Reklama

Atak na bazę w Syrii: rozgrywka szachowa zamiast globalnego konfliktu [OPINIA]

8 kwietnia 2017, 17:11
Reklama

Amerykański atak na syryjską bazę al-Szajrat będzie miał bardzo mały wpływ na losy syryjskiej wojny domowej. Może mieć jednak poważniejsze znaczenie geopolityczne i globalne, choć od dalszych kroków głównych aktorów, tj. USA i Rosji, zależy to jakie ono faktycznie będzie – pisze Witold Repetowicz.

W nocy z 6/7 kwietnia USA dokonały ataku na bazę al-Szajrat niedaleko miasta Homs. Z dwóch amerykańskich niszczycieli USS Porter i USS Ross znajdujących się w okolicach Cypru wystrzelono 59 pocisków Tomahawk. Wcześniej USA powiadomiły Rosjan o zamiarze przeprowadzenia ataku, ci natomiast uprzedzili Assada. Dlatego straty ludzkie nie były zbyt wielkie (wg różnych relacji, od 6-17 osób - w tym jeden generał). Znacznie większe były straty materialne po stronie Assada, gdyż w dużym stopniu zniszczono jedną z największych syryjskich baz lotniczych (choć doniesienia o dokładnych stratach są sprzeczne), a także co najmniej 6 myśliwców MIG-23. Można się jednak spodziewać, że zostaną one szybko zniwelowane zwiększoną pomocą militarną Rosjan.

Czytaj więcej: Baza Szajrat po ataku. Wstępna analiza efektów uderzenia

Wszystko wskazuje na to, że póki co USA nie planują dalszych działań przeciwko siłom Assada. Przyczyną ataku było domniemane użycie broni chemicznej, jakie miało mieć miejsce 4 kwietnia w miejscowości Chan Szajhun kontrolowanej przez powiązane z Al Kaidą ugrupowanie Hayat Tahrir asz-Szam. Zdarzenie to budzi jednak wiele wątpliwości, gdyż użycie broni chemicznej przez Assada w tym momencie byłoby zachowaniem całkowicie irracjonalnym.

Dzień przed tym zdarzeniem rzecznik Białego Domu Sean Spicer nazwał Assada „polityczną rzeczywistością, którą trzeba zaakceptować”, co zostało odczytane jako gotowość USA do negocjowania z Assadem i odejścia od żądania odsunięcia go od władzy. W takiej sytuacji narażanie się Assada na działania odwetowe (jak się okazało, nader uwiarygodnione) ze strony USA było całkowicie pozbawione sensu. Tym bardziej, że atak na Chan Szajhun nie miał żadnej militarnej wartości, a taki sam efekt (zabicie kilkudziesięciu cywilów) wojska rządowe mogły uzyskać przy zastosowaniu broni konwencjonalnej (zwykły nalot). W dodatku miało to miejsce w sytuacji gdy najnowsza ofensywa dżihadystów na Hamę, po początkowych sukcesach, załamała się i siły rządowe przeszły do kontrofensywy.

Niszczyciel rakietowy USS Ross. Fot. navylive.dodlive.mil

Rodzi to pytanie o alternatywne wyjaśnienie zdarzeń z 4 kwietnia. USA raczej nie szukały pretekstu do ataku skoro dzień wcześniej sugerowały zmianę polityki wobec Syrii. Z drugiej strony fakt, że Assad mógł na takim ataku tylko stracić, nie oznacza że to samo można powiedzieć o Rosji. Interesy Rosji i Assada niekoniecznie są tu całkowicie zbieżne. W szczególności w interesie Rosji jest to, by wojna w Syrii trwała jak najdłużej, gdyż Assad zagrożony jest całkowicie uzależniony od militarnego i dyplomatycznego wsparcia Rosji (np. na forum Rady Bezpieczeństwa). Natomiast zakończenie wojny, przy utrzymaniu w rękach Assada części (z wyłączeniem terenów opanowanych przez Syryjskie Siły Demokratyczne i ewentualnie enklawy okupowanej przez Turcję) lub całości terytorium mogłoby wpłynąć na przynajmniej częściowe osłabienie rosyjskiego protektoratu.

