Reklama

Rosjanie ujawniają szczegóły ataku dronów w Syrii [ANALIZA]

13 stycznia 2018, 12:58
9c03d1edff909e11b6acbff62638f581
Drony wykorzystane przez terrorystów do ataku na rosyjskie bazy Hmejmim i Tartus nie były wcześniej widziane na terytorium Syrii. Fot. rosyjskie ministerstwo obrony
Reklama

Odparcie nalotu dronów na rosyjską bazę w Hmejmim udowodniło, że Rosjanie bardzo poważnie podchodzą do zagrożenia, mając w pamięci niedawny terrorystyczny atak artyleryjski na tą samą bazę przeprowadzony 31 grudnia 2017 r. Zginęło wtedy dwóch rosyjskich specjalistów. Według niektórych źródeł zniszczono również siedem statków powietrznych (cztery szturmowce Su-24, dwa myśliwce Su-35S, jeden transportowiec An-72), choć bardziej prawdopodobne jest, że zostały one jedynie uszkodzone. Zniszczono też magazyn amunicyjny, a uszkodzeniom mogło ulec nawet kilkanaście statków powietrznych. Strat tych nie potwierdziło jednak oficjalnie rosyjskie ministerstwo obrony - jednocześnie zaprzeczając by w ataku zginęło aż dziesięciu Rosjan.

Rosyjskie ministerstw obrony zaprezentowało przedstawicielom prasy drony latające, które nocą z 5 na 6 stycznia 2018 r. zaatakowały bazy rosyjskie w Syrii. Jednoczesny nalot trzynastu bezzałogowych statków powietrznych został odparty przez Rosjan z wykorzystaniem systemów obrony przeciwlotniczej i walki radioelektronicznej. Był to pierwszy w historii zmasowany atak bezzałogowców, jaki przeprowadzono przez terrorystów w czasie faktycznych działań bojowych.

Drony, które zaatakowały rosyjskie bazy w Syrii zaprezentowano przedstawicielom rosyjskich i zagranicznych mediów, prezentację prowadził osobiście generał dywizji Aleksandr Nowikow, szef departamentu budowy i rozwoju systemów bezzałogowych aparatów latających Sztabu Generalnego Sił Zbrojnych Federacji Rosyjskiej.

Zgodnie z informacjami przekazanymi przez Nowikowa nalot małych, bezzałogowych samolotów przeprowadzono prawie równocześnie w nocy z 5 na 6 stycznia 2018 r., a więc działania te były wcześniej przez terrorystów przygotowywane i koordynowane. Dodatkowo, zastosowano drony z podzespołami, które wskazywały wyraźnie na pomoc udzieloną tzw. Państwu Islamskiemu, przez jakiś kraj posiadający technologie precyzyjnego, satelitarnego naprowadzania.

Czytaj też: Inwazja dronów na rosyjskie bazy w Syrii [ANALIZA]

Głównym celem ataku była baza lotnicza Hmejmim, na którą nadleciało w sumie dziesięć bezzałogowych aparatów latających. Na bazę morską Tartus terroryści wysłali trzy drony. Takie rozłożenie sił wykorzystanych do nalotu wynika z „wrażliwości” obiektów i sprzętu zgrupowanego przez Rosjan w obu miejscach. Terroryści wykorzystując doraźnie przystosowane do ataku drony wiedzieli bowiem, że mogą one służyć jedynie jako czynnik inicjujący proces niszczenia, np. poprzez wywołanie eksplozji składowanej amunicji lub paliwa. Takich wrażliwych miejsc jest więcej w bazie lotniczej Hmejmim, dlatego to właśnie tam wysłano największą liczbę dronów.

Wszystkie bezzałogowce miały zostać wykryte przez systemy obserwacji w bezpiecznej odległości od obu baz. Sukces Rosjan jest tym większy, że sześć małych, bezzałogowych samolotów zostało przechwyconych dzięki systemom walki radioelektronicznej. Rosjanie pochwalili się, że nie tylko zakłócili działanie systemów naprowadzania bezzałogowców, ale ostatecznie przejęli nad nimi kontrolę. Trzy z tych „przejętych” dronów udało się zmusić do lądowania na terenie kontrolowanym, znajdującym się poza bazą. Trzy kolejne bezzałogowce podczas „elektronicznego” sprowadzania eksplodowały po uderzeniu w ziemię.

