Trump: Nowe rozdanie na Bliskim Wschodzie [ANALIZA]

OPUBLIKOWANO: Niedziela, 05 Lutego 2017, 13:21

Pierwsze działania nowego prezydenta USA Donalda Trumpa pozwalają na narysowanie w miarę czytelnego obrazu nowego układu sił na Bliskim Wschodzie. Nie jest zaskoczeniem, że kluczowym partnerem USA będzie Izrael, podczas gdy Iran zostanie uznany za głównego antagonistę oraz państwowe źródło zagrożeń. USA będą chciały również opierać się na starych sojusznikach arabskich: Egipcie, Jordanii oraz Arabii Saudyjskiej jako przeciwwadze dla wpływów rosyjskich i sprzymierzeńcach w walce z Bractwem Muzułmańskim oraz Państwem Islamskim - w analizie dla Defence24.pl pisze Witold Repetowicz.

Izrael vs. Palestyna

Nie ulega najmniejszej wątpliwości, że problemy w relacjach izraelsko-amerykańskich należą do przeszłości. Dla Benjamina Natenjahu kończy się w ten sposób koszmar (przynajmniej z jego perspektywy) pogłębiającej się izolacji Izraela na scenie międzynarodowej, której kulminacją była rezolucja Rady Bezpieczeństwa, przyjęta w ostatnich dniach urzędowania Baracka Obamy, a potępiająca osiedla żydowskie we wschodniej Jerozolimie oraz na Zachodnim Brzegu. USA wstrzymały się od głosu i nie użyły weta, mimo że domagał się tego prezydent-elekt Donald Trump. Na dodatek, na pięć dni przed objęciem urzędu przez Trumpa, ustępujący Sekretarz Stanu John Kerry wziął udział w konferencji paryskiej nt. konfliktu izraelsko-palestyńskiego, oprotestowanej przez Izrael. Spośród 72 państw uczestniczących w tej konferencji, przede wszystkim europejskich i arabskich, a także Rosji, tylko Wielka Brytania odmówiła podpisania deklaracji końcowej wzywającej do rozwiązania konfliktu palestyńsko-izraelskiego w oparciu o „dwa państwa”, granice z 1967 r. oraz powrót uchodźców palestyńskich. Natenjahu nie krył, że z niecierpliwością czeka na objęcie prezydentury przez Trumpa, który obiecał m.in. przeniesienie ambasady USA z Tel Awiwu do Jerozolimy. Trump również ostro krytykuje pogorszenie relacji izraelsko-amerykańskich za czasów Obamy, o co obwinia wyłącznie swego poprzednika i niedostateczne, jego zdaniem, wsparcie udzielane przez USA Izraelowi przez ostatnie osiem lat. Natenjahu był też jednym z pierwszych zagranicznych przywódców, z którym Trump rozmawiał po zaprzysiężeniu.

Fot. Pete Souza/Official White House Photo

Nie jest do końca jasne jak daleko USA pójdą w swym wsparciu dla rządu Natenjahu. W ekipie Trumpa część jego doradców dąży do tego, by w zasadzie było ono nieograniczone. Należy do nich m.in. nowy ambasador USA w Izraelu David Friedman, od lat wspierający finansowo żydowskie osiedla na Zachodnim Brzegu. Z drugiej jednak strony zarówno nowy sekretarz stanu jak i obrony Rex Tillerson oraz James Mattis uważani są za znacznie bardziej pragmatycznych. Póki co, w jednym z swoich pierwszych dekretów Trump zarządził wycofanie finansowania przez USA wszelkich agend ONZ przyznających Palestynie pełne członkostwo. Nie ma też wątpliwości, że USA nie zaakceptują żadnego rozwiązania konfliktu izraelsko-palestyńskiego, które byłoby oprotestowane przez rząd Izraela, co oznacza, że zarówno ostatnia rezolucja Rady Bezpieczeństwa, jak i deklaracja po konferencji paryskiej, straciły jakiekolwiek znaczenie. Z drugiej strony Tillerson w trakcie przesłuchania w Senacie deklarował, że USA dalej wspierają rozwiązanie oparte na „dwóch państwach”, a z ostatnich deklaracji rzecznika Białego Domu Seana Spicera wynika, że USA nie zamierzają się śpieszyć z przeniesieniem ambasady USA do Jerozolimy. Spowodowane jest to zapewne deklaracjami takich krajów jak Egipt czy Jordania, że skomplikuje to ogólną sytuację na Bliskim Wschodzie. USA zależy na nowym układzie sił, dlatego nie na rękę im od razu taki konflikt z krajami, które miałyby być w ich orbicie wpływów. Natomiast USA raczej nie będą się przejmować demonstracjami poparcia dla Palestyny ani w Europie ani też na Bliskim Wschodzie, a zatem nie należy się spodziewać krytyki żydowskiego osadnictwa. Tillerson dał też do zrozumienia, że za główny problem w rozmowach pokojowych uznaje aktywność terrorystyczną Palestyńczyków i niedostateczne, jego zdaniem, przeciwdziałanie temu ze strony władz palestyńskich.

