Reklama

Rosyjska „prawda” o systemie S-400

26 stycznia 2017, 17:40
Reklama

O rakietowym systemie przeciwlotniczym i przeciwrakietowym S-400 „Triumf” wiadomo tylko tyle, ile chcą Rosjanie. Tymczasem, to rosyjskie uzbrojenie ma niedoskonałości, których znajomość pozwoli spokojniej reagować np. na ciągle ponawiane przez Kreml groźby rozlokowania systemu S-400 w Obwodzie Kaliningradzkim.

W przypadku baterii systemu S-400 Rosjanie są w idealnej sytuacji. Jak dotąd żadne państwo poza Rosją nie otrzymało bowiem tego uzbrojenia, a dodatkowo nigdy nie zostało ono  użyte w faktycznych działaniach wojennych. Swojego „chrztu bojowego” nie miał również poprzednik „Triumfa” – system S-300.

Jak na razie nie było więc sposobności na uczciwe zweryfikowania tego, co Rosjanie ujawnili na temat możliwości jego następcy. Dzięki temu władzom na Kremlu udało się wykreować mit systemu, który w promieniu 400 km potrafi zestrzelić wszystko, co pojawi się w powietrzu. Dodatkowo manipulując i sterując analizami, często wskazuje się na to, czego w rzeczywistości rosyjski system jeszcze długo nie będzie w stanie zrobić.

Systemy S-300 i S-400 nie były jeszcze zweryfikowane w działaniach bojowych. fot. mil.ru

Jak Rosjanie sterują strachem w krajach zachodnich?

Bardzo dobrym przykładem propagandowego działania jest „panika”, jaka wybuchła po informacji, że baterie S-400 zostały sprzedane do Chin. Krótko po tym pojawiły się bowiem rosyjskie analizy, cytowane później przez zachodnie media, że baterie przekazane z Rosji będą zdolne do pokrycia całości przestrzeni powietrznej nad Tajwanem. A „oznacza to, że naziemna obrona przeciwlotnicza ChRL będzie mogła znacząco utrudnić wykonywanie operacji powietrznych nad wyspą”.

Analiza Moskiewskiego Centrum Analiz Strategii i Technologii nie uwzględniła jednak tzw. „horyzontu radiolokacyjnego”, który powoduje, że w najbliżej leżącej do Chin części Tajwanu (ok. 160 km od stałego kontynentu i Chińskiej Republiki Ludowej) rakiety systemu S-400 teoretycznie będą mogły atakować jedynie cele lecące powyżej pułapu 800 m - i to też tylko w sytuacji, gdy radary systemu uda się ustawić na wzniesieniu brzegowym o wysokości 100 m. Jeżeli stanowiska będą na poziomie morza to ten pułap bezpieczny dla tajwańskich samolotów będzie sięgał aż do 1150 m. Samoloty startujące z lotnisk na Tajwanie będą więc niezagrożone, jeżeli zachowają odpowiedni sposób latania.

Radar i w ogóle cały system wskazywania celów jest „najsłabszym” ogniwem systemów S-300 i S-400, ponieważ jest ograniczony „horyzontem radiolokacyjnym” – fot. mil.ru

Taka sama analiza dotyczy również Polski, jeżeli system S-400 pojawi się w Obwodzie Kaliningradzkim. Tym bardziej, że w tym obwodzie sytuacja jest dla Rosjan o wiele mniej sprzyjająca. Po pierwsze, teren ten jest płaski i pokryty drzewami. Po drugie, praktycznie cały obszar Obwodu Kaliningradzkiego znajduje się w zasięgu samobieżnych systemów artyleryjskich z Polski i Litwy (odległość z północy na południe to około 100 km). Rosyjskie baterie byłyby więc w razie ewentualnego konfliktu narażone na natychmiastowe zniszczenie zaraz po rozpoczęciu pracy przez własne systemy radiolokacyjne (nie mówiąc o wystrzeleniu rakiety). Rosjanie wiedzą oczywiście o takim zagrożeniu i zawsze z bateriami S-300/S-400 rozstawiają kołowe, samobieżne, przeciwlotnicze zestawy rakietowo-artyleryjskie krótkiego zasięgu Pancyr-S1. Ale nie są one jak na razie skuteczne przeciwko ostrzałowi artyleryjskiemu.

Gdyby jednak nawet siłom powietrzno-kosmicznym Rosji udało się w jakiś sposób zabezpieczyć baterie S-400 przed zniszczeniem, to i tak na pewno nie mają one możliwości zwalczania nad Polską wszystkiego, co lata w promieniu 400 km. I nawet jeżeli Rosjanie zastosowaliby swoje najwyższe maszty radarowe o wysokości 36 m, to i tak samoloty F-16 nad lotniskiem 31 Bazy Lotnictwa Taktycznego w Krzesinach byłyby niewidoczne (a więc bezpieczne) dla systemu S-400 do pułapu 8200 m.

Bezpośrednią obronę przeciwlotniczą dla baterii przeciwlotniczych S-300 i S-400 mają zapewnić kołowe zestawy rakietowo-artyleryjskie Pancyr-S1 – fot. mil.ru

W miarę zbliżania się do Obwodu Kaliningradzkiego ten pułap bezpieczny oczywiście by się obniżał, ale i tak nad Okęciem wynosi on aż 4000 m. W tym przypadku o wiele bardziej niebezpieczne byłyby baterie S-400 ewentualnie rozmieszczone na Białorusi, ponieważ wtedy samoloty nad Warszawą musiałby latać poniżej 1820 m. Rzeczywisty problem miałby lotniska dopiero w odległości poniżej 100 km od Rosji: Malbork (pułap bezpieczny około 250 m) i Pruszcz Gdański (pułap bezpieczny 320 m). Ale to wcale nie oznacza, że lotnictwo polskie zostanie uziemione. Po prostu musi odpowiednio latać, a po wprowadzeniu rakiet „powietrze-ziemia” JASSM, o zasięgu ponad 300 km nikomu nie powinno to już przeszkadzać.

Jak się jednak okazuje, rosyjskim problemem nie jest tylko fizyka i prosta teoria zasięgu radiolokacyjnego, ale również sama struktura baterii oraz elementy wchodzące w jej skład – w tym nawet tak zachwalane przez wszystkich rakiety przeciwlotnicze.

Czym rzeczywiście jest system S-400?

Sami Rosjanie przyznają, że S-400 „Triumf” nie jest zupełną nowością, ale w rzeczywistości „jedynie” wersją rozwojową rakietowego systemu przeciwlotniczego S-300 „Faworit” – produkowanego seryjnie jeszcze w Związku Radzieckim od 1975 r. Większość ludzi kojarzy te baterie z charakterystycznymi wyrzutniami rakietowymi pionowego startu. Jest w tym dużo racji, ponieważ w rzeczywistości to właśnie ten element systemu – przynajmniej wizualnie, był poddany najmniejszym zmianom. Kontenery startowe rakiet z urządzeniem katapultującym wyrzucającym ładunek w powietrze (by dopiero w górze, na wysokości ponad 10 m uruchomić w pociskach silniki rakietowe), stały się znakiem rozpoznawczym rosyjskiego rozwiązania.