Czytaj też: USA atakuje Syrię. Trump: Nie ma wątpliwości, że Asad użył broni chemicznej

Z punktu widzenia geopolitycznego znacznie bliższym sojusznikiem Damaszku jest Iran, który zresztą, w przeciwieństwie do Rosji, jest zainteresowany jak najszybszym zakończeniem wojny domowej w Syrii i pełną konsolidacją władzy Assada w całym państwie. Iran zainteresowany jest też projektami tranzytowymi łączącymi Iran z syryjskim wybrzeżem Morza Śródziemnego (przez północny Irak oraz północną Syrię), który mocniej włączyłby syryjskich i irackich Kurdów w sferę oddziaływania ekonomicznego Iranu, a także otworzyłby nowa drogę do Europy dla irańskich (a także irackich i syryjskich) węglowodorów. To nie byłoby z kolei na rękę Rosjanom.

Urealnienie stanowiska USA wobec reżimu Assada z całą pewnością nie byłoby korzystne dla interesów Rosji i Iranu, z różnych zresztą powodów. Iran jest pozycjonowany przez administrację Trumpa jako główny przeciwnik USA i od kilku tygodni dyplomacja amerykańska prowadzi niezwykle intensywne działania w celu jego izolacji lub co najmniej ograniczania wpływów. Choć z dzisiejszej perspektywy sojusz syryjsko-irański wydaje się nierozerwalny to doświadczenia ostatnich lat pokazały, że Rosja podejmowała dość skuteczne działania w celu przeciągania na swoją stronę tradycyjnych sojuszników USA (np. Egiptu), korzystając z błędów poprzedniej administracji amerykańskiej.

Nie ma powodów by USA nie podejmowały podobnych starań w druga stronę. Było to tym bardziej możliwe w odniesieniu do związku łączącego Syrię z Rosją. Rosja bowiem ma jeden bardzo istotny slaby punkt w swojej ekspansji dyplomatyczno-wojskowej na Bliskim Wschodzie. Nie ma zbyt wielu pieniędzy, które po zakończeniu wojny będą potrzebne do odbudowy takich krajów jak Syria i Irak, a już teraz bardzo potrzebne są Egiptowi. Oznacza to, że pokój znacznie osłabi sojuszniczą wartość Rosji.

Z tych powodów domniemany atak chemiczny i jego konsekwencje w postaci ostrzału amerykańskiego były korzystne dla Rosji. Po pierwsze zniweczyły możliwość porozumienia amerykańsko-syryjskiego, a zatem jeszcze mocniej uzależniły Assada od Kremla. Po drugie, każde osłabienie Assada oraz odsunięcie perspektywy negocjacji pokojowych bez nierealistycznego założenia jego odejścia oznacza przedłużenie wojny domowej w Syrii. Nie ma bowiem wątpliwości, że USA nie chcą dokonywać zmiany reżimu w Damaszku. Wynika to bowiem z tego, że nie mają alternatywy, a dżihadyści działający w północno-zachodniej Syrii (prowincje Aleppo i Idlib) nie kwalifikują się na sojuszników USA (gdyż po prostu są antyamerykańscy).

W. Putin
Fot. Ministerstwo Obrony Rosji / mil.ru

Pragmatyzm Trumpa i jego ekipy powoduje też, że nie wezmą oni odpowiedzialności za nieuniknione masakry odwetowe alawitów czy chrześcijan, jeśliby dżihadyści przejęli władzę w Damaszku. Pełne zaangażowanie militarne USA w obalenie Assada doprowadziłoby do pyrrusowego zwycięstwa, stworzenia chaosu, którego beneficjentem w wymiarze geopolitycznym i propagandowym byłaby Rosja. W takiej sytuacji utknięcie Amerykanów w Syrii pozwoliłoby Rosjanom na agresywniejsze działania na Ukrainie, a być może również na flance wschodniej NATO.

Fakt, że Rosja jest beneficjentem obecnej sytuacji nie oznacza jednak, że stała za atakiem chemicznym na Chan Szajhun, choć całkowicie takiej ewentualności wykluczyć nie można. Problem w tym, że to czysta spekulacja i brak jest na to jakichkolwiek dowodów. Znacznie bardziej prawdopodobna jest wersja podawana przez Rosjan tj. że assadowskie bomby trafiły w skład broni chemicznej dżihadystów (przypadkowo lub celowo). To że nie byli oni w stanie wyprodukować sarinu nie oznacza, że nie mogli go mieć. Poza tym nie ma żadnego niezależnego potwierdzenia ani tego, że użyto sarinu, a nie innego gazu. Nie jest też pewne, czy w ogóle doszło do zatrucia i nie była to mistyfikacja.