Pozostałych siedem dronów zostało zniszczonych przez kołowe, przeciwlotnicze zestawy rakietowo-artyleryjskie Pancyr-S1. Zestawy te służą do obrony bezpośredniej miejsc stacjonowania rosyjskich wojsk w Syrii, uzupełniając w ten sposób baterie rakiet przeciwlotniczych i przeciwrakietowych dalekiego zasięgu typu S-400.

Jak teraz przyznano, załogi pojazdów Pancyr-S1 są w ciągłym, dwudziestoczterogodzinnym dyżurze bojowym. Podobne dyżury wokół baz Tartus i Hmejmim pełnią również kontenerowe lub mobilne systemy obserwacji technicznej i walki radioelektronicznej. Tylko dzięki temu udało się Rosjanom z powodzeniem odeprzeć atak bezzałogowców.

Co terroryści wykorzystali do ataku na rosyjskie bazy?

Rosjanie nie przyznali się, by w czasie ataku ponieśli jakieś straty w ludziach lub sprzęcie. Od razu przystąpiono natomiast do badania przejętych dronów oraz przenoszonych przez nie improwizowanych ładunków wybuchowych. Określenie ich technicznych możliwości daje bowiem możliwość wypracowania lepszych sposobów przeciwdziałania kolejnym atakom, które na pewno będą powtarzane i - prawdopodobnie - z nie mniejszą intensywnością.

Rosjanie analizując np. blok systemu naprowadzania starają się odtworzyć trasę dronów i znaleźć miejsce startu, a być może nawet miejsce ich budowy i przechowywania. Już określono, że grupowy start bezzałogowych samolotów przeprowadzono z jednego miejsca w stosunkowo krótkim czasie. Rosjanie zaprezentowali m.in. slajdy ze zdekodowanymi danymi przechwyconych dronów, ich zaprogramowanymi i rzeczywistymi trasami lotu i punktami zrzutu minibomb.

Podkreśla się przy tym, że był to pierwszy przypadek zorganizowania przez terrorystów zmasowanego ataku samolotów bezzałogowych wysłanych na odległość ponad 50 km z wykorzystaniem nowoczesnych odbiorników systemu nawigacji satelitarnej GPS. Co więcej, Rosjanie już stwierdzili, że bezzałogowce użyte do ataku na ich bazy mają zasięg jeszcze większy, szacując go na około 100 km.

Zaskoczenie jest duże, ponieważ wcześniej terroryści wykorzystywali bezzałogowe aparaty latające głównie do rozpoznania – i to bliskiego zasięgu. Odnotowano natomiast tylko kilka pojedynczych przypadków zastosowania dronów uderzeniowych. Dodatkowo, były to przede wszystkim bezzałogowce składane amatorsko z części dostępnych w wolnej sprzedaży. Sytuacja zmieniła się w połowie 2016 r., gdy do Syrii zaczęto sprowadzać profesjonalne kwadrokoptery z zagranicy.

Rosjanie alarmują, że zarejestrowali pojawienie się dronów nowych rodzajów i wersji u bojowników w Syrii „dosłownie kilka dni po tym, jak zostały one wprowadzone do wolnej sprzedaży w różnych krajach”. Terroryści muszą więc mieć bardzo skuteczną i sprawną sieć dostawców.

Wszystkie bezzałogowce, które zaatakowały rosyjskie bazy, były małymi, prostymi samolotami sterowanymi drogą radiową. Co ciekawe, nigdy wcześniej nie były one widziane w Syrii. Każdy z dronów miał podwieszone na rozciągających się wzdłuż skrzydeł poprzeczkach niewielkie ładunki wybuchowe, wyglądem przypominające minibomby lub pociski moździerzowe. Już stwierdzono, że zapalniki tych bomb nie były wykonane w Syrii, a zostały dostarczone z zagranicy. Podobne pochodzenie miały również satelitarne systemy naprowadzania zdolne do nakierowania zrzutu improwizowanych ładunków wybuchowych na wcześniej zaprogramowane miejsce.