Pozycja Izraela na Bliskim Wschodzie

Ścisła współpraca izraelsko-amerykańska będzie jednak miała wpływ nie tylko na kwestię palestyńską, ale również na inne problemy regionu. Dynamika wydarzeń ostatnich lat była niekorzystna dla Izraela w wymiarze dyplomatycznym. Natenjahu objął urząd premiera (po raz drugi) zaledwie dwa miesiące po zaprzysiężeniu Obamy na 44. prezydenta USA, w czasie gdy rządzący w Turcji od 2003 r. Recep Tayyip Erdogan zdołał skonsolidować swą władzę na tyle, że nie musiał się już obawiać przewrotu wojskowego ze strony kemalistów. Turcja, dotąd najważniejszy sojusznik Izraela w regionie, nagle zmieniła się w jego kluczowego krytyka. Jeszcze w 2006 r., podczas wojny Izraela z Hezbollahem, stanowisko Turcji było w miarę stonowane, jednak w czasie operacji „Płynny Ołów” przeciwko Hamasowi w Gazie, prowadzonej w latach 2008-2009, Erdogan zwyzywał od morderców ówczesnego izraelskiego prezydenta Szymona Peresa. W tym samym czasie Erdogan dokonał zwrotu w swej polityce zagranicznej zacieśniając relacje z Rosją, Syrią i Iranem. W maju 2010 r. polityczne stosunki izraelsko-tureckie uległy całkowitemu załamaniu po starciach na statku MV Mavi Marmara uczestniczącym w tzw. flotylli Gazy, w których zginęło 10 Turków. Nie towarzyszyło temu jednak załamanie stosunków ekonomicznych a obroty handlowe między Turcją a Izraelem w latach 2010 – 2015 wzrosły dwukrotnie do wartości 5,6 mld dolarów. Z drugiej strony od tego czasu zaczęła narastać w Izraelu sympatia dla Kurdów i to nie tylko tych związanych z Barzanim, z którymi de facto Izrael zawsze miał dobre relacje.

Wydarzenia tzw. „arabskiej wiosny” w 2011 r. dodatkowo skomplikowały sytuację Izraela, gdyż wzmocniły pozycję Bractwa Muzułmańskiego, które doszło do władzy m. in. w Egipcie w 2012 r. Tymczasem to właśnie z tej organizacji wywodzi się Hamas, rządzący w Gazie. Turcja od samego początku wspierała Bractwo Muzułmańskie i jego starania przejmowania władzy w kolejnych krajach arabskich, a we wrześniu 2012 r. Erdogan przyjął w Ankarze lidera Hamasu Khaleda Meshala, na stałe rezydującego w Katarze. Wprawdzie wywodzący się z Bractwa Muzułmańskiego prezydent Egiptu Muhammad Mursi nie dokonał zwrotu w relacjach egipsko-izraelskich, a relacje Egiptu z Hamasem nawet uległy wtedy pogorszeniu, jednak wynikało to przede wszystkim z poczucia niepewności stabilności własnej pozycji przez Mursiego. Sfinansowane przez Saudów obalenie Mursiego w połowie 2013 r. pokazało, że obawy te nie były nieuzasadnione, choć cios nadszedł z innego kierunku. Głównym sojusznikiem Mursiego był jednak Katar. Poza tym Egipt zaczął wówczas zbliżać się do Iranu, czemu nie przeszkadzał fakt narastającego konfliktu szyicko-sunnickiego w regionie i rozwijająca się wojna domowa w Syrii.