Rosyjskie korzyści z przebiegu wydarzeń są jednak szersze nawet mimo że USA nie garną się do eskalacji swoich działań. Choć obiektywnie nie ma znaczenia czy atak na al-Szajrat był zgodny z prawem międzynarodowym czy nie (bo w ostatnich latach jego łamanie jest nagminne) to będzie to wykorzystywane przez propagandę rosyjską do uzasadniania własnych naruszeń prawa międzynarodowego. Poza tym akcentowanie konieczności odsunięcia Assada od władzy prowadzi do podbijania ceny za jego głowę. Tymczasem Rosjanom nie zależy na Assadzie i przystaną na jakikolwiek reżim gwarantujący ich interesy, w szczególności dotyczące ich bazy wojskowej w Latakii.

Łatwo można sobie wyobrazić, że przy zbytnim podkreślaniu konieczności odsunięcia Assada Rosjanie zaproponują "deal" na mocy którego zgodzą się na to, w zamian za gwarancje dla ich bazy, a także uznanie aneksji Krymu i zniesienie sankcji. Oczywiście chodzi wyłącznie o akceptację Rosji, a nie jej czynny udział w zmianie reżimu. Rosja bowiem dba o swój image lojalnego protektora wszelkich reżimów.

Choć straty Rosji są zerowe to należy się spodziewać, że będzie ona starać się wymusić na USA określone ustępstwa jako swoistą rekompensatę. Już wiadomo, że Rosja nie zamierza odwoływać wizyty Rexa Tillersona zaplanowanej na 12 kwietnia. Natomiast zapowiedziała zamknięcie linii komunikacyjnej w Syrii, co pozwalało na koordynację bombardowań rosyjskich i amerykańskich.

Należy to jednak traktować jako blef, który nie musi mieć jakiegokolwiek wpływu na działania USA w Syrii. Zależy to jednak od asertywności Amerykanów i spotkanie 12 kwietnia będzie znacznie poważniejszym testem niż atak na al-Szajrat. Rosja może też w najbliższym czasie podjąć bardziej agresywne działania na Ukrainie i zintensyfikować prowokacje na flance wschodniej NATO.

Sekretarz Stanu, Rex W. Tillerson w trakcie spotkania z przywódcą Chin, Xi Jinpingiem. Fot. Departament Stanu USA / state.gov

USA odniosła też pewne korzyści z ataku na al-Szajrat. Administracja Trumpa pokazała bowiem, że jest znacznie bardziej skłonna do zdecydowanych ruchów, w tym użycia siły, niż miało to miejsce za Obamy. Bardzo fortunne dla USA było to, że stało się to w trakcie wizyty prezydenta Chin Xi Jinpinga. Tym ruchem Trump, przynajmniej na jakiś czas, zamknął również usta swoim krytykom zarzucającym mu, że był „rosyjskim kandydatem”.

Czytaj też: USA na forum ONZ grożą kolejnymi atakami w Syrii

Na tym jednak korzyści USA i Trumpa się kończą. Tymczasem w wymiarze geopolitycznym atak ten wzmacnia nie tylko Rosję, ale i Iran, który zintensyfikuje teraz podgrzewanie antyamerykańskich nastrojów w Iraku. To z kolei osłabić może premiera Abadiego i wzmocnić pozycję reprezentującego interesy irańskie byłego premiera Nuri al-Maliki. Poparcie przez sunnickie kraje arabskie ataku na al-Szajrat jest bez znaczenia, gdyż ich stosunek do Assada jest od dawna jednoznaczny. To samo dotyczy też zresztą Turcji, której deklaracje gotowości do wspólnej z USA interwencji przeciw Assadowi są wyłącznie obliczone na użytek wewnętrzny związany z nadchodzącym referendum konstytucyjnym. Długofalowo nie wpłynie to też na relacje rosyjsko-tureckie.