Radar ST-66 był prawdopodobnie jedynym elementem systemu S-300 sprowadzonym do Polski. Jest w tej chwili eksponatem Muzeum Wojska Polskiego w Warszawie. Rosjanie również nie wspominają o jego wykorzystywaniu operacyjnym – fot. M.Dura

Wszystkie inne części składowe baterii S-300 były modernizowane, albo w większości przypadków wymieniane na nowe. Zmieniały się przede wszystkim środki transportu, ponieważ stworzono wersję kontenerową - transportowalną (np. S-300PT) – z której później zrezygnowano – i samobieżną (np. S-300PS). Wymieniano także radary obserwacyjne i podświetlania celów, których było co najmniej piętnaście. W międzyczasie pojawiały się również nowe rakiety, które oficjalnie „zwiększały elastyczność i możliwości systemu”, a tak naprawdę eliminowały wady poprzednich rozwiązań i zawierały nowe, lżejsze systemy sterowania i kierowania.

Radar ST-66 był prawdopodobnie jedynym elementem systemu S-300 sprowadzonym do Polski. Jest w tej chwili eksponatem Muzeum Wojska Polskiego w Warszawie. Rosjanie również nie wspominają o jego wykorzystywaniu operacyjnym – fot. M.Dura

Trzeba przy tym pamiętać, że Rosjanie zaczęli wprowadzać coraz to nowe i liczne wersje systemów S-300 nie tylko dlatego, że chcieli, ale dlatego że musieli. „Faworit” wszedł bowiem do seryjnej produkcji w 1975 r., a w tym czasie nastąpił ogromny skok, jeżeli chodzi o rozwój systemów elektronicznych i obliczeniowych. Dodatkowo prace nad jednymi elementami baterii często przebiegały szybciej niż nad innymi. Produkcja jednak musiała trwać i stąd pomiędzy docelowymi wersjami pojawiły się wersje pośrednie.

Taka sytuacja powstała np. gdy opóźniały się prace nad podwoziem i zdecydowano się na wprowadzenie wersji kontenerowej – z pięcioma kontenerami startowymi. Podczas pierwszych startów zauważono wady takiego rozwiązania i stąd pojawiła się koncepcja naczepy z kasetą czterorakietową i hydraulicznym systemem jej podnoszenia i rozkładania podpór.

Z zewnątrz wygląda to na ogromne zamieszanie i trudno jest znaleźć opracowanie, w którym ktoś odważyłby się na konkretne opisanie, czym różnią się kolejne, oddawane do wojsk baterie S-300 wyprodukowane przez producenta - koncern „Ałmaz–Antej”. Nie robi się tego również w odniesieniu do baterii S-400, chociaż na zdjęciach widać wyraźnie, że w trakcie produkcji nawet w tak nowym systemie już są wprowadzane zmiany. Zamieszanie pogłębia fakt, że Rosjanie rozróżniają dwie rodziny systemów S-300: z indeksem „P” dla sił powietrzno – kosmicznych i z indeksem „W” – dla wojsk lądowych. A przecież równolegle trwały jeszcze prace nad systemami okrętowymi S-300F („Fort” i „Rif”).

System S-300F to praktycznie największa niewiadoma. Rosjanie od dawna nie chwalą się próbnymi strzelaniami z tego zestawu na swoich okrętach. Tymczasem wszystkie inne systemy rakietowo – artyleryjskie są systematycznie opisywane podczas testów na stronie rosyjskiego ministerstwa obrony. W przypadku wyrzutni „Fort” i „Rif” panuje jednak cisza. Może ona być oznaką tajemnicy, ale również sygnałem, że pojawił się jakiś poważny problem techniczny i większość tych systemów nie jest w pełni sprawna.

Nikt nie wie co tak naprawdę kryją kontenery wyrzutni S-300 i S-400 – fot. mil.ru

Najnowszymi propozycjami koncernu „Ałmaz-Antej” są: system S-400 - ostatnia modyfikacja linii S-300P oraz zestaw S-300WMD i S-300W4 - ostatnie modyfikacje linii S-300W. O tym jak baterie S-300WMD, S-300W4 i S-400 się rzeczywiście różnią wewnętrznie (poza pojazdami) wiadomo tylko tyle, ile chcieli Rosjanie. I nikt jak dotąd nie miał możliwości zweryfikowania tych informacji.

Co wymieniono, a czego prawdopodobnie nie?

Brak części zamiennych, a przez to ograniczone możliwości prowadzenia napraw, spowodował, że starsze odmiany baterii trzeba było stosunkowo szybko wycofywać. Ich modernizacja okazywała się bowiem kosztowniejsza od wyprodukowania nowego produktu. Kasowano więc radary, systemy kierowania i naprowadzania, wymieniając układy budowane na lampach, krzywkach i selsynach na układy półprzewodnikowe i komputerowe oraz… adaptowano do kolejnych wersji mniej starzejące się elementy – w tym przede wszystkim rakiety.

I to właśnie z tymi rakietami Zachód może mieć największy problem, jeżeli chodzi o określenie tego, co tak naprawdę może zrobić system S-400. System ten wykorzystuje przede wszystkim pociski z głowicami naprowadzanymi półaktywnie. Oznacza to, że cel musi być cały czas „podświetlony” przez specjalny radar naprowadzania 96Ł6-1/96Ł6-E - a więc być widoczny przez jego antenę. Takie zadanie nie może więc być realizowane przez inną stację radiolokacyjną wykorzystywaną np. przez wojska radiotechniczne, co znacząco ogranicza możliwości całego systemu. Przeciwnik eliminując radar podświetlania celu może bowiem wyeliminować wszystkie współpracujące z nim wyrzutnie – bez potrzeby ich niszczenia.

Tylko pozornie problemu tego nie ma, gdy Rosjanie wykorzystują pociski z aktywnymi głowicami radiolokacyjnymi (do zwalczania celów na maksymalnych zasięgach - około 400 km). Oczywiście dokładnego sposobu naprowadzania takich rakiet nie ujawniono, ale najprawdopodobniej i w tym przypadku muszą być one korygowane w locie. Niewielki radar w rakiecie nie może mieć przecież kilkusetkilometrowego zasięgu i dlatego prawdopodobnie jest włączany dopiero po zbliżeniu się do celu. Samodzielny lot inercyjny tylko w rejon wskazany przed startem przez naziemny system naprowadzania byłby o tyle ryzykowny, że rakieta dolatując do zadanego obszaru powietrznego mogłaby nie odszukać tam już celu (dolot do obiektu oddalonego o 400 km nawet przy prędkości 8 Mach zajmuje około 3 minut). Nawet przy prędkości poddźwiękowej atakowany samolot może bowiem odlecieć na zbyt dużą odległość.

