Reklama

Referendum w Turcji: Zwycięstwo i znak słabości Erdogana [ANALIZA]

17 kwietnia 2017, 13:23
erdogan
Fot. tccb.gov.tr.
Reklama

Wynik tureckiego referendum, zgodnie z którym zmiany w konstytucji zostały zatwierdzone niewielką przewagą głosów, nie jest zaskoczeniem. Wobec masowych doniesień o nieprawidłowościach można jednak powątpiewać czy odzwierciedla on prawdziwą wolę tureckich wyborców. Reakcja Europy na ten wynik powinna być wstrzemięźliwa, zwłaszcza, że w Turcji i tak niewiele się już może zmienić - pisze Witold Repetowicz. 

Od ponad dwóch lat cała wewnętrzna polityka Turcji była nastawiona na jeden cel – zmianę konstytucji i wprowadzenie w Turcji tzw. systemu prezydenckiego. Trudno tu mówić o klasycznym systemie prezydenckim, gdyż zmiany jakie zostały wprowadzone w Turcji naruszają zasadę trójpodziału władz i dlatego opozycja wobec Erdogana nazywa ten system „sułtańskim”. Najbardziej kontrowersyjne zmiany dotyczą przyznania uprawnień legislacyjnych prezydentowi, przy jednoczesnym ograniczeniu uprawnień kontrolnych parlamentu wobec władzy wykonawczej. Wprawdzie parlament może zmienić prawo ustanowione przez prezydenta własną legislacją w odniesieniu do tego samego przedmiotu, jednak nie może unieważnić dekretu prezydenckiego.

Teoretycznie zakres przedmiotowy jaki może być regulowany przez dekrety prezydenta jest ograniczony jednak i to może podlegać interpretacji, a ostatnie 2 lata pokazały że Erdogan ma skłonność do rozszerzającej interpretacji swych kompetencji. Te regulacje mogą też doprowadzić do sporu konstytucyjnego, w którym prezydent ma z góry zagwarantowaną przewagę, gdyż może rozwiązać parlament. Wprawdzie w takiej sytuacji również i jego kadencja ulega skróceniu, jednak może w ten sposób zniweczyć potencjalną możliwość zmiany swojego dekretu przez parlament. Ponadto decyzje podjęte na podstawie dekretu prezydenckiego i tak pozostaną skuteczne, a prezydent może ponownie wydać dekret w podobnym zakresie.

Można też powątpiewać w to, że w dającej się przewidzieć przyszłości parlament, wybierany wraz z prezydentem, wejdzie w ostry spór z głową państwa. Z całą pewnością nie jest to realne w odniesieniu do obecnego składu parlamentu. Nowe zapisy konstytucyjne co najmniej mocno ograniczają (o ile nie niweczą) niezależność wymiaru sprawiedliwości, stanowiąc że Najwyższa Rada Sędziów i Prokuratorów (HSYK) jest powoływana wyłącznie przez prezydenta i parlament, a nie tak jak dotychczas, w większości przez samych sędziów i prokuratorów. Warto dodać, że wymiar sprawiedliwości do ubiegłorocznego puczu w zasadzie zachował daleko idącą niezależność wobec narastającego autorytaryzmu Erdogana, choć jego bezstronność też budziła wątpliwości (z uwagi na wpływy kemalistowskie i gulenistowskie).

Aresztowania po puczu mocno zmieniły sytuację, jednak wciąż w wymiarze sprawiedliwości znajduje się pewien potencjał niezależności. Teraz prezydent może obsadzić swymi ludźmi HSYK i poprzez ten organ wywierać skuteczniejszy nacisk na sędziów. Nowa konstytucja likwiduje też urząd premiera, a rząd nie jest już wybierany lub odwoływany przez parlament, lecz powoływany przez prezydenta i tylko przed nim odpowiada. Prezydent mianuje też wszystkich ważniejszych  urzędników.

Parlament pozbawiony został też prawa impeachmentu prezydenta i może jedynie skierować sprawę przeciwko niemu do Sądu Najwyższego (podejmując decyzję większością 2/3 swego składu) i dopiero ten może uznać prezydenta winnym przestępstwa, skracając w ten sposób jego kadencję. Regulacje te oznaczają więc, że turecki „system prezydencki” bardzo różni się od np. amerykańskiego, gdzie parlament ma znacznie większe kompetencje kontrolne (np. dotyczące zatwierdzania prezydenckich nominacji członków rządu). Zmianie nie uległ natomiast wielokrotnie krytykowany próg wyborczy do parlamentu (10 %). Warto też dodać, że (przynajmniej teoretycznie) konstytucja daje Erdoganowi możliwość sprawowania władzy do 2034 r. Co prawda mowa jest w niej o dwóch pięcioletnich  kadencjach ale jeśli parlament zostanie rozwiązany nawet na miesiąc przed upływem drugiej kadencji to prezydentowi przysługiwać będzie trzecia, pełna kadencja (nie licząc obecnej).