Atak na al-Szajrat przysłonił inne wydarzenia na syryjskim froncie, tymczasem warto na nie zwrócić uwagę. Rosjanie prowadzili bowiem w tym samym czasie intensywne naloty na różne cele w prowincji Idlib oraz na pozycje dżihadystów atakujących Hamę, Assad natomiast na pozycje swoich przeciwników we wschodnich przedmieściach Damaszku. Co jednak najważniejsze siły rządowe uderzyły też na rebeliantów Frontu Południowego (znajdujących się pod silnym wpływem dowództwa jordańskiego).

Tymczasem, jeśli Trump rzeczywiście chciał czegoś więcej aniżeli czysto symbolicznego ataku, to uderzyłby właśnie na pozycje rządowe w Daraa. To bowiem jedyne miejsce (poza terenami opanowanymi przez SDF) gdzie USA mogą mieć realny wpływ na siły rebeliantów. Ponadto, gdyby USA pomogły Frontowi Południowemu zdobyć Daraa to lojalność wobec Damaszku mogłaby wypowiedzieć zamieszkana przez Druzów As-Suwajda. Warto bowiem pamiętać, że w sąsiednim Izraelu Druzowie bardzo mocno popierają to państwo i były już próby wywarcia przez nich wpływu na Druzów syryjskich. Nic jednak nie wskazuje na to, by przynajmniej póki co USA miały takie plany.

Istnieje możliwość, że na tym ataki USA na bazy Assada się nie skończą. Nie jest bowiem wykluczone, że dojdzie do kolejnych „ataków chemicznych”, choć jeśli w istocie to nastąpi to już nie będzie ulegało najmniejszej wątpliwości, że będą to mistyfikacje. USA będzie musiało być jednak konsekwentne.

Witold Repetowicz

Defence24
Defence24
KomentarzeLiczba komentarzy: 12
Reklama
Anuluj
yaro
poniedziałek, 10 kwietnia 2017, 01:57

To, na co odważyła się Ameryka w agresji na Syrię, było przekroczeniem czerwonej linii. Od tej chwili będziemy odpowiadać siłą jakiemukolwiek agresorowi, na przekroczenie czerwonej linii przez kogokolwiek. A Ameryka zna naszą zdolność do zdecydowanej odpowiedzi" - napisali przedstawiciele wspólnego ośrodka dowodzenia. W niedzielę komunikat opublikowała grupa medialna Ilam al Harbi. Dowództwo ogłosiło również, że obecność sił USA w północnej Syrii, gdzie setki amerykańskich instruktorów wspierają walczących z wojskami Asada rebeliantów, jest "nielegalna". „Ostrzelanie amerykańskimi pociskami bazy lotniczej nie odstraszy sił sojuszniczych od wyzwolenia całego terytorium Syrii” - zapowiedział ośrodek. Sam prezydent Iranu Hasan Rowhani potępił w niedzielę piątkowe ostrzelanie pociskami manewrującymi syryjskiej bazy lotniczej w odwecie za atak chemiczny. - Oskarżenia, że Syria dokonała ataku chemicznego były jedynie pretekstem dla zakłócenia syryjskiego procesu pokojowego - mówił Rowhani w rozmowie telefonicznej z syryjskim prezydentem Baszarem el-Asadem. Jej przebieg relacjonowała irańska telewizja Press. ======= Trudno się z ta argumentacją nie zgodzić. Co prawda można to traktować jako polityczne pohukiwanie ale jeśli prazydent USA zdecyduje się jeszcze raz na podobny ruch a Rosjanie pomogą odeprzeć taki atak to dojdzie do kuriozalnej sytuacji ośmieszenia Ameryki co zostanie skrzętnie wykorzystane przez Iran. Osobiście uważam, że Ameryce potrzebny jest obecnie kubeł lodowatej wody na ostudzenie zapędów co do Syrii, bo tę rozgrywkę z Rosjanami Iranem już przegrali.

SchwarzerAdler
poniedziałek, 10 kwietnia 2017, 01:10

czy ktoś rozsądny może zlikwidować te sztuczne postkolonialne twory jakimi są Syria i Irak w obecnej formie. Podzielić to na państewka etniczne i wyznaniowe, małe i słabe osadzić tam rządy "demokratyczne" , pozwolić żyć jako tako z ropy i będzie spokój. Jedynie Turcja może będzie narzekać.