Radar obserwacji dookólnej 96Ł6-1 pracujący dla potrzeb systemu S-400 – fot. www.lems.ru

Problemem jest też zasięg radarów podświetlających. Jest on w przypadku starszych stacji radiolokacyjnych zestawów S-300 często mniejszy niż najnowszych rakiet, i daltego nie mogą ich naprowadzać. Przykładowo stacja podświetlająca 9S32 wykrywała myśliwce na odległości około 140 km, a typu 30N6 na odległości do 300 km.

Chcąc skompensować horyzont radiolokacyjny Rosjanie umieszczali układy antenowe stacji wykrywających i podświetlających na wysokich masztach typu 40W6MD (o wysokości 36-39 m) i 40W6M (o wysokości 13-25 m). Ale i to nie załatwiało problemu, ponieważ zasięg radarów nie zależy tylko od wysokości samej anteny, ale również od konstrukcji nadajnika. Chcąc wykrywać niewielkie statki powietrzne na odległości 400 km potrzeba już dużej mocy, która automatycznie przekłada się na „cięższą” konstrukcję anteny (nawet w przypadku aktywnych anten ścianowych). A takiej anteny już wysoko się nie podniesie.

Rosjanie chwalą się też np. stosowaniem w systemie S-400 radarów na fale długie – na pasmo L, co może pomóc w wykrywaniu obiektów stealth. By jednak zachować odpowiednie wymagania odnośnie rozróżnialności również w takich stacjach konieczna jest stosunkowo duża i ciężka antena. Musi być więc ona umieszczona nisko, ale wtedy horyzont radiolokacyjny jest „bliżej”. Tak jest w przypadku stacji radiolokacyjnej wstępnego wykrywania systemu S-400 typu 91N6E.

Problem ten występuje także w radarach pracujących na wyższych częstotliwościach, takich jak radar naprowadzania 96Ł6-1/96Ł6-E systemu S-400 (pracującego w paśmie C: 4-8 GHz). Według źródeł rosyjskich może być podnoszony na maszcie, ale nigdzie nie pokazano zdjęć, na których byłoby widać, że to zrobiono. Przykładowo, w Syrii podniesiono antenę, ale tylko poprzez usypanie dla niej wysokiego nasypu.

W mediach rosyjskich często próbuje się wskazać, że rozwiązaniem tego problemu mogą być radary pozahoryzontalne. Oczywiście teoretycznie niemożliwym jest, by tego typu stacjami radiolokacyjnymi wydawać wskazania celów dla systemów rakietowych (ze względu na dokładność). Rosjanie jednak twierdzą inaczej i wskazują, że ich nowe radary tej klasy, jak Podsołnuch-E, już takie możliwości posiadają.

Problemem S-400 są nie tylko radary, ale również rakiety

Elementem się starzejącym najwolniej były rakiety, ale i one podlegały ciągłej modernizacji. Nie wiadomo, ile typów pocisków przeciwlotniczych jest obecnie na uzbrojeniu w systemie S-300 i S-400, ale od 1975 r. wprowadzono ich co najmniej kilkanaście. I znowu trudno jest zweryfikować, co jest w ofercie producenta – koncernu „Ałmaz-Antej”, a co rzeczywiście wprowadzono do jednostek – szczególnie jeżeli chodzi o nowości.

O tym, że nowe rakiety mogą nie być w powszechnym użyciu świadczą ostatnie doniesienia mediów zachodnich, że wysłany do Syrii system S-400 jest wyposażony „tylko” w „starsze” wersje pocisków. Tymczasem zgodnie z logiką do rejonu wojny powinno się wysyłać najnowsze i sprawdzone wersje systemów uzbrojenia. Brak nowych rakiet w Syrii może świadczyć albo o braku zaufania do ich możliwości, albo też o problemach z ich wprowadzeniem do wojsk.

Wyrzutnie systemu S-400 rozstawione w bazie Hmiejmin – fot. mil.ru

Nie przeszkadzało to jednak aparatowi propagandowemu z resortu obrony ogłosić, że „syryjskie” baterie S-400 mają na wyposażeniu najnowsze rakiety 40N6, a więc o zasięgu ponad 400 km. W podobnym tonie były pisane komunikaty odnośnie wprowadzenia nowych systemów na Krymie i w Zachodnim Okręgu Wojskowym – w tym przede wszystkim w Obwodzie Kaliningradzkim. Miało to sugerować obserwatorom, że rakieta 40N6 jest już operacyjna i powszechnie wprowadzana.

Podobne działania propagandowe zaczęły się po 2014 r., gdy do rosyjskich sił zbrojnych zaczęto wprowadzać baterie dla wojsk lądowych S-300W4. W marcu 2015 r. zaczęto w Rosji wyraźnie pisać o możliwości rażenia przez tego typu zestaw celów powietrznych oddalonych o ponad 400 km. Wskazywałoby to bezpośrednio na możliwość użycia rakiet 40N6, ale miesiąc później ukazał się komunikat, że rakieta ta ma dopiero przechodzić badania państwowe. Nie mogła być więc wykorzystana w systemie S-300W4.

Ostateczne wyjaśnienie złożył producent systemów Ałmaz-Antiej, który ujawnił agencji TASS, że system S-300W4 wykorzystuje trzy typy rakiet: małą 9M83M (krótkiego zasięgu), pośrednią 9M82M (o zasięgu do 200 km) i rakietę 9M82MD o zasięgu 400 km zdolną do zwalczania celów balistycznych poruszających się z prędkością większą niż 4500 m/s - opracowaną przez biuro projektowe Fakiel. Jest to więc inny pocisk niż 40N6 opracowany przez biuro projektowe Nowator.

Problem jest w tym, że rakiety 9M82MD i 40N6 nie są standardowym wyposażeniem baterii S-400 i S-300W4. Zauważono to po opublikowaniu pierwszych zdjęć systemu S-400 rozstawionego w rosyjskiej bazie lotniczej Chmiejmin w Syrii. Widać było na nich wyraźnie wyrzutnie mieszczące tylko cztery kontenery startowo-transportowe. Tymczasem rakieta dalekiego zasięgu 40N6 musi być większa, a więc nie zmieści się do zasobników wykorzystywanych w standardowych wyrzutniach.