Erdogan został wybrany na urząd prezydenta Turcji w pierwszych w tym kraju powszechnych wyborach prezydenckich w sierpniu 2014 r. Wcześniej przez ponad 11 lat sprawował urząd premiera. W tym czasie kompetencje władzy wykonawczej znajdowały się w rekach premiera, a prezydent miał funkcje reprezentacyjne. Tak było zgodnie z dotychczasową konstytucją i dlatego już kilka miesięcy po swoim wyborze na prezydenta Erdogan wskazał zmianę tego stanu rzeczy jako priorytet. Opozycja zgodnie jednak odrzucała koncepcję wprowadzenia systemu prezydenckiego w Turcji.

Trudno było jednak mówić o jedności opozycji, gdyż reprezentowana ona była przez trzy nurty, których cele były ze sobą całkowicie sprzeczne: kurdyjską HDP dążącą do decentralizacji, kemalistowską CHP dążącą do utrzymania status quo i nacjonalistyczną MHP, której priorytetem była walka z Kurdami. Do połowy 2015 r. istniały przy tym spekulacje, że dojdzie do układu między Erdoganem a kurdyjską HDP i Kurdowie poprą wprowadzenie systemu prezydenckiego, w zamian za ustępstwa w kwestii kurdyjskiej. O tym, że taka możliwość istniała jeszcze po czerwcowych wyborach w 2015 r. mówił między innymi prezydent Regionu Kurdystanu w Iraku Masud Barzani. Trudno jednak powiedzieć na ile te spekulacje odzwierciedlają stan faktyczny.

Niemniej HDP pozostało konsekwentne w swym sprzeciwie wobec zmian konstytucyjnych forsowanych przez Erdogana, co doprowadziło do wznowienia wojny między wojskiem tureckim i partyzantką kurdyjską PKK. W 2015 r. odbyły się dwukrotnie wybory parlamentarne w Turcji. Przyczyna „powtórki” wyborczej było to, że w pierwszych wyborach partia  Erdogana AKP nie tylko nie uzyskała większości konstytucyjnej ale straciła też większość pozwalającą jej na samodzielne rządy. Wtedy Erdogan zapowiedział już, że dowodem na konieczność zmiany konstytucji jest to, że i tak wykonuje on kompetencje, których ona mu nie daje. 

Ówczesny premier Ahmet Davutoglu był posłuszny wobec Erdogana, jednak do połowy 2015 r. nie brakowało w rządzącej partii polityków sprzeciwiających się autorytaryzmowi prezydenta (m.in. ówczesny wicepremier Bulent Arinc). Na przestrzeni 2015 r. przeprowadzono jednak czystki wewnętrzne w AKP, w wyniku których usunięto całą realną i potencjalną opozycję wobec Erdogana. Przy okazji usuwano też zwolenników Fethullaha Gulena z AKP, których jeszcze do niedawna było bardzo wielu w tej partii. Ostatnim akordem było usunięcie samego Davutoglu, gdyż mimo swej uległości wobec Erdogana nie zaliczał się do kręgu forsującego kult jednostki w stosunku do tureckiego prezydenta.

Najbardziej kontrowersyjne zmiany w konstytucji zatwierdzone w referendum dają podstawę prawną dla kompetencji jakie Erdogan i tak już sobie przyznał. Od połowy 2015 r. Turcja, w której swobody obywatelskie i tak pozostawiały wiele do życzenia, odchodziła w ekspresowym tempie od podstawowych zasad demokracji. Brutalność z jaką wojsko pacyfikowało kurdyjskie miasta domagające się autonomii, tysiące zabitych i setki tysięcy pozbawionych dachu nad głową, były równie szokujące co obojętność wobec tych zdarzeń ze strony międzynarodowej opinii publicznej. Po lipcowym puczu represje i ograniczenia demokracji osiągnęły kolejny, wyższy poziom.