DR
niedziela, 9 kwietnia 2017, 16:35

Wygląda to tak, jakby SU umieściło swojego człowieka w Waszyngtonie i w porozumieniu z Tel-Awiwem robiło nową wojnę na Bliskim Wschodzie, ale innego rodzaju. Odwrócenie uwagi od Ukrainy i własnych problemów gospodarczych to chyba cel tych kanalii ze stalinem-bis na czele.Wiem że oficjalnie stolicą jest Jerozolima. Pozdrowienia dla Wszystkich na Palmową Niedzielę, Wielki Tydzień i Święta Wielkanocne.

yaro
niedziela, 9 kwietnia 2017, 16:11

kwietnia Donald Trump zrobił to, czego nie zrobił Barack Obama we wrześniu 2013 roku. Choć w przeciwieństwie do Obamy nie wyznaczył syryjskiemu reżimowi "czerwonej linii", to w następstwie chemicznego ataku w Chan Szejchun w prowincji Idlib wysłał mu jasny i czytelny sygnał. Wbrew ówczesnym obawom, uderzenie w bazę lotniczą Szajrat nie sprowokowało III wojny światowej i otwartego konfliktu z Moskwą. Rosja, choć miała możliwość strącenia amerykańskich tomahawków za pomocą systemów obrony przeciwlotniczej, nie zrobiła tego. wp - Rosyjskie SAM-y [pociski ziemia-powietrze] miały na celowniku nasze TLAM-y [Tomahawki] przez cały czas ich lotu, ale nie zdecydowano się ich użyć. Rosjanie prawdopodobnie mogli zestrzelić kilka pocisków, ale biorąc pod uwagę niewielkie długoterminowe szkody tego uderzenia, nie było to warte wystrzelenia rosyjskich S400 - mówi WP amerykański analityk z ośrodka współpracującego z Pentagonem.

VV
niedziela, 9 kwietnia 2017, 14:59

Syria bắn rụng máy bay Mỹ ---------------Skutki ataku na Syrie

tak to chyba wygląda
niedziela, 9 kwietnia 2017, 14:25

No sorry, ale jakaś połowa tez stawianych w tym artykule to stek bzdur.

yaro
niedziela, 9 kwietnia 2017, 13:01

kwietnia Donald Trump zrobił to, czego nie zrobił Barack Obama we wrześniu 2013 roku. Choć w przeciwieństwie do Obamy nie wyznaczył syryjskiemu reżimowi "czerwonej linii", to w następstwie chemicznego ataku w Chan Szejchun w prowincji Idlib wysłał mu jasny i czytelny sygnał. Wbrew ówczesnym obawom, uderzenie w bazę lotniczą Szajrat nie sprowokowało III wojny światowej i otwartego konfliktu z Moskwą. Rosja, choć miała możliwość strącenia amerykańskich tomahawków za pomocą systemów obrony przeciwlotniczej, nie zrobiła tego. wp - Rosyjskie SAM-y [pociski ziemia-powietrze] miały na celowniku nasze TLAM-y [Tomahawki] przez cały czas ich lotu, ale nie zdecydowano się ich użyć. Rosjanie prawdopodobnie mogli zestrzelić kilka pocisków, ale biorąc pod uwagę niewielkie długoterminowe szkody tego uderzenia, nie było to warte wystrzelenia rosyjskich S400 - mówi WP amerykański analityk z ośrodka współpracującego z Pentagonem.

amator
sobota, 8 kwietnia 2017, 22:23

Sytuacja jest tam (i nie tylko tam) nader skomplikowana. Pełna zgoda. Ale, nie odbierając niewątpliwej, pewnej , suchej wiedzy autorowi, to jest artykuł z d...y za przeproszeniem. Istnieje możliwość, niewykluczone że, jeżeli rzeczywiście chciał, wg sprzecznych informacji, można sobie wyobrazić że.., rodzi się pytanie czy etc. etc. Toż tego jest z 2/3 tekstu. To ma być analiza? Jak się wie że nic nie wiadomo (nic się nie wie de facto) to nie produkuje się takich gniotów na siłę. Streszczę to w jednym zdaniu. Nic nie wiadomo i czekajmy na rozwój dalszych wypadków by w ogóle móc dokonywać jakichkolwiek analiz a nie spekulować i fantazjować. Zapowiada się ciekawie w każdym razie ale już wiadomo napewno że Trump to nie Obama.