Zdjęcia kabiny operatorskiej systemu S-300 wykonane w 2016 r. nie wskazują na stosowanie nowoczesnych systemów elektronicznych i komputerowych – fot. mil.ru

Przypuszcza się więc, że na jednym pojeździe będzie można rozmieścić maksymalnie dwa tak duże pociski, co potwierdzają publikowane na wystawach zdjęcia system S-300W4. Baterie tego typu są prezentowane z wyrzutniami posiadającymi cztery kontenery startowe (dla pocisków 9M83M) oraz wyrzutniami tylko dla dwóch kontenerów, ale za to dłuższych i o wyraźnie większej średnicy (dla pocisków 9M82M i 9M82MD). Tymczasem takiej konfiguracji w Syrii nie zauważono, pomimo, że istnieje tam cały czas zagrożenie użycia przez terrorystów taktycznych rakiet balistycznych.

Na Zachodzie pojawiła się więc nawet koncepcja, że rakieta 40N6 może nie być jeszcze w ogóle gotowa, a więc informacje o zasięgu 400 km nie są prawdziwe. W rzeczywistości może być tak, że są to pociski tak drogie, iż wykorzystuje się je jedynie w bateriach na stałe chroniących strategiczne obiekty – w tym Obwód Moskiewski. Natomiast nie będzie się ich na razie przerzucało do systemów mobilnych – takich, jakie mają być np. rozmieszczone w Obwodzie Kaliningradzkim. Przynajmniej na razie.

Sieciocentryczność – cel konstruktorów systemów S-400 i S-300

Tym, co rozwiązałoby rosyjskie problemy byłoby wprowadzenie sieciocentryczności i otwartości rosyjskich systemów rakietowych. Rosjanie oczywiście twierdzą, że już teraz ważną zaletą wszystkich zestawów rodziny S-300 jest możliwość pracy w różnych kombinacjach (w ramach tej samej modyfikacji) elementów wchodzących w skład baterii, ale jest w tym tylko część prawdy. Rzeczywiście w zestawach S-400 i najnowszych wersjach S-300 można dokompletować dodatkowe wyrzutnie rakietowe.

Wyrzutnie systemu S-400 – fot. mil.ru

Wszystko wskazuje jednak na to, że Rosjanie nadal zachowali hierarchiczny charakter organizacji swoich baterii i w takiej strukturze je wprowadzają do poszczególnych okręgów wojskowych. Oznacza to, że teoretycznie rosyjskie dowództwo może skompletować jakiś zestaw z kilku innych jednak ograniczy tym samym możliwości tych jednostek, z których elementy zostały wykorzystane.

Przeszkodą jest tu utrzymywana w Rosji zasada autonomiczności, która oznacza, że każda bateria ma mieć możliwości działania samodzielnie, bez kontaktu z wyższym dowództwem. Bardzo mocno komplikuje to i rozbudowuje ponad potrzeby strukturę organizacyjną każdej jednostki, która musi w razie potrzeby sama wykrywać, identyfikować, klasyfikować i wybierać cele do niszczenia. Rosjanie dekompletując baterie musieliby często odejść od tej zasady, a na to ich dowództwo nie jest - jak na razie - mentalnie przygotowane.

W oficjalnych komunikatach rosyjskiego ministerstwa obrony bardzo często pokazują się komunikaty o treningu wojsk obrony przeciwlotniczej w wykrywaniu celów powietrznych. Rosjanie nie robią tego by się chwalić, ale również próbują rozszerzyć liczbę sensorów, jakie można wykorzystać przy wskazywaniu celów dla systemów rakietowych dalekiego zasięgu.

Nawet po zastosowaniu masztów o wysokości 36 m system S-400 nie będzie widział celów na odległości 400 km poniżej 8000 m – fot. mil.ru

Za każdym razem komunikaty wskazują, że dane z zewnętrznych radarów nie idą bezpośrednio do baterii, ale najpierw na stanowisko dowodzenia sił powietrzno-kosmicznych oraz stanowisko dowodzenia obroną przeciwlotniczą okręgu wojskowego. To tam jest dopiero opracowywany rozpoznany obraz sytuacji powietrznej i to stamtąd wskazywane są cele do zniszczenia.

Może to oznaczać, że jak na razie Rosjanie nie są przygotowani, by do najnowszych baterii przeciwlotniczych podłączać dowolne stacje radiolokacyjne wykrywania celów powietrznych. Baterie S-400 i S-300 mogą więc z zewnątrz otrzymać jedynie konkretne wskazanie obiektów do zniszczenia z punktu dowodzenia, ale na kolejnych etapach, w tym przede wszystkim od startu rakiety, muszą już sobie radzić same.

Rosjanie nadal nie potrafią więc robić tego, co udało się już Amerykanom w zintegrowanym systemie kontroli i obrony przeciwlotniczej NIFC-CA (Naval Integrated Fire Control-Counter Air). System ten zakłada łączenie w całość różnych systemów wykrywania (sensorów) i pocisków rakietowych (efektorów). Dzięki temu Amerykanie uzyskali m.in. możliwość zwalczania celów powietrznych poza horyzontem (over-the-horizon air defense capability).

Dla rakiety oznacza to zdolność atakowania obiektów niewidocznych przez sensory okrętu z wyrzutnią i przejęcie naprowadzania rakiety (np. SM-6) na cel przez innych okręt, samolot wczesnego ostrzegania Northrop Grumman E-2D Advanced Hawkeye, czy nawet samolot wielozadaniowy F-35.

Stworzenie podobnego, sieciocentrycznego systemu kierowania ogniem przez Rosjan jest oczywiście możliwe. Wymagałoby to jednak wprowadzenia nie tylko odpowiedniego systemu dowodzenia i kierowania, ale również posiadania samolotów wczesnego ostrzegania. Tymczasem w tej dziedzinie Rosja jest nadal wyraźnie opóźniona w stosunku do Zachodu. Dodatkowo wykorzystanie statków powietrznych klasy AWACS latających nad Obwodem Kaliningradzkim jest mało prawdopodobne.

Antena radarów śledzących systemów S-300 i S-400 wynosi się obecnie w górę tylko poprzez ustawianie ich na wysokich nasypach – fot. mil.ru

S-400 i tak będzie w Obwodzie Kaliningradzkim

System S-400 i tak zostanie rozlokowany w Obwodzie Kaliningradzkim, w momencie kiedy bazujące tam baterie przeciwlotnicze wyczerpią resurs. Jest to normalny proces w rosyjskich siłach zbrojnych, który już został na pewno zaplanowany i który w odpowiednim czasie zostanie zrealizowany. Stąd też groźby Kremla w tym zakresie należy uznać za przejaw hipokryzji. 

Władze rosyjskie dokładają więc tylko podtekst polityczny pod to, co i tak jest nieuniknione, bez względu na to czy NATO zwiększy siły na swojej wschodniej flance i czy Amerykanie zbudują elementy tarczy antyrakietowej w Redzikowie. Co więcej, Rosjanie mogą zrealizować swoje plany bardzo szybko, ponieważ ich wyrzutnie rakietowe po wyjechaniu z samolotu transportowego w Syrii były gotowe do działań w ciągu 15 minut.