Tysiące osób zostało aresztowanych, w tym kilkunastu deputowanych z kurdyjskiej HDP z liderami tej partii Selahattinem Demirtasem i Figen Yuksekdag włącznie. Praktycznie zlikwidowano też wolność prasy. W raporcie Freedom House na temat wolności w 2016 r. Turcja zaliczyła drastyczny spadek ratingu, zbliżający ją do grona dyktatur i monarchii absolutnych. Zmiana konstytucji jest zatem już tylko prawnym przypieczętowanie tego co i tak faktycznie nastąpiło w Turcji wiele miesięcy temu tj. wprowadzenia erdoganistowskiej dyktatury. Również fakt, iż referendum nie było uczciwe jest naturalną konsekwencją procesów zachodzących w Turcji od połowy 2015 r.

W trakcie kampanii referendalnej przeciwnicy zmiany konstytucji byli nazywani terrorystami i zdrajcami, a zwolennicy Erdogana grozili wojną domową w przypadku zwycięstwa opcji NIE. Zebrano również ogromną liczbę dowodów na fałszerstwa w procesie głosowania i liczenia głosów. Cóż jednak z tego? Wojna domowa i tak toczy się na części terytorium Turcji i kraj ten od wielu miesięcy nie jest demokracją.

Ta ostatnia konstatacja skłania do pytania o to co powinna zrobić Europa. Odpowiedź jest złożona. Jeśli bowiem będziemy traktować Turcję jako kandydata do Unii Europejskiej to przebieg i wynik referendum powinien budzić sprzeciw i potępienie ze strony organów UE i państw członkowskich. Jeżeli jednak uznamy, że Turcja należy do świata Bliskiego Wschodu to kwestia tego czy panuje w niej demokracja i wolność może być drugorzędna dla Europy. Dlatego też jednoznaczne odrzucenie perspektywy członkostwa Turcji w Unii Europejskiej jest warunkiem urealnienia stosunków UE-Turcja.

W takim wypadku dla Europy ważniejsze powinno być to by w Turcji zakończona została wojna domowa (wojska z kurdyjską guerillą), gdyż daje ona możliwości wywierania politycznego nacisku na Turcję przez Rosję, a także jest potencjalnym generatorem napływu uchodźców do Europy. Ponadto w interesie Europy jest skłonienie Turcji do zaprzestania wrogich wobec niej działań takich jak szantażowanie nową stymulacją napływu migrantów, czy też próby destabilizacji wewnętrznej niektórych krajów europejskich z dużą mniejszością turecką (np. Niemiec, Holandii czy Austrii) przez aktywizację w tych krajach tureckiej agentury oraz ugrupowań o charakterze terrorystycznym (takich jak Szare Wilki czy inne ekstremistyczne bojówki nacjonalistów i dzihadystów tureckich). Turcja musi również zwolnić więzionego przez siebie dziennikarza mającego obywatelstwo niemieckie oraz amerykańskiego pastora, wobec których zarzuty mają charakter polityczny. Zmiana konstytucji tureckiej w tej hierarchii interesów Europy jest zupełnie nieistotna.

W ostatnich miesiącach Erdogan zaostrzył retorykę i prowokacyjne działania wymierzone w Europę. Było to jednak dość jednoznacznie obliczone na użytek wewnętrzny tj. pokazania swej rzekomej siły. Ostatnie miesiące to bowiem pasmo porażek Erdogana w polityce międzynarodowej oraz pogarszająca się kondycja ekonomicznej kraju. Wywołanie wrażenia, że europejscy przywódcy boją się i są ulegli wobec tureckiego przywódcy miało więc odwrócić uwagę od tych problemów. Nie jest obecnie jasne czy Erdogan dokona zwrotu w swej polityce i spróbuje naprawić stosunki z Europą.

Z jednej strony Turcja potrzebuje wsparcia Europy z uwagi na narastający w niej kryzys wewnętrzny. Erdogan powinien mieć też świadomość, że jego ostatnie działania wzmocniły sprzeciw wobec dotychczasowej europejskiej polityki uległości wobec Turcji i głosy, że należy zaostrzyć kurs wobec Ankary są coraz wyraźniejsze. Jeśli prezydent rzeczywiście podejmie teraz kroki w kierunku naprawienia stosunków Turcja-UE to zmiana konstytucji tureckiej powinna być ostatnią rzeczą, która mogłaby temu przeszkadzać. Europa powinna jednak być stanowcza tam gdzie Turcja narusza jej bezpieczeństwo i interesy. Również problem kurdyjski nie jest już wewnętrzną kwestia Turcji z uwagi na liczebność diaspory tureckiej i kurdyjskiej w Europie oraz skutki, jakie walki turecko-kurdyjskie wywierają na relacje między tymi społecznościami w Europie.