Zrozumienie tej układanki nie ma wyłącznie znaczenia historycznego. Doradca ds. bezpieczeństwa narodowego i były szef wywiadu wojskowego DIA gen. Michael Flynn w lipcu 2016 r. napisał (razem z czołowym, neokonserwatywnym krytykiem Iranu Michaelem Ledeenem) książkę pt. The Field of Fight: How We Can Win the Global War Against Radical Islam and its Allies, w której twierdził, że brak jest konfliktu między ekstremistami sunnickimi i szyitami. W szczególności dowodził, iż istnieją ścisłe związki między Iranem a Al Kaidą, równocześnie krytykując wspieranie przez USA salafitów i Bractwo Muzułmańskie, które w Syrii zwalczają wszak głównego, regionalnego sojusznika Iranu czyli Assada. Michael Flynn jest też zwolennikiem wpisania Bractwa Muzułmańskiego na listę organizacji terrorystycznych. I nie jest w tym odosobniony, gdyż równie krytyczny wobec tej organizacji jest Rex Tillerson. W czasie przesłuchania w Senacie postawił ją na równi z Al Kaidą oraz Iranem, jako „przedstawicielami radykalnego islamu”, z którymi należy walczyć po zniszczeniu Państwa Islamskiego. Nawet jeśli Bractwo Muzułmańskie nie zostanie uznane za organizację terrorystyczną, choć rozwiązanie to ma też swoich prominentnych zwolenników w Senacie np. Teda Cruza, to nie ma wątpliwości, iż razem z Iranem stanowić będzie negatywny punkt odniesienia bliskowschodniej polityki USA, tak jak Izrael będzie stanowić pozytywny punkt odniesienia.

Kwestia irańska

Wybuch wojny domowej w Syrii nieco poprawił geopolityczną sytuację Izraela, gdyż siły, stanowiące wobec niego potencjalne lub realne zagrożenie, podzieliły się na dwa mniej lub bardziej wrogie sobie obozy. W dodatku w 2015 r., po zmianie władcy Arabii Saudyjskiej, monarchia ta postanowiła zaostrzyć swój konflikt proxy z Iranem, czego rezultatem był wybuch krwawej i trwającej do dziś wojny domowej w Jemenie. Narastanie sektarianizmu (konfliktu na linii szyicko-sunnickiej) w miarę rozwoju wojny w Syrii, a następnie powstanie tzw. Państwa Islamskiego oraz jego aktywności w Iraku, nie doprowadziło jednak do zerwania stosunków między Hamasem i Hezbollahem. Hamas co prawda opowiedział się przeciwko Assadowi, co było spójne z postawą jego aktualnych sponsorów, czyli Kataru i Turcji, jednak pod wpływem Hezbollahu szybko unormował swe relacje z Iranem. Assad nie stracił natomiast poparcia wielu innych środowisk palestyńskich. Po stronie Assada walczy m.in. palestyńska Liwa al Quds i to, że jej bojownicy są sunnitami nie przeszkadza im wspierać sił rządowych ramię w ramię z szyickim Hezbollahem przeciwko sunnickim rebeliantom.