Należy się więc już teraz przygotować na nieuchronne rozstawienie systemu S-400 przy naszej północno-wschodniej granicy. System ten jest rzeczywiście bardzo niebezpieczny. Jednak to, że Rosjanie są mistrzami w projektowaniu rakiet przeciwlotniczych, nie oznacza wcale, że w innych dziedzinach nie mają problemów. Zadaniem dla Polski i NATO będzie więc zidentyfikowanie luk systemu i nauczenie się ich wykorzystywania. 

Rosjanie na pewno nie zdradzą co rzeczywiście potrafi system S-400 – fot. mil.ru

KomentarzeLiczba komentarzy: 43
Reklama
Anuluj
gnago
sobota, 7 października 2017, 13:45

Większość argumentów dotyczy każdego systemu plot. Fizyka i krzywizna Ziemi jest dla wszystkich jednaka

Icek
piątek, 3 lutego 2017, 15:31

Rzeczywiście Związek Radziecki,a później Rosjanie są "mistrzami" w projektowaniu systemów rakiet przeciwlotniczych. Z drugiej strony działania USA w Wietnamie, działania Izraela na bliskim wschodzie pokazały, że te systemy można z powodzeniem zwalczać.

chorąży
piątek, 3 lutego 2017, 15:31

@Icek Przykład Arabii Saudyjskiej, gdzie nieba bronią "patriot"-y pozwala wysnuć podobne wnioski. Procent skuteczności tychże Patryjtów broniących nieba przed starymi "skudami" wręcz powala :) Przysłowie mówi " Jak sie nie obrócisz, "plecy" zawsze z tyłu" Życzę nam aby nie trzeba było w "realu" sprawdzać skuteczności tej broni.

MPL
czwartek, 2 lutego 2017, 12:38

Trafna analiza, jednakowoż zawiera kolejny raz już prezentowaną tezę, iż systemy OP mogą być zwalczane przez JASSM-y. Można odnieść wrażenie, że ten system uzbrojenia ma stanowić remedium na wszystkie trapiące nas bolączki: zwalczanie celów strategicznych, obrony powietrznej, a może pojawią się niedługo postulaty jego wykorzystania do bezpośredniego wsparcia ogniowego jednostek znajdujących się w kontakcie bojowym. Chciałbym przypomnieć, że istnieją systemy lotniczego uzbrojenia, które są dedykowane do zwalczania jednostek OP, zarówno stacjonarnych, jak i mobilnych. AARGM (HARM-E) jest przykładem systemu niszczenia naziemnych systemów OP, który powinien zostać wprowadzony na uzbrojenie, także dla zabezpieczenia skutecznego użycia JASSM. Nie odnosząc się do szczegółów oceny S-300 i S-400 zaprezentowanej w artykule, sytuacja jest taka, iż niemal jedna czwarta polskiej przestrzeni powietrznej pozostaje w zasięgu oddziaływania rosyjskich i białoruskich systemów OP, a nasze siły zbrojne nie posiadają dedykowanych środków skutecznego przeciwdziałania. Tym samym pojęcie suwerenności przestrzeni powietrznej i zapewnienie swobody działania własnego lotnictwa stały się atrybutami wątpliwej wartości.

Z
czwartek, 2 lutego 2017, 12:38

"W zasięgu" nie znaczy "w sferze skutecznego rażenia"

Raptorek
czwartek, 2 lutego 2017, 10:49

Teraz musicie obniżyć te pułapy bo wyrzutnie S-400 ( z okazji Zapad 2017) będą się kręcić na granicy Polski i Białorusi, Wiec będą miały bliżej. Po drugie...radary nie tylko są naziemne, stacje radarowe na samolotach mają nieco większy zasięg niż 100-200 kilometrów, a to że nie dadzą rady naprowadzać rakiet S-400 to można wierzyć albo i nie. Jako twórca systemu na pewno zadbałbym o taką możliwość, albo wybudowałbym setki 80 metrowych betonowych wież z radarami dla S-400 i S-300 na szczycie, oczywiście bronione przez Palmy lub coś podobnego. Jak się ma tak bogatą i szeroką produkcje sprzęty wojskowego to można wybierać. Dla przeciwdziałania musielibyśmy już teraz mieć kilka dywizjonów MLRS M270 i HIMARS.oraz własne kilkadziesiąt sztuk Homara;

x
czwartek, 2 lutego 2017, 10:49

Może jak się uda Rosjanom obejść prawa fizyki ;) Przeczytaj artykuł jeszcze raz. 1) Pułapy sa podane dla systemów stacjonujących rozmieszczonych przy granicy. Bliżej nie będą miały, na pewno nie do Krzesin czy Łasku. 2) Systemy S-300 i S-400 nie mają zdolności sieciocentrycznych, celów nie może im wskazywać żaden inny radar, w szczególności żaden radar lotniczy.

Davien
czwartek, 2 lutego 2017, 10:49

Moze zapoznaj się ze sposobem naprowadzania rakiet 48N6 z S-400 bo moga byc naprowadzone wyłacznie przez własne radary naprowadzajace( taki urok półaktywnego sterowania) A co do tych wież radarowych to dobry pomysł-koszty będa takie że Rosji tylko te wieże zostana bo na reszte zabraknie im nawte kopiejki:)

realista
czwartek, 2 lutego 2017, 10:37

S - 400 wygląda mi na średnio zaawansowany system z nadmuchanym do nieprawdopodobnych rozmiarów balonikiem propagandowym. Po prostu elektronika to nie jest rosyjska specjalność, a bez elektroniki nie ma nowoczesnych systemów przeciwlotniczych.

Davien
czwartek, 2 lutego 2017, 10:37

S-400 to tak naprawde kolejna wersja S-300PM( oryginalne oznaczenie S-300PMU3)

Kowal
czwartek, 2 lutego 2017, 00:04

Nie wiem, czy Państwo zdają sobie sprawę, że jakikolwiek nawet konwencjonalny konflikt NATO - Rosja pozbawiony jest jakiegokolwiek sensu. Europa Zachodnia usiana jest elektrowniami atomowymi. Zniszczenie choć 1 z nich spowoduje poważne skutki także w Rosji w ciągu 1 miesiąca. Mówimy tu o stałym uwalnianiu się materiału radioaktywnego do atmosfery. W sytuacji trwającego konfliktu, powtarzających się ataków rakietowych nikt nie podejmuje środków naprawczych. Powstaje radioaktywna chmura przemieszczająca się w atmosferze. Tak jest w przypadku zniszczenia 1 elektrowni atomowej. W Europie Zachodniej elektrowni atomowych są dziesiątki.

cgqw
wtorek, 31 stycznia 2017, 19:52

Do naszych rakiet JASSM koniecznie musimy mieć systemy rozpoznania i naprowadzania by wykorzystać zasięg tych broni. A bez tego kasą zmarnowanambt8

WojtekMat
wtorek, 31 stycznia 2017, 19:52

Niekoniecznie. To nie jest broń taktyczna tylko raczej namiastka strategicznej (odstraszającej). Można na cele wybrać stałe obiekty na terenie Rosji (elektrownie itp).