Pomimo, że zastosowane przez terrorystów bezzałogowce i minibomby miały toporny wygląd i konstrukcję to według Rosjan ich wykonanie „wymagało znacznego czasu i specjalnej wiedzy, w tym w zakresie aerodynamiki i elektroniki radiowej. Dodatkowo produkcja takich dronów jest możliwa tylko wtedy, gdy istnieją schematy montażowe i niezbędne komponenty, uprzednio sprawdzone podczas licznych testów”.

Rosjanie przyznają, że silniki, akumulatory oraz mechaniczne układy sterowania lotem płatowca można było bez problemu kupić na wolnym rynku, a elementy mechaniczne płatowca były gorszej jakości niż stosują zachodni modelarze (np. zwykła sklejka pokryta folią i aluminiowe kątowniki). „Jednak ich złożenie i wykorzystanie w jednym systemie to skomplikowane zadanie inżynieryjne, które wymaga specjalnego przeszkolenia, wiedzy w różnych obszarach wymagających dużych umiejętności i praktycznego doświadczenia w tworzeniu takich urządzeń”.

Generał Nowikow jako przykład wskazał wykorzystywane w bezzałogowcach silniki spalinowe stosowane m.in. w kosiarkach i motorowerach. „Nie można ich jednak zainstalować na dronach bez odpowiedniej modyfikacji”.

Dodatkowo, by naloty było rzeczywiście efektywne, konieczne było wprowadzenie bardzo precyzyjnych współrzędnych celów oraz uwzględnienie dodatkowych parametrów takich jak: wysokość i prędkość lotu, kierunek i prędkość wiatru itp. W czasie badań okazało się, że na pokładzie dronów zastosowano bardzo nowoczesne mierniki ciśnienia oraz serwomotory kontrolujące wysokość. Wykorzystane podzespoły pochodziły więc z kraju o wysokim poziomie technologii w tej dziedzinie i nie mogły zostać kupione po prostu „z półki”.

Minibomby, a właściwie zrzucane improwizowane ładunki wybuchowe, miały masę 400 gramów. Pojedynczy bezzałogowiec mógł przenosić pod każdym skrzydłem pięć takich ładunków. W ich środku zainstalowano dużą liczbę metalowych kulek o promieniu rażenia około pięćdziesięciu metrów.

Jako materiał wybuchowy zastosowano pentryt, który przewyższa siłą heksogen. Nie może być on jednak wytwarzany w warunkach rzemieślniczych ani wydobywany z innej amunicji. Rosjanie poinformowali, że prowadzone są specjalne badania w celu ustalenia kraju produkcji, zaznaczając przy tym, że eksporterem takiego materiału wybuchowego są m.in. szostkinskie zakłady „Impuls” na Ukrainie.

Autonomiczne, ale i zdalnie sterowane

Praktycznie wszystkie bezzałogowe samoloty, które zaatakowały Rosjan, nie były sterowane drogą radiową, ale działały w pełni autonomicznie, lecąc po zdanej trasie ze wskazanym miejsce zrzutu improwizowanych bomb. Eliminując kanał radiowy potrzebny do sterowania terroryści próbowali się zabezpieczyć przed rosyjskimi systemami walki radioelektronicznej, które mogłyby ten kanał zakłócić.

Terroryści nie zdawali sobie prawdopodobnie sprawy, że Rosjanie z powodzeniem stosują również systemy zakłócające odbiorniki nawigacji satelitarnej (przede wszystkim GPS). Zaniepokojenie specjalistów rosyjskich wzbudziła jednak dokładność wprowadzonych do tych odbiorników współrzędnych celów. Według ich oceny tak precyzyjne parametry wykryte w oprogramowaniu układu kontroli dronów, daleko wykraczają poza „publicznie dostępne dane, które można uzyskać na przykład w Internecie”.

Większość dronów leciała „na ślepo”, nie mając na pokładzie kamer telewizyjnych przekazujących operatorom obraz. Pozwoliło to z jednej strony ograniczyć cenę, z drugiej zwiększyć zabierany ładunek bojowy.