MagdaFoxal
sobota, 8 kwietnia 2017, 22:19

Potop absurdów, jak zawsze w wykonaniu tego pana, który sam się awansował na jakoby eksperta chociaż nie ma ku temu żadnych kwalifikacji. Użycie gazu jest mistyfikacją? A Kopernik był kobietą, znamy, znamy. To są wieści i interpretacje z Russian Today a kiedyś z radia Erewań. Autor nie ma ku temu żadnych danych ale posługuje się typową dezinformacją niemalże klasyczną zgodną z jej definicją zawartą w znanej książce Iona Pacepy i profesora Richarda Rychlaka.

gen Pershing
sobota, 8 kwietnia 2017, 21:02

W miarę dobra analiza zdarzeń. Atak tomahowkami nie był skierowany ani przeciw Assadowi, ani przeciw Rosjanom. Stąd wcześniejsze ostrzeżenia i niemal symboliczne straty. Ten atak wręcz kompromituje i podważa sens istnienia tych pocisków. 59 sztuk i gów...any efekt. "Bardzo fortunne dla USA było to, że stało się to w trakcie wizyty prezydenta Chin Xi Jinpinga" - i to jest kluczowe zdanie. Tylko idiota mógłby uwierzyć, że to przypadek. USA pozycjonują Chiny jako swego głównego rywala, zdolnego podważyć ich światową hegemonię. "Atak chemiczny" dokonał się dwa dni przed wizytą prezydenta Xi, a odpowiedż idealnie w środkowym okresie jego pobytu na Florydzie. Taki "przypadek" trzeba umieć sobie zorganizować. Po prostu Amerykanie chcą pokazać w negocjacjach z twardymi Chińczykami, że w jednej ręce mają powitalne kwiatki, a w drugiej trzymają solidny kij. Polityka po prostu. Assad to płotka, no i nie strzela się z armaty do wróbla - dość niecelnie zresztą i z marnym efektem. Oczywiście Chińczyków to nie ruszy. Jak to powiedział jeden z gości TVN 24 (o zgrozo) ten "atak" nawet na Koreańczykach z północy nie zrobiłby wrażenia. A co dopiero Chiny. Ale i tak będzie ciekawie na światowej szachownicy w najbliższych latach. Jak zawsze gdy pojawiał się nowy pretendent do zajęcia najwyższego niejsca na podium na naszej małej planecie. Nic nowego. Jak się to skończy? Przypuszczam, że powstanie koncert mocarstw jak w Europie w XIX w. Nie będzie jednego światowego hegemona. USA, Chiny, Rosja, Indie, może ktoś jeszcze doszlusuje. Kilku w miarę równorzędnych, wzajemnie szachujących się zawodników wagi ciężkiej to chyba najlepszy system do zapewnienia światowego pokoju.

Kosmit
sobota, 8 kwietnia 2017, 21:02

Taki efekt podważałby sens istnienia tych pocisków, gdyby był to ich debiut. USA nie chciały się popisać tym, co te tomahawki "potrafią", bo po obu wojnach w Zatoce i po Jugosławii to akurat wie cały świat. Chodziło o to, żeby pokazać co potrafi ich nowy prezydent - w domyśle, że w przeciwieństwie do poprzednika nie boi się iść na konfrontację. Reasumując, efekt użycia pocisków miał tu drugorzędne znaczenie, najważniejszy był sam fakt ich użycia.

rzeszow
sobota, 8 kwietnia 2017, 20:03

Aboud Al-Share and his two sons. Ibrahim Muhammad and his son. Yaseen Huwidy and his son. Hamoud Al-Aani. Fouwaz Al-Aani. Ahmad Al-Muhammad. Abd Al-Baset Al-Muhammad. Majd Al-Yaseen. This tragedy comes as the United States launched devastating missile strikes against the Syrian military after it alleged the Syrian government used chemical weapons against its own civilians.

tadek
sobota, 8 kwietnia 2017, 17:58

tym jednym atakiem w którym jak się okazuje tylko kilka tomahawków miało uzbrojone głowice TRUMP wykazał że ROSJA to żadna potęga militarna jak się dotad kreowała..jednym słowem PUTINOWI spadły majty i wszyscy widzą jaki z niego fiut..celem tego ataku nie było zniszczenie lotniska a wykazanie że rosyjska obrona przeciwloticza i rakietowa jest tylko ILUZJĄ !!!

Reklama
Reklama
Reklama
Tweets Defence24
 
Reklama
Reklama