Iran pozostał więc głównym sprzymierzeńcem Palestyny, mimo sektariańskich różnic. Tymczasem rozwój irańskiego programu nuklearnego i antyizraelskie wypowiedzi Mahmouda Ahmedineżada, który był prezydentem Iranu w latach 2005-2013, spowodowały że Izrael zaczął postrzegać ten kraj jako główne zagrożenie, uznając iż celem Iranu jest zdobycie broni nuklearnej i fizyczna anihilacja Izraela. W latach 2006 – 2010 zarówno Rada Bezpieczeństwa jak i USA nałożyły szereg sankcji na Iran. Izrael dążył do siłowego rozstrzygnięcia tej kwestii poprzez zbombardowanie irańskich instalacji nuklearnych i na tym tle różnice między rządem Natenjahu i administracją Obamy, dążącą do osiągnięcia porozumienia z Iranem, osiągnęły apogeum. Warto jednak pamiętać, że również arabskie monarchie z Półwyspu Arabskiego, a w szczególności Arabia Saudyjska, po cichu pragnęły siłowego rozwiązania. Konfrontacja zbrojna między Izraelem i Iranem byłaby im na rękę, zwłaszcza, że Saudowie i ich sunniccy sojusznicy, bali się absolutnej dominacji regionalnej Iranu, gdyby stał się potęgą nuklearną. Obama, w celu osiągnięcia porozumienia nuklearnego, dostosowywał też do tego inne elementy swej polityki regionalnej, podejmując ograniczoną współpracę z Iranem w Afganistanie i Iraku. To było też jedną z przyczyn dla których USA postanowiły utrzymać sojusznika Iranu Nuriego al-Maliki na pozycji premiera Iraku w 2010 r. mimo że przegrał on wybory. Po zmianie prezydenta Iranu na Hassana Rouhani w 2013 r. negocjacje nuklearne przyśpieszyły, a relacje między Kerry'm a jego irańskim odpowiednikiem Zarifem uległy intensyfikacji, co zdecydowanie nie podobało się Izraelowi. Tym bardziej nie spodobało mu się porozumienie podpisane w 2015 r., które zdaniem Izraela było błędem i kapitulacją i nie uniemożliwiało Iranowi dalszych prac nad bronią nuklearną. Podobne zdanie miała republikańska większość w Kongresie a także ma ją Trump i jego ekipa. Zatem choć nie należy się spodziewać gwałtownego wycofania się przez Trumpa z porozumienia znanego jako JCPOA, to można oczekiwać znacznie ostrzejszego podejścia do kwestii kontroli jego wykonania. To zapewne umocni konserwatystów w Iranie i ostatecznie może doprowadzić do wznowienia sankcji, zwłaszcza, że spotka się to z pełnym poparciem Republikanów w Senacie. Jednak od tego ruchu do konfrontacji militarnej pozostanie wciąż bardzo daleko.

Sunnickie państwa arabskie

Stosunek USA do Izraela z jednej strony i do Iranu oraz Bractwa Muzułmańskiego z drugiej strony będzie też determinował relacje USA z innymi państwami regionu. W tym kontekście nie dziwi informacja o rozmowie telefonicznej Trumpa z królem Arabii Saudyjskiej Salmanem oraz komunikat, że strony uzgodniły, iż będą współpracować ze sobą w sprawie utworzenia w Syrii oraz Jemenie „stref bezpieczeństwa” oraz uzgodniły wspólna politykę wobec Iranu. Tajemnicą poliszynela są dobre relacje izraelsko-saudyjskie mimo oficjalnej wrogości. Izrael oraz Saudów, a obecnie również USA, łączy Iran, a ściślej obawa przed nim. Saudowie, choć oficjalnie poparli JCPOA, są jednak przeciwnikami tego porozumienia i nie przypadkiem saudyjska interwencja zbrojna w Jemenie przeciwko wspieranym przez Iran Houthim zaczęła się między osiągnięciem wstępnego i ostatecznego porozumienia nuklearnego. Ponadto Arabia Saudyjska również postrzega jako zagrożenie Bractwo Muzułmańskie. Z drugiej strony w 2016 r. w USA narastała krytyka roli Arabii Saudyjskiej we wspieraniu sunnickiego ekstremizmu, zbrodni popełnianych w czasie wojny w Jemenie, a także jej roli w zamachach 11 września.