Badania wykazały, że tylko jeden z bezzałogowców miał zainstalowaną wideokamerę i był prawdopodobnie przeznaczony do monitorowania ataku, a jeśli to byłoby konieczne - do korygowania nalotu. W ocenie Rosjan „konieczne było wykonanie szczegółowych obliczeń inżynierskich i nawigacyjnych w celu zapewnienia skuteczności grupowego zastosowania dronów”.

Skąd terroryści uzyskali technologie precyzyjnego naprowadzania? Problem nie tylko Rosjan.

Obecnie rosyjscy specjaliści i służby specjalne próbują określić miejsce, skąd dostarczono najważniejsze podzespoły dronów oraz improwizowanych ładunków wybuchowych, a także kanały ich przerzutu - licząc przy tym na pomoc innych państw. Systemy wykorzystane przez terrorystów w Syrii mogą być bowiem później bez problemu wykorzystane w dowolnym miejscu na świecie do atakowania „wrażliwych” obiektów, takich jak np. zbiorniki gazu, amunicji, elektrownie atomowe czy lotniska (cywilne i wojskowe).

Dodatkowo, by uzyskać wymagane parametry lotu, trzeba było wcześniej przeprowadzić niezbędne obliczenia i próby w locie. Konieczne jest również szkolenie i opracowanie zasad bojowego wykorzystania dronów. Miejsce gdzie takie działania były realizowane powinno być teraz jak najszybciej odszukane i zniszczone – i to zadanie nie powinno być jedynie problemem rosyjskich służb wywiadowczych. Ta aktywność „badawczo-naukowa” terrorystów została ewidentnie przegapiona.

Wnioski wypracowane przez Rosjan powinny być więc teraz wzięte pod uwagę przez służby bezpieczeństwa innych państw, przygotowując je na odparcie ewentualnego ataku terrorystycznego. Sprawa będzie jednak o tyle trudna, że rosyjskie systemy obronne działają w Syrii w ciągłym dyżurze, co nie zawsze jest możliwe na obiektach cywilnych w czasie pokoju, a na pewno jest bardzo kosztowne. Dodatkowo Rosjanie użyli systemów ogniowych (zestawów rakietowo-artyleryjskich), co nie jest możliwe w większości miejsc chronionych ze względu na zamieszkałą obok ludność.

Ograniczona jest również możliwość zakłócania systemu GPS wykorzystywanego na dronach (np. w rejonie lotnisk), ponieważ może to również zakłócić działanie urządzeń na załogowych statkach powietrznych - doprowadzając nawet do katastrofy.

Czytaj też: Moździerzowy atak na bazę Chmejmim. Sylwestrowa lekcja pokory dla Rosjan [ANALIZA]

Odparcie nalotu dronów udowodniło, że Rosjanie bardzo poważnie podchodzą do zagrożenia pamiętając o terrorystycznym ataku artyleryjskim na bazę lotniczą Hmejmim z 31 grudnia 2017 r. Ostrzał miała wtedy przeprowadzić mobilna, dywersyjna grupa terrorystów. Był to tragiczny dla Rosjan okres, ponieważ w tym samym dniu utracili oni w pobliżu osady az-Zara (w prowincji Hama) śmigłowiec bojowy M-24. W katastrofie zginęli obaj piloci, ale Rosjanom udało się ewakuować lub zniszczyć całe, niejawne wyposażenie pokładowe. Według rosyjskiego resortu obrony śmigłowiec ten nie został zestrzelony, ale miał awarię techniczną podczas konwojowania kolumny wojsk w drodze na lotnisko Chama.

Obecne działania Rosjan są bardzo uważnie śledzone przez siły koalicji zachodniej – a szczególnie Amerykanów. Ich bazy mogą być bowiem również celem dla dronów wysyłanych przez terrorystów. Dodatkowo prawdopodobnie posiadają one mniej wyrafinowane systemy obrony niż Rosjanie (szczególnie jeżeli chodzi o zestawy walki radioelektronicznej). I terroryści na pewno zdają sobie z tego sprawę.

Maksymilian Dura

KomentarzeLiczba komentarzy: 4
Reklama
Anuluj
Reklama
Reklama
Reklama
Tweets Defence24
 
Reklama
Reklama