1500 amerykańskich żołnierzy trafi do Iraku

8 listopada 2014, 12:21
Amerykańscy żołnierze mają w założeniu wspierać siły irackie, nie biorąc bezpośredniego udziału w operacjach bojowych. Fot. Capt. David Franklin, 2nd Sqdn., 1st Cav. Reg., UPAR, USD-C/US Army.

Prezydent Stanów Zjednoczonych Barack Obama wyraził zgodę na rozmieszczenie w Iraku dodatkowych 1500 żołnierzy sił zbrojnych USA w celu wsparcia działań przeciwko organizacji terrorystycznej Państwo Islamskie.

Według komunikatu Departamentu Obrony amerykańscy wojskowi będą doradzać Irakijczykom na szczeblu brygady i wyższym. Planuje się również przeprowadzenie kompleksowego programu szkolenia dla 12 lokalnych związków taktycznych, w tym 9 brygad irackich wojsk rządowych i 3 jednostek kurdyjskich. 

Żołnierze sił Stanów Zjednoczonych według oficjalnych informacji nadal nie będą bezpośrednio uczestniczyć w operacjach bojowych. Podkreślono, że działania na rzecz wzmocnienia sił irackich będą realizowane wspólnie z państwami koalicji. Minister obrony Danii zadeklarował gotowość do wydzielenia 120 instruktorów wojskowych w celu wsparcia operacji przeciwko ISIL.

Przewiduje się, że szkolenia Irakijczyków i Kurdów potrwają sześć do siedmiu miesięcy, a przygotowanie odpowiednich warunków do ich przeprowadzenia zajmie około dwa miesiące. W związku z działaniami przeciwko terrorystom Barack Obama skierował do Kongresu wniosek o przyznanie dodatkowych funduszy w kwocie 5,6 mld USD, z czego 1,6 mld ma zostać przeznaczone na omawiany program szkolenia i wyposażenia sił irackich.

Reklama
KomentarzeLiczba komentarzy: 12
Reklama
O.K.
sobota, 8 listopada 2014, 21:52

Takie są efekty tzw. "politycznych rozwiązań" kryzysu w Iraku i ulegania naciskom tzw. "przeciwników wojny w Iraku" (a tak naprawdę przygłupawych anty-amerykańskich lewaków). Czy nikt, żaden analityk czy polityk, nie rozumie skąd się tak naprawdę wział ISIS? Że są to tak naprawdę ludzie z dawnej saddamowskiej bezpieki, którzy jeszcze PRZED wojną w 2003, zostali przeszkoleni na działających na tyłach Amerykanów komandosów, swoisty Wehrwolf. Saddam liczył że z ich pomocą odzyska władzę po ucieczce zniewieściałych Amerykanów, się przeliczył, ale cały jego aparat terroru przetrwał nienaruszony. A następnie przeszedł pod komendę wywiadu syryjskiego, działając pod szyldem Al-Kaidy -z prostej przyczyny, Baszar al Assad, rządzący Syrią gangster wiedział że kiedyś to on może podzielić los Saddama. Tak samo myśleli irańscy ajatollachowie. To właśnie Syria i Iran stoją za terrorem w Iraku. Bez ich sponsoringu to terroryzm wygasłby już z 10 lat temu. Ale te bandyckie reżimy wiedziały doskonale że im dłużej Amerykanie ugrzęzną w Iraku, tym dłużej nie będą w stanie rozliczyć ich z ich zbrodni. Dlaczego w Iraku cackano się tak długo? Ano jest to wina antyamerykańskich mediów, i obozu tzw. "antywojennego", oraz niewyobrażalnego frajerstwa Amerykanów. Tam było doskonale wiadomo kto stoi za terrorem. Lecz gdy tylko aresztowano tych łajdaków, zaraz lewactwo krzyczało jacy to Amerykanie źli i okrutni, i że w Iraku należy dążyć do "narodowego pojednania". No i w ramach tego "pojednania" ogłaszano amnestie, gesty dobrej woli, i wypuszczano złapanych saddamowskich zbrodniarzy. Ci się rozbuchali, bo w ten sposób zapewniono im totalną BEZKARNOŚĆ. Dolicz do tego totalny chaos informacyjny, kłamstwa powtarzane przez lewackie media, krótkowzroczność polityków, półgłówkowatość i brak jaj u wojskowych (żaden nic nie zrozumiał, ani nie przeciwstawił się idiotycznym decyzjom politycznym!) i mamy co mamy. Taka postawa po wycofaniu Amerykanów została odziedziczona przez iracki rzad -tak ich Zachód nauczył. I teraz pół Iraku jest pod kontrolą saddamowców sprzymiezonych z islamistami -mających (dzięki ciągłym amnestiom rzecz jasna) opinię "niezwyciężonych". Wiadomo jak to działa na morale irackich wojsk... To nie przypadek że ISIS działa w Syrii. Kiedy w 2011 wybuchło tam powstanie, główną siłą była prozachodnia i prodemokratyczna Wolna Armia Syrii. I OBOWIĄZKIEM Zachodu było wówczas interweniować, obalić ludobójcę Baszara al Assada i zaprowadzić (siłowo!) demokratyczny porządek. Ale Zachód stchórzył. Stchórzył bo był zmęczony użeraniem się w Iraku i Afganistanie (a nie mógł wygrać tylko przez własną głupotę, sił i środków miał aż nadto). Stchórzył bo John Kerry, na własne życzenie dał się zrobić jak dziecko Ruskim, widzącym w Syrii swego ostatniego na Bliskim Wschodzie wasala. A przede wszystkim stchórzył ze względu na iście genialną podwójną grę Baszara al Assada. Skąd islamiści się wzięli w Syrii? Ano bardzo prosto, zostali oni sprowadzeni z Iraku... przez Baszara al Assada! To on ich przecież sponsoruje! To on ich zawezwał, i przedstawił się jako... OFIARA(!) terroryzmu islamskiego! Dając w ten sposób Zachodowi fałszywy dylemat, albo ja, albo islamiści. Ci drudzy tak naprawdę nie są dla Assada zagrożeniem -tym byłaby interwencja wojskowa Zachodu. Ten jednak, zgnuśniały i zniechęcony, po prostu ZDRADZIŁ siły prodemokratyczne w Syrii. Czyniąc w ten sposób NIEWYBACZALNY BŁĄD, bo dając tym ludziom jedyną alternatywę w postaci islamistów. Których ich sponsor i (jedynie oficjalny) wróg może spokojnie zepchnąć, ano gdzie? Do Iraku -doprowadzając tamtejszy prozachodni rząd na skraj upadku. Wkrótce możemy spodziewać się "bratniej pomocy" Iranu i przejęcia kontroli nad tamtejszym szyickim południem. Do tego te dwa zbrodnicze reżimy dążyły od początku. Tak w skrócie wygląda analiza wojny w Iraku. Współpraca ISIS z Asadem: http://www.telegraph.co.uk/news/worldnews/middleeast/syria/10585391/Syrias-Assad-accused-of-boosting-al-Qaeda-with-secret-oil-deals.html http://www.powerlineblog.com/archives/2014/07/the-isis-assad-alliance.php Tu jest wspaniały wywiad na temat powiązań ISIS z saddamowcami: http://rudaw.net/mobile/english/interview/29062014

:)
niedziela, 9 listopada 2014, 14:42

Od dłuższego czasu czytam twoje komentarze i szczerze mówiąc, są bardzo interesujące. Mam pewne wątpliwości co do tego, czy islamscy ekstremiści rzeczywiście są pogrobowcami partii Ba'as. Niemniej jednak nabieram coraz większego przekonania, że Assad do tego rękę przyłożył, wydaje mi się tylko, że cała intryga w pewnym momencie mu się z rąk wymknęła i zaczęła żyć własnym życiem. Co nie przeszkadza mu używać ISIS jako tarczy przeciw zachodniej interwencji ("Przecież walczę z islamistami, nie możecie mnie atakować"). Były przecież informacje o "tajemniczym" znikaniu z syryjskich więzień tysięcy osadzonych za ekstremizm religijny. Albo sławetne "ucieczki" z więzień - mur cały, strażnikom włos z głowy nie spadł, a 250 skazanych za przynależność do organizacji islamistycznych... wyparowało, jak dżin z lampy. Co do współpracy Assada z ISIS na stopie naftowej, to jest znany, choć nieczęsto powtarzany fakt - mówi się, że "paradoksalnie" reżym jest jednym z głównych klientów eksportu ropy przez Państwo Islamskie. Muszę ci niestety przyznać rację, w sprawie cackania się w Iraku. Amerykanom udało się zaprowadzić porządek dopiero po objęciu dowództwa przez gen. Davida Petraeusa, który oparł strategię walki z islamistami na 3 prostych filarach. Po pierwsze współpraca z każdym, kto chce walczyć z Al-Kaidą - to dlatego nagle wyroiło się wówczas tyle rozmaitych ugrupowań (vide sunnicka "rada przebudzenia"), które z bronią w ręku wspierały Amerykanów. "O dziwo" okazało się, że uzbrojeni miejscowi są dużo bardziej skorzy do współpracy i dużo mniej "nienawidzą Ameryki", niż ci rozbrojeni - ot po prostu nie musieli się bać "nocnych sądów". Po drugie - zwiększona obecność wojska (wymusił na Waszyngtonie przysłanie posiłków) i taktyka ukierunkowana na niszczenie wroga: W razie kontaktu, wróg ma zostać wyeliminowany, i trzeba go cisnąć tak długo, aż się tak stanie. I stały się wielodniowe bitwy US Army z islamistami wokół Bagdadu, które musiały skończyć się w wiadomy sposób, jak zawsze, gdy partyzantka prowadzi bitwy z regularnym wojskiem. A po trzecie, to, o czym długo nie wspominano, bo było "wstydliwe", "szokujące" i ogólnie nieprzyswajalne dla zachodniej opinii publicznej - i wciąż nie jest. Nocne rajdy sił specjalnych, pod zwierzchnim dowództwem gen. Stanley'a McChrystala, które polegały na tropieniu zgrupowań, przywódców i ogólnie ważnych postaci miejscowej Al-Kaidy, a następnie na wybijaniu ich do nogi. W ten sposób likwidowano całe pododdziały, które w nocy, na własnym terenie, nie spodziewały się zagrożenia. Pamiętam, że słyszałem kiedyś, że w Bagdadzie, "w wyniku porachunków międzyfrakcyjnych" zginął szef Al-Kaidy na Irak. Kilka lat później okazało się, że jego, jego obstawę i ludzi, z którymi miał się spotkać stuknęli komandosi z Operational Detachment Alpha, właśnie w ramach tej operacji.

pinokio
sobota, 8 listopada 2014, 21:37

to znowu wroca i to na dluzej,ale teraz to nie wygraja.

wer
sobota, 8 listopada 2014, 17:35

I po co było się wycofywać? A tylu mądrych ludzi mówiło że to jest operacja na kilka dekad.... Ale tak to jest jak do władzy dorwie się... No nie będę kończył

pinokio
sobota, 8 listopada 2014, 21:37

a po co bylo wchodzic?

Jack Bauer
niedziela, 9 listopada 2014, 16:16

Trzy bataliony zaporowe US Army zachęcą do walki dzielna armię iracką.

:)
wtorek, 11 listopada 2014, 02:17

Trzy bataliony US Army odpowiednio użyte, mogą zdziałać więcej, niż dzielna armia iracka razem wzięta. W "batalionach zaporowych" gustuje wschód, zachód preferuje bataliony kinetyczne.

Bonhart
sobota, 8 listopada 2014, 14:28

Ledwie wyjechali a już muszą wracać, moc demokracji...

:)
niedziela, 9 listopada 2014, 14:50

Wyjechali za wcześnie, każdy mądry człowiek to wtedy mówił. Obama po prostu uparł się, bo to była jego obietnica wyborcza - mniej więcej od 2010 roku uważam, że ten człowiek w Białym Domu to najgorsze, co się Amerykanom zdarzyło od dłuższego czasu. Poza tym Maliki upierał się, że nie chce u siebie Amerykanów, z prostej przyczyny - kraj spokojny, można kręcić lody, ustawiać kumpli i rodzinę, więc po co mają mi patrzeć na ręce? Brakowało tutaj kogoś z charakterem, kto by Panu Malikiemu przypomniał, kto go na stołku posadził i kto mu ten stołek może spod d... wyciągnąć. A Obama pod tym względem jest tragiczny, on nie umie postawić się Filipinom, Afganistanowi, ani Panamie. Ja rozumiem i chwalę brak "imperialnej pychy" (jaką widzimy na przykład w Rosji), ale przeginać w drugą stronę też nie można. Wojna w Iraku była wygrana, wystarczyło tylko tego nie spieprzyć. Każdy, kto twierdzi, że "Irak to drugi Wietnam", powinien porównać sceny z odwrotu z Sajgonu do wyjścia wojska amerykańskiego z Iraku - w drugim przypadku po prostu załadowali się na ciężarówki i wyjechali autostradą do Kuwejtu. Bez incydentów, bez starć, bez ofiar, bo zostawiali za sobą spacyfikowany i w miarę stabilny kraj. A że za przyzwoleniem swojego prezydenta zostawiali go w rękach skorumpowanego i nieudolnego Malikiego, to po kilku latach mamy, co mamy.

Wojmił
sobota, 8 listopada 2014, 14:14

no nareszcie...

Riddler
sobota, 8 listopada 2014, 14:04

Patrząc na ilość sprzętu porzuconego przez wojska irackie, chyba można zaryzykować tezę, że coś słabo ich wyszkolili.

:)
poniedziałek, 10 listopada 2014, 15:26

Ktoś postawił gdzieś kiedyś tezę, że wojska arabskie mogą skłonić do zażartej walki tylko dwa czynniki - despotyczny zamordyzm, albo religijny fanatyzm. Tak w kontekście "ducha bojowego" armii irackiej. Można śmiało zaryzykować stwierdzenie, że to co stało się w północnym Iraku kilka miesięcy temu, to największa kompromitacja arabskiej armii od 1967 roku. A nawet większa od tamtej.

Tweets Defence24