie znaczy, że nie jest rzeczą ważną) wobec jak najszybszego porozumienia się i naprawy rzeczy najważniejszej (czyli ustanowienia ,,wodza"). Brak nominacji generalskich całkowicie mi jako podatnikowi nie przeszkadza. To żeby koniecznie Generał ,,dowodził" dwoma batalionami żołnierzy (z czego ze 40% to kierowcy i zaplecze) to zupełne kuriozum. W naszej tradycji pułkiem dowodzi... Pułkownik. A tu mamy ,,papierowe" brygady składające się z dwóch batalionów którymi koniecznie dowodzić musi Pan Generał. I z tym trzeba zrobić porządek.

Orkan
wtorek, 2 stycznia 2018, 02:32

W wojskach manewrowych nie mamy już pułków tylko brygady. Niektóre brygady maja etat pokojowy dlatego generał dowodzi okrojoną brygadą. Dowodzenie brygadą w NATO jest normą a nie wydarzeniem. W naszej tradycji pułkiem dowodził major/ppłk z rzadka pułkownik gdyż za czasów RON to była synekura dla magnatów a za czasów II RP pułkownik był (i tu kuriozum) dowódcą dywizji lub dowódcą PD.

Blady
poniedziałek, 1 stycznia 2018, 09:55

Po pierwsze, formalnie Prezydent i Minister ON wywodzą się z tego samej partii politycznej, ale faktycznie z zupełnie innych środowisk. Po drugie, moim zdaniem to minister powinien być rzeczywistym "kierownikiem" sił zbrojnych, bo ma po prostu do tego narzędzia i możliwości. Prezydent to "papierowy tygrys" w tym przypadku. Po trzecie, BBN - ten organ prezydencki należałoby drastycznie zreformować, w tym personalnie. I tu dostrzegam negatywny wpływ na Prezydenta w kwestii jego "militarnych" uprawnień.

Ramon
poniedziałek, 1 stycznia 2018, 17:11

" Trudno się dziwić, bo w otoczeniu prezydenta nikt już nie wierzy w obietnice i zapewnienia ministra obrony. Obecny szef BBN Paweł Soloch porównał publikacje w zaprzyjaźnionych z szefem MON mediach do wojny hybrydowej " Dwie uwagi, Po pierwsze, nie tylko w otoczeniu prezydenta RP występuje deficyt zaufania wobec ministra Macierewicza. Sądzę, że Amerykanie także mają go dość. Na system Patriot minister Macierewicz otrzymał cenę zaporową. O negocjacjach w sprawie programu Homar, minister Macierewicz mówi że są trudne. Jak na polityka wywodzącego się z obozu władzy, który swoje istnienie opiera na propagandzie sukcesu, to dosyć odważna konstatacja. I w rzeczywistości oznacza że jest bardzo, ale to bardzo nieciekawie. Po drugie, sam prezydent Duda nazywa metody ministra Macierewicza "bolszewickimi". Macierewicz bolszewikiem?!? Robi się ciekawie :)

Reklama
Tweets Defence24
 
Reklama
Reklama