Nie jest jednak takie oczywiste, że Erdogan zmieni swe podejście do relacji turecko-europejskich. Wynika to z kilku czynników. Wygrana w referendum była minimalna, oparta na naruszeniach i opozycja tego wyniku po prostu nie uzna. To z kolei oznacza, że w Turcji atmosfera konfrontacji będzie narastać i turecki prezydent będzie znowu potrzebował wrogów zewnętrznych. Ponadto nie bez znaczenia jest tu charakter Erdogana, który niekoniecznie skłaniać go będzie do racjonalnych działań, zwłaszcza, że jest on obecnie otoczony przez ludzi bezwzględnie mu posłusznych, którzy nie zdecydują się na sugerowanie określonych korekt w polityce wewnętrznej czy zewnętrznej.

Również w relacjach wewnętrznych, osiągnięcie przez Erdogana jego celu, do którego dążył przez ostatnie 3 lata, mogłoby skłonić go do wznowienia rozmów pokojowych z PKK i uregulowania problemu kurdyjskiego. Mimo, że byłoby to działanie racjonalne to nie wydaje się zbyt prawdopodobne. Wynik referendum pokazuje bowiem również to, że popularność Erdogana w Turcji słabnie, mimo że propaganda rządowa w ostatnich miesiącach stwarzała wrażenie zupełnie odwrotne. Stłumienie puczu miało jakoby zjednoczyć naród wobec swojego przywódcy.

Tymczasem mimo uruchomienia całej machiny państwowej do kampanii referendalnej za zmianami, a także blokowania kampanii przeciwników, wreszcie fałszerstw, głosów za opcją TAK padło tylko o niespełna 2 punkty procentowe więcej od poparcia jakie AKP uzyskała w wyborach parlamentarnych w listopadzie 2015 r. Tyle, że zmianę konstytucji poparło też nacjonalistyczne MHP (poza frakcją rozłamową), które w wyborach uzyskało prawie 12 % głosów, a także kilka mniejszych partii. Erdogan przegrał m.in. w Stambule i Ankarze, gdzie (w obu wypadkach) poparcie dla zmian było mniejsze niż poparcie dla AKP w listopadzie 2015 r. Zdecydowanie większe poparcie dla nowej konstytucji, w stosunku do liczby głosów oddanych na AKP wyborach parlamentarnych, odnotowano natomiast w prowincjach kurdyjskich, gdzie kontrola głosowania praktycznie nie istniała.

Nowa konstytucja stanowi, że najbliższe wybory odbędą się 3.11.2019 r., chyba że ogłoszone zostanie przyśpieszone głosowanie. To dużo czasu, jednak Erdogan powinien mieć świadomość, że bardziej prawdopodobny jest spadek jego popularności, a nie wzrost, bo niewiele wskazuje na to by mógł spełnić liczne obietnice wzrostu międzynarodowego znaczenia Turcji jakie złożył swemu elektoratowi. Również perspektywy gospodarcze kraju są nie najlepsze. Tymczasem bez nacjonalistycznego elektoratu MHP poparcie dla Erdogana byłoby prawdopodobnie najniższe od czasów przejęcia przez niego władzy. Dlatego zmiany kursu politycznego wobec Kurdów też zapewne nie będzie, a Turcja będzie raczej dalej grzęznąć w problemach zewnętrznych i wewnętrznych. 

Witold Repetowicz

Defence24
Defence24
KomentarzeLiczba komentarzy: 4
Reklama
Anuluj
Niah
niedziela, 14 maja 2017, 21:52

Turcy mogą być dumni ze swojego kraju. Szkoda, że my nie możemy być dumni z Polski.

wojt
środa, 19 kwietnia 2017, 01:36

Mam nieodparte wrazenie, ze celowo nie ma informacji o przyczynie wolty Erdogana. Przeciez niedawno byl grzecznym pieskiem i szczekal z wlasciwego klucza, a teraz jest be. Powody panowie analitycy, a nie bajdurzenie, co by bylo gdyby.

zenek
wtorek, 18 kwietnia 2017, 00:56

Erdogan - grabarz Turcji.

sojer
poniedziałek, 17 kwietnia 2017, 17:31

Król, sułtan, czy dyktator - nie wszystkie kraje dorosły do demokracji.

Reklama
Reklama
Reklama
Tweets Defence24
 
Reklama
Reklama