NO--ZNAWCY
wtorek, 31 stycznia 2017, 03:36

LATA---50 Wokoło Moskwy było rozwiniętych 56 kompleksów – 3360 wyrzutni systemu S-25 (jednocześnie możliwe było zwalczanie 1120 celów).

jarek
poniedziałek, 30 stycznia 2017, 14:34

Co potrafią ruskie systemy opl? Okazuje się, że niewiele. A najlepszym przykładem na to nie są wcale wony izraelsko-arabskie, tylko Wietnam. Było to miejsce największego nagromadzenia systemów przeciwlotniczych od II w. św. Przy czym Wietnamczycy stosowali najlepszą dostępną technikę. Efekt? Straty amerykańskie to 0,4% samolotów. Podczas II w. św, gdzie Niemcy stosowali prymitywne działa przeciwlotnicze + myśliwce, było to...4%. Tak więc "wyrafinowana" ruska technika pozwoliła na zadanie strat 10-krotnie mniejszych. Teraz są już nowe systemy, ale są też nowe samoloty i broń przeciwradiolokacyjna + systemy rozpoznawcze. Naprawdę myślicie, że coś się zmieniło? Rosja nadal jest w tyle. W razie prawdziwej wojny, skończyłoby się, jak w Wietnamie. Samoloty NATO robiłyby, co chciały. Jaką wartość mają S-400 w Kaliningradzie w razie wojny? Znikomą! Kaliningrad ze względu na niewielki obszar i płaski teren, to pułapka na szczury. Każdy system ofensywny, czy defensywny zostanie tam bardzo szybko rozpoznany i zniszczony. Ruscy bardzo dobrze o tym wiedzą.

realista
poniedziałek, 30 stycznia 2017, 14:34

Po prostu Rosja jest w elektronice zwyczajnie słaba i to widać. Nie oznacza to oczywiście, że należy ją lekceważyć, bo armia rosyjska ma inne atuty (np. chętnych do walki o nic żołnierzy), ale mówienie o przewadze technologicznej Rosjan w czymkolwiek to zwyczajne nieporozumienie.

maj
poniedziałek, 30 stycznia 2017, 14:34

0,4% to ile milionów samolotów mieli Amerykanie?

j1
poniedziałek, 30 stycznia 2017, 14:34

Tak. A najlepszym dowodem na to, że lotnictwo amerykańskie w Wietnamie robiło co chciało, jest około 10 tysięcy utraconych statków powietrznych, w tym dobrze ponad 2 tysiące bojowych strat samolotów w południowo-wschodniej Azji w latach 1962-1973. To są straty, do których USA same się przyznają, nie żadne propagandowe liczby rusko-wietnamskie. Łączne dostawy "najbardziej wyrafinowanej ruskiej techniki" do Wietnamu w latach 1965-1972 wyniosły 82 dywizjony zestawów SA-75M "Dwina", a więc już nie najnowocześniejszych w owym czasie. W 1972 roku - z uwzględnieniem poniesionych strat - OPL DRW posiadała 51 czynnych dywizjonów rakietowych SA-75M, a więc tylko o 10 więcej niż w tym samym okresie posiadały polskie wojska OPK ogółem dywizjonów SA-75M "Dwina" i nowszych S-75M "Wołchow". Lotnictwo wietnamskie miało 4 pułki myśliwskie, w tym 2 uzbrojone we względnie nowoczesne MiG-21 i po jednym na przestarzałych MiG-19 i MiG-17, razem ok. 200 samolotów bojowych. Cała reszta wietnamskiej OPL to były "prymitywne działa przeciwlotnicze" i broń małokalibrowa. Tych sił wystarczyło, żeby straty najsilniejszej armii świata poszły w setki i tysiące samolotów. Takie są fakty, a kto chce, ten niech tworzy bajki i niech w nie wierzy.

BUBA
poniedziałek, 30 stycznia 2017, 07:13

Zbyt optymistyczne założenia: Kolumna antenowa K1W o wysokości około 10 m pozwala razić cele na wysokości około 5 km w odległości od 250 km od zestawu S-200WE. Co będzie z minimalną wysokością porażenia celu na tych 250 km jak zaparkujemy ją na 10 metrowym pagórku który wojska inżynieryjne usypia w dowolnym miejscu? Czyżby system S-400 miał mieć gorsze możliwości porażenia celu na niskim pułapie niż S-200?

Davien
poniedziałek, 30 stycznia 2017, 07:13

Zasięg zestawu S-200WE wynosi do 240km więc ten atak na 250 km jest raczej niemozliwy., podobnie S-400 obecnie ma maks zasięg do 240km. czyli na 250km sobie nie postrzelają.

Ekor
niedziela, 29 stycznia 2017, 17:48

Klęska w dolinie Bekaa to szereg różnych przyczyn; Izrael zastosował pułapki r/lok Arabowie dali się wciągnąć w pułapkę. Bez dokładnego rozpoznania przeprowadzili starty rakiet z dostępnych wyrzutni .Stając się na pewien czas bezbronnymi. Czas na ponowne załadowanie wyrzutni Izrael wykorzystał na skutecznie niszcząc środki ogniowe. Skuteczność broni to; -doskonałe wyszkolenie obsług - parametry taktyczno-bojowe sprzętu - Bardzo dobry system rozpoznania i skuteczny system dowodzenia.

pol
niedziela, 29 stycznia 2017, 17:48

haha ! no to jak oni mieli coś osiągnąć , jak : wyszkolenie mierne , sprzęt marny ( na papierze super ) ,rozpoznanie i dowodzenie do bani :)

Ekor
niedziela, 29 stycznia 2017, 17:40

W dolinie Bekaa sytuacja była trochę inna. Nie poziom techniczny był główną przyczyną klęski. Izraelczycy wykorzystali pułapki r/lok. Arabowie dali się nabrać, bez dokładnej analizy sytuacji otworzyli ogień z dostępnych wyrzutni. Ale po starcie rakiet wyrzutnie należy ponownie załadować .A to wymaga czasu. A w tym czasie Izraelczycy dokonali rzezi bezbronnych baterii startowych. A więc główną przyczyną był bałagan w systemie dowodzenia i rozpoznania. Przykładem rozsądnego użycia S-125 i rutyny amerykanów było zniszczenie samoloty amerykańskiego w czasie wojny na Bałkanach. Reasumując , skuteczność broni to; -wyszkolenie obsług - możliwości taktyczno-bojowe broni -sprawny - skuteczny system rozpoznania i dowodzenia

realista
niedziela, 29 stycznia 2017, 17:40

bo tak właśnie Rosjanie wyszkolili te obsługi, że dały się nabierać. Nie świadczy to dobrze o rosyjskim systemie szkolenia.