Kulminacyjnym momentem było przyjęcie przez Kongres tzw. Justice Against Sponsors of Terrorism Act, który może posłużyć rodzinom ofiar zamachów z 2001 r. do pozwania Arabii Saudyjskiej. Trump poparł JASTA (przeciwko którego przyjęciu był Obama) i wyśmiał groźby Saudów wycofania 750 mld dolarów, jakie ten kraj posiada w USA, przypominając w dość bezpośredni sposób o tym, że bezpieczeństwo tej monarchii zależy od USA. Saudowie świetnie się o tym przekonali od prawie dwóch lat prowadząc wojnę z Houthimi w Jemenie, w której nie osiągają żadnych sukcesów. W tym czasie zostali niemal zupełnie wyeliminowani z gry w Syrii, a także pogorszyły się ich relacje z Egiptem. Egipt po obaleniu Mursiego i dojściu do władzy Sisiego otrzymał od Saudów ogromną pomoc finansową, za co odwdzięczył się udziałem w interwencji w Jemenie. Saudowie nie zdołali jednak nakłonić Egiptu do pełnego zaangażowania po ich stronie przeciw Iranowi. Spowodowane to było m.in. problemami Egiptu z Państwem Islamskim i chęcią stabilizacji w sąsiadujących krajach: Libii oraz Syrii. Wobec braku amerykańskiego przywództwa oraz ochłodzenia przez administracje Obamy stosunków z Egiptem po obaleniu Bractwa Muzułmańskiego, Sisi zaczął szukać innego gwaranta i znalazł go w Rosji. To miało swoje konsekwencje w postaci powolnego wygaszania po stronie Egiptu (jak i Jordanii) opozycji wobec Assada, zwłaszcza, że wejście Turcji w układ z Rosją i Iranem, w zasadzie przesądzało o klęsce rebeliantów i dzihadystów w Syrii. Kulminacyjnym momentem było wsparcie przez Egipt w Radzie Bezpieczeństwa rosyjskiego projektu rezolucji dot. Aleppo w październiku 2016 r.  Obecnie jednak sytuacja uległa całkowitej zmianie, gdyż Sisi był pierwszym arabskim przywódcą, z którym Trump rozmawiał po zaprzysiężeniu, a uznanie przez USA Bractwa Muzułmańskiego za jedno z kluczowych zagrożeń (obok Państwa Islamskiego, którego zniszczenie jest priorytetem administracji Trumpa, a które jest też problemem Egiptu) powoduje, że powrót Egiptu do „obozu amerykańskiego” staje się naturalną konsekwencją. W takim układzie problemy w relacjach saudyjsko-egipskich też tracą znaczenie.

Saudowie będą musieli jednak zapłacić za nowe otwarcie w relacjach z USA ograniczając swoje wsparcie dla dżihadystów oraz finansując utworzenie „stref bezpieczeństwa”. Natomiast kolejnym krajem, którego naturalne miejsce jest w „obozie USA” jest oczywiście Jordania, nie mająca większych problemów z Izraelem, natomiast mająca je z rodzimym Bractwem Muzułmańskim. Wiele wskazuje na to, że to właśnie na południu przy granicy z Jordanią powstaną owe strefy. Oznaczać to może wzmocnienie rebelianckiej (ale niedżihadystycznej) koalicji Frontu Południowego oraz operujących na pustyni w południowo-wschodniej Syrii Sił Męczennika Ahmad al-Abdo. Egipt popiera natomiast Ahmeda Dżerbę, którego siły znajdują się nieopodal Dajr az-Zaur i który we wrześniu ub. r. zawarł w Egipcie porozumienie z innym, kluczowym sojusznikiem USA w Syrii – Syryjskimi Siłami Demokratycznymi (SDF). To bardzo urealnia stworzenie pustynnego korytarza łączącego Kurdystan z Jordanią i Izraelem. Uzupełniając ten obraz należy się spodziewać przesunięcia wsparcia amerykańskiego w Libii ze zdominowanego przez islamistów rządu w Trypolisie (wspieranego przez Katar i Turcję) na rząd w Tobruku i gen. Khalifa Haftara, wspieranego przez Egipt i Zjednoczone Emiraty Arabskie. Oznaczałoby to zresztą kolejną porażkę Rosji, która starała się włączyć Libię wraz z Egiptem do swojej odbudowywanej strefy wpływów. Nowa polityka USA jest również korzystna dla Zjednoczonych Emiratów Arabskich, uznających Bractwo Muzułmańskie wraz z wszystkimi jego agendami, za organizacje terrorystyczne. Katar natomiast, którego medialna machina znana jako Al Jazeera, przoduje w nakręcaniu nastrojów wrogich wobec Trumpa, ryzykuje izolacją, jeśli nie dostosuje swej polityki do nowych realiów.

Państwo Islamskie, Turcja i Kurdowie

Przywódcą, który mimo swych wysiłków i oczekiwań nie zmieścił się na liście pierwszych rozmówców Trumpa jest natomiast Erdogan. Turecki prezydent źle odczytał sygnały wysyłane przez m.in. Flynna i Tillersona dotyczące ponownego zbliżenia USA z Turcją i zaczął od dyktowania warunków m.in. żądając od USA zerwania współpracy z syryjskimi Kurdami. Tymczasem Trump nie ma takiego zamiaru. Jednym z jego priorytetów na Bliskim Wschodzie ma być zniszczenie Państwa Islamskiego, a to SDF najskuteczniej z nim walczy w Syrii. Stąd decyzja o utrzymaniu Bretta McGurka na pozycji specjalnego wysłannika ds. walki z Państwem Islamskim oraz zwiększenie wsparcia militarnego dla SDF. USA wciąż zostawiają otwarte drzwi dla Turcji, ale to ona musi spełnić określone warunki: zaprzestać sabotowania walki z Państwem Islamskim poprzez próby rozbicia sojuszu USA i SDF oraz zmienić swoją politykę w stosunku do Izraela, Hamasu i Bractwa Muzułmańskiego, a przede wszystkim zerwać sojusz z Rosją i Iranem.

Warto przypomnieć, że jakkolwiek w zeszłym roku doszło teoretycznie do normalizacji stosunków izraelsko-tureckich, to Erdogan w tym samym czasie przyjął w Ankarze lidera Hamasu. Nie doszło natomiast wciąż do wzajemnych wizyt na szczeblu ministerialnym między Izraelem a Turcją. Dla Izraela nie jest również korzystne wejście Turcji w układ z Rosją i Iranem, którego konsekwencją ma być pacyfikacja rebeliantów i utrzymanie władzy przez Assada.  W takiej sytuacji Kurdowie tym bardziej stanowią - z perspektywy Izraela - przeciwwagę dla takiego układu. A dla dopełnienia obrazu, lider syryjskich Kurdów Salih Muslim zadeklarował kilka dni temu, że SDF gotowe jest do współpracy z Arabią Saudyjską. Warto też pamiętać, że szejk plemienia Szammar Hamidi al-Daham al-Hadi, którego saudyjscy kuzyni z tego samego plemienia są spokrewnieni z domem Saudów, jest współprezydentem kantonu Dżazire, utworzonego prze syryjskich Kurdów.

Podsumowanie

W bliskowschodnim teamie Trumpa kapitanem będzie Izrael, a głównymi zawodnikami: Egipt, Jordania, Arabia Saudyjska oraz Emiraty, a także Kurdowie zarówno w Syrii jak i Iraku. Przeciwnikami zaś Państwo Islamskie, Bractwo Muzułmańskie i Iran. Rosja jest głównym rywalem i współpraca z nią przeciwko Państwu Islamskiemu nie oznacza, że USA będą tolerowały siedzenie przez Turcję okrakiem na barykadzie. To samo dotyczy zresztą Kataru, ale w innym kontekście. USA nie zamierzają też pozwolić by Assad, pod rosyjsko-irańskim patronatem, odzyskał kontrolę nad całą Syrią. Ale nie będą też go chciały obalać. Natomiast Irak nadal może liczyć na wsparcie USA, o czym Trump zdążył już zapewnić Abadiego.

Witold Repetowicz

Dziękujemy! Twój komentarz został pomyślnie dodany i oczekuje na moderację.

Dodaj komentarz

32 komentarze

Kosmit Wtorek, 07 Lutego 2017, 15:27
Pan Repetowicz jak zwykle umie wyjaśnić złożone kwestie w sposób jasny i zrozumiały.
Zukakip Wtorek, 07 Lutego 2017, 15:17
trochę się sytuacja lekko skomplikowała. Problemem jest koncepcja nienaruszalności graniz z 1989 roku. Państwo Irak bez Saddama Husajna to fikcja. Żeby nieco uprościć, należałoby wreszcie podzielić Syrię, na część zachodnią kontrolowaną przez Allawitów i Chrześcijan, Wzgórza Gollan jako bufor. Terytoria kurdyjskie w Syrii i Iraku można by wreszcie połączyć w 1 państwo. Zostałby tylko problem Sunnitów nad środkowym Eufratem (sunnitów z Syrii najlepiej deportować do Arabii Saudyjskiej), Jazydami i Turkmenami. Powinno dojść do nowego i już niezmiennego podziału ziem między Palestynę a Izrael (Izrael wycofałby się ostatecznie z kontroli nad Zachodnim Brzegiem) uwzględniającego obecne osadnictwo Żydów (zaprzestano by budowy nowych osiedli Żydów na terytoriach Palestyny). Jerozolima stała by się wolnym miastem religijnym kontrolowanym stale przez siły ONZ. Zachodni Brzeg wszedłby w skład Jordanii, a Strefa Gazy do Egiptu. Konflikt z Iranem to błąd, a Arabia Saudyjska nie ma nic do zaoferowania, tylko ropę. Iran bardzo dobrze szachuje konfliktowy pd.Afganistan i dziki Pakistan (to z tych rejonów najprymitywniejsi uchodźcy w Europie)...
Are Wtorek, 07 Lutego 2017, 23:27
"Żeby nieco uprościć, należałoby wreszcie podzielić Syrię, na część zachodnią kontrolowaną..."
Kto miałby to zrobić? Bóg? Sekretarz ONZ? Angela Merkel? A może Putin na spółkę z prezydentem Iranu? Ołówkiem na mapie rysować a potem wszystkim głosić, że To moja robota jest łatwo. Czasy świętego przymierza, gdzie czterech władców się zebrało i podzieliło Europę między siebie, czy Jałty, mam nadzieję że się skończyły.
Szwejjakobyły Wtorek, 07 Lutego 2017, 12:09
Czyli będzie po prostu realizowany od dawna plan podziału Syrii i dalsze niepokoje na Bliskim Wschodzie... jak zresztą można było się dowiedzieć X-lat temu z różnych "teorii spiskowych", a raczej - przecieków. Współczuję Syryjczykom, niezależnie od pochodzenia etnicznego i wyznania. Kurdom także należy sie w końcu państwo - ale to wszystko można zrobić bez użycia bomb i napychania kompleksu zbrojeniowego - przed czym przestrzegał odchodzący prezydent Truman, jak i później Kennedy, zanim został zlikwidowany.
Leon Idas Wtorek, 07 Lutego 2017, 10:06
Poprawnie napisane wypracowanie o tzw. nowym rozdaniu na Bliskim Wschodzie, które to rozdanie jest - jak widać powyżej - do bólu stare. Czy warto jednak trudzić się nad jakimś rzeczywiście nowym rozdaniem? Chyba nie - szansa trafienia niewielka. Poza tym - po co. Takie "nowe rozdania" płynące z różnych kierunków i na różnych szczeblach są de facto zapobieganiem nowemu rozdaniu, czyli kierowaniem zdarzeń w stare koryto status quo. Czy i tym razem będzie, jak było? Pożyjemy - zobaczymy.
bvr Wtorek, 07 Lutego 2017, 9:26