Gosc
niedziela, 29 stycznia 2017, 17:40

Ile lotów bojowych wykonali amerykanie i ile zastrzelono samolotów? Strach się bać tej ruskie techniki. Jedyne co ruskim zostaje w konwencjonalnym konflikcie z nato to walnąć taktycznym nukiem w łask, Balice albo Krzesiny i liczyć że nato odda w bazy na Białorusi a nie kaliningrad i będzie negocjowac

Sailor
niedziela, 29 stycznia 2017, 14:46

Rosjanie coraz bardziej technologicznie ostają od zachodu i przepaść się pogłębia dlatego nadrabiają agresywną postawą i dezinformacją. Nie zdziwiłbym się gdyby się okazało, że te ich systemy nadają się tylko do niszczenia cywilnych samolotów rejsowych. Natomiast wszystkim zwolennikom Rosjan polecam lekturę "Piotr Wielki" Aleksego Tołstoja. Tam jest przedstawiona dogłębnie mentalność rosyjskiego narodu, z którą bezskutecznie walczył Car Piotr. Tam się nic w tej materii nie zmieniło.

maj
niedziela, 29 stycznia 2017, 14:46

Nie jestem zwolennikiem Rosji. Aczkolwiek też nie rusofobem i uważam, że nie ma co lekceważyć Rosjan. Odnośnie Aleksego Tołstoja - to czytałem. Jest tam jeden niuans - jest to opis społeczeństwa rosyjskiego z przełomu XVII i XVIII wieku. Trochę czasu minęło. To jakby Polaków oceniać przez pryzmat "Pana Tadeusza"

Wawer73
sobota, 28 stycznia 2017, 22:35

Czy te rakiety mogą być wyposażone w głowice nuklearne? W takim przypadku precyzyjne naprowadzanie będzie zbyteczne aby strącić samoloty w promieniu paru kilometrów... oczywiście w warunkach pełnoskalowego konfliktu..

yaro
sobota, 28 stycznia 2017, 22:14

Kompleksowy system obrony przeciwrakietowej Moskwy i centralnego regionu przemysłowego zniszczy każdy pocisk wystrzelony w kierunku rosyjskiej stolicy – powiedział na antenie radia Echo Moskwy szef wydziału algorytmów bojowych i programów łączenia systemów obrony przeciwrakietowej Sił Powietrzno-Kosmicznych Rosji pułk. Ilgar Tagijew. — Dotychczas nasz system jest jedynym działającym systemem obrony przeciwrakietowej, który gwarantuje obronę Moskwy i centralnego regionu przemysłowego przed atakami wszystkich istniejących typów pocisków balistycznych przeciwnika średniego i międzykontynentalnego zasięgu z wieloma głowicami — zapewnił rosyjski wojskowy. Jak dodał, skuteczność tego systemu wynosi niemal 100%. - Odnośnie istniejących i przyszłych pocisków balistycznych „krajów trzecich", to nasz system nie ma problemu z ich przechwyceniem — powiedział Tagijew. System znajduje się w stałej gotowości bojowej. Jeśli faktycznie dojdzie do wystrzelenia w kierunku Moskwy pocisków, to w trybie automatycznym wykryje cel, wyodrębni go spośród fałszywych celów, przechwyci i zniszczy na dużej wysokości.

Messtechniker
sobota, 28 stycznia 2017, 22:14

100% sorry , ale jak czytam o 100% dokladnosci to śmiech mine zalewa. Każdy kto choć trochę miał styczności z kontrolą jakości , matrialoznactwem , opracowaniem technologi może tobie powiedzieć iż 100% nie istnieje nigdzie . Jeżeli mówimy o wysokiej dokładności procesu z zachowaniem norm , to masz 96% szansy, że produkt , czynność procesu osiągnie wymagany parametr . Przy skomplikowanych urzadzeńiach obsługiwanych / servisowanych przed ludzi dodatkowo dochodzi czynnik ludzki który te paremtry dodatkowo może zimniejszyć. ps. Strzelając sobie w głowę - nie ma 100% czy człowiek umrze . A tu proszę , skomplikowane urządzenie mechaniczno - elektryczne ma 100% - a ludzie powtarzają takie pierdoły jako pewnik . Szok

niech sie lepiej zastanowia piec razy zanim cos nacisna !
sobota, 28 stycznia 2017, 22:14

Ale zaden ich system nie zneutralizuje MOCNEGO ataku z wewnatrz ! Oczywiste ze nie bede tu opisywal tego o co mi chodzi !

bmc3i
sobota, 28 stycznia 2017, 22:14

Tak, Pan wie to bez przeprowadzenia jakichkolwiek testów skuteczności i niezawodności tego systemu, ba nawet bez jakichkolwiek testów dyskryminacji prawdziwych głowic od penetration aids.

Davien
sobota, 28 stycznia 2017, 22:14

Zasieg przechwycenia pocisków balistycznych przez systemy rosyjskie to maks 60km jeżeli nie liczyc antycznego systemu A-135 który właśnie na potęge modernizuja wymieniając chyba wszystkie komponenty, więc niby czym pl Tagijew chce to zrobić. Może znajdz jakies inne zródło niz Sputnik, bo ten zbyt wiarygodny to nie jest:)

zyzio
sobota, 28 stycznia 2017, 18:36

Czy ktoś wie czy w systemach S-300/400 można najpierw wystrzelić pocisk w kierunku prawdopodobnego przyszłego miejsca celu a radar namierzania włączyć później? Czy system patriot też ma taki tryb działania?

Davien
sobota, 28 stycznia 2017, 18:36

Nie, nie mozna cel musi byc wykryty przez radar wykrywania a w przypadku wszystkich pocisków poza 9M96 także śledzony przez radar naprowadzania. Ż Patriotem jest identycznie. Metoda o której piszesz jes teoretycznie mozliwa tylko w przypadku pocisków samonaprowadzających sie z funkcja LOAL

Rafał Żak
sobota, 28 stycznia 2017, 14:39

Nie można się zgodzić z artykułem, kilka krytycznych uwag: - systemy S-300W i S-300P to dwa skrajnie różne systemy, z kompletnie nieobecną unifikacją (jak to w ZSRR) - 96Ł6 to radar radar obserwacji, a nie naprowadzania - radarem naprowadzania jest 91N6 - 9S32 to radar systemu S-300W a nie S-300P - wspomniane systemy nigdy nie wykorzystywały i nie wykorzystują tych samych rakiet - autor ilustruje artykuł o systemach armii FR wykorzystując fotografię kazachskiego S-300, na kolejnym zdjęciu ponownie znajdują się żołnierze SZ Kazchstanu - Rosyjskie źródła potwierdzają że 40N6 NIE trafią do S-300W4 - system S-400 posiada pociski o zasięgu 400 km Pozdrawiam, Rafał Żak

Davien
sobota, 28 stycznia 2017, 14:39

No dobrze. Zdjęcie przedstawia rosyjski S-300 z zawodów w roku 2016 więc pierwsza wpadka. pociski 40N6 nie weszły jeszcze do uzbrojenia cały czas trwaja testy, wiec obecnie maksymalny zasięg S-400 to 240km( pocisk 48N6)-druga wpadka. 91N6 jest klasyfikowany jako radar wczesnego wykrywania, a 96L6 słuzy do wykrywania celów na duzych wysokościach, Radarem naprowadzającym jest 92N2 -trzecia wpadka System S-400 wykorzystuje pociski z systemu S-300PMU czyli 48N6

Al.S.
sobota, 28 stycznia 2017, 13:21

M.D. "Wymagałoby to jednak wprowadzenia nie tylko odpowiedniego systemu dowodzenia i kierowania, ale również posiadania samolotów wczesnego ostrzegania. Tymczasem w tej dziedzinie Rosja jest nadal wyraźnie opóźniona w stosunku do Zachodu". Powyższe twierdzenie jest naciągane. Takie tezy, zamiast wygłaszania ich a priori, wypadałoby podeprzeć konkretną analizą zaawansowania rosyjskiego programu modernizacji starszych samolotów AWACS i wdrażania do służby nowych, Rosjanie modernizują obecnie 20 starszych samolotów do cyfrowego standardu A-50U i na chwilę obecną posiadają już w służbie 4 zmodernizowane maszyny. W fazie realizacji jest równiez program wdrażania do służby nowego typu - Beriew A-100, z radarem o skanowaniu aktywnym i bazującego na najnowszej wersji Ił-76 - MD-90A. Zakłady Iljuszyna posiadają obecnie na linii produkcyjnej 13 płatowców i zapewne spora ich część zostanie po zmontowaniu wysłana do zakładów Beriewa. Nawet gdyby te samoloty były w istotny sposób opóźnione technicznie do zachodnich odpowiedników, to nie należy lekceważyć potencjału, jakie posiadają. Rosjanie znani są z tego, że osiągają zbliżony efekt, metodami które na zachodzie uchodzą za przestarzałe i toporne. "Dodatkowo wykorzystanie statków powietrznych klasy AWACS latających nad Obwodem Kaliningradzkim jest mało prawdopodobne". A po co mają latać nad OK? Wystarczy, że będą latać nad Białorusią, aby przy zasięgu obserwacji około 400 km, mieć pod kontrolą połowę terytorium Polski. Jako Polak nie lubię tej postaci, ale Bismarck powiedział kiedyś na temat Rosji mądre słowa: "Rosja nigdy nie jest tak silna ani tak słaba, na jaką wygląda". Polska prasa tuż przed wojną pełna była opisów, jak to Hitler buduje swoje czołgi z tektury. Zamiast pisać hurra-optymistyczne artykuły o rzekomej słabości OPL Rosjan, wypadałoby wskazać NASZE własne zapóźnienia i braki. Przede wszystkim, nie mamy w ogóle własnych maszyn AEW&C, chociaż posiadają je wszystkie kraje frontowe NATO - Grecja, Turcja, Włochy, Norwegia (tylko ELINT), a także nienależąca do NATO Szwecja. Opieranie się w tej kwestii tylko na natowskich E-3 Sentry, z góry wyklucza reagowanie na zagrożenia w czasie rzeczywistym. Potrzebne jest kilka własnych samolotów, takich jak E-2 Hawkeye, Saab Eireye, lub Gulfstream CAEW - do naprowadzania naszych myśliwców, lokalizowania wrogich stacji radarowych i prowadzenia z nimi WRE. Również w kwestii potencjału SEAD nie mamy się czym chwalić. Parę F-16 z systemem AIDEWS, przy braku nowych pocisków przeciwradiacyjnych, to śmiesznie mało jak na przeciwnika o takim potencjale. Jeśli ktoś liczy w tym względzie na zaprzyjaźnione Niemcy, niech ma świadomość, że oni, po udzieleniu nam "bratniej pomocy", zapewne będą chcieli zabawić u nas na dłużej.

bender
sobota, 28 stycznia 2017, 13:21

Macisz kolego. Rosjanie maja juz 4 wlasne odpowiedniki AWASCow i to ma byc straszne. Na najwieksze panstwo na ziemi maja 4. Byc moze mogliby nimi latac po Bialorusi. A tymczasem nad nami stale lata AWACS z bazy Papa oraz ostatnio Global Hawki z Sycylii, co przemilczasz lub poddajesz w watpliwosc.

Polanski
sobota, 28 stycznia 2017, 13:21

Co nie zmienia faktu przytłaczającej przewagi NATO w powietrzu. I nic a nic tego nie zmieni. A argumenty że Rosja będzie rozbudowywać możliwości AWACS to sobie daruj. Ta umiejętność jest juz dawno opanowana i doskonalona od 30 lat. Jest tylko jedną z alternatyw. Sieciocentryczność i możliwości takich samolotów jak F-22 i F-35 dają niekwestionowaną przewagę NATO. Nic nie wskazuje na możliwość przeciwdziałania tym zdolnościom więc daj spokój.

Frei
sobota, 28 stycznia 2017, 11:25

A, to już jestem spokojny. Bardzo mnie pokrzepilo. Przypominam, że pocisk 40N6 jest stosowany do niszczenia bardzo wartościowych celów tzn. AWACS i cystern, które latają na dużej wysokości.

b
sobota, 28 stycznia 2017, 11:25

Najpierw musi byc w bateriach.

Pieczarkarz
sobota, 28 stycznia 2017, 03:06

Czyli S-300/400 to złom. Tak myślałem. Uważam że Polska powinna kupić amerykański superpocisk SM-6, który może zwalczać: rakiety balistyczne, satelity, pociski manewrujące, samoloty, helikoptery, kutry, czołgi, pikapy, latające talerze i klingońskie niszczyciele. To jest pocisk do wszystkiego i wszystko w tej skromnej, eksportowej wersji. Ta wersja którą mają Amerykanie zestrzeliwuje dwa topole jednym pociskiem.

yaro
sobota, 28 stycznia 2017, 03:06

nie ma to jak sarkazm, bo tyle pozostaje mając na względzie co obecnie proponuje NATO ;) Pozdrawiam

Reklama
Reklama
Reklama
Tweets Defence24
 
Reklama
Reklama