sunnicka i wahabicka Arabia Saudyjska jako sojusznik w walce z ISIS? to chyba jakaś alternatywna rzeczywistość
Kosmit Wtorek, 07 Lutego 2017, 15:16
Podobnie, jak palestyńska, sunnicka Liwa walcząca ramie w ramię z szyickim Hezbollahem i alawitą Asadem przeciw sunnitom z byłej Nusry. Bliski Wschód to jest rzeczywistość alternatywna wobec naszej zachodniej logiki i powinniśmy o tym pamiętać, komentując tamtejszą rzeczywistość.
easyrider Poniedziałek, 06 Lutego 2017, 20:44
Świetne podsumowanie ale brakuje jednego - wpływ Zachodu i możliwości jego oddziaływania na Bliskim Wschodzie wyczerpują się z miesiąca na miesiąc. To tylko kwestia czasu kiedy miękka polityka Unii doprowadzi do utraty władzy we własnych krajach na rzecz mniejszości, które wkrótce mniejszościami być przestaną. W USA potrwa to trochę dłużej bo pontonem ciężej płynie się przez Atlantyk niż przez Morze Śródziemne. Pomimo determinacji Trumpa, by powstrzymać napływ "uchodźców", "postępowi" zrobią wszystko by mu to uniemożliwić. Dzisiaj jeszcze sobie możemy podyskutować, kto z kim, dlaczego i w zamian za co ale ten czas dobiega końca.
Ernest Treywasz Poniedziałek, 06 Lutego 2017, 13:39
Pycha kroczy przed upadkiem. Amerykanie (za Pattonem) nadal uwazaja ze moga rzadzic swiatem i (za Lutrem), ze sa do tego predystynowani. Te ukladanki runa kiedy ich "sojusznicy" albo sami dojda do wniosku, ze USA nic poza chaosem nie sa w stanie im zapewnic, i poszukaja sobie innego protektora, tak jak ostatnio Turcja, albo obala ich muzulmanscy integrysci, jak Pahlavich w Persji, co wyjdzie na to samo.
Ameryka udaje ze gwarantuje bezpieczenstwo sojusznikom, tymczasem to wlaanie utrzymanie sojuszy gwarantuje Ameryce utrzymanie swojej pozycji, bo wlasnych sil maja juz za malo. Grozi im drugi Wietnam, chyba ze pojda na druga Jalte z Rosja, ale Putin wie o tym rowniez, i licytuje w tym pokerze ostro.
Dzwon bije nam.
Kosmit Wtorek, 07 Lutego 2017, 15:25
Jak na razie, to bliskowschodni sojusznicy zobaczyli jaki chaos wywołuje wycofanie się USA z czynnej polityki w regionie. Więc moim skromnym zdaniem nie będą mieć nic przeciw ponownemu zaangażowaniu Waszyngtonu, a nawet wręcz przeciwnie. Przez ostatnie lata tacy gracze, jak Izrael czy KAS, oraz paru innych, przekonali się, jak trudno się gra w "Bliskowschodniego Pokera", jeśli Wujka Sama akurat nie ma przy stole. Turcja poszukała sobie innego protektora z innego powodu - uważa się za niezależnego gracza i ma własną politykę, a granie w amerykańskim teamie oznaczało granie według reguł nie ustalanych w Ankarze pod Ankarę. Ich motywacje były mocarstwowe, a nie stabilizacyjne - właściwie to stabilizacja to ostatnie na czym Ankarze zależy, patrząc na ich ostatnie działania wobec Grecji, oraz wcześniejsze w Syrii. Stabilizacja dla Turcji oznacza powstanie kurdyjskiego de facto państwa wzdłuż ich granicy, a tego Erdogan nie ścierpi.
r44 Poniedziałek, 06 Lutego 2017, 10:35
jak zwykle dobry tekst
Eques76 Poniedziałek, 06 Lutego 2017, 0:57
Dziękuję Panu Witoldowi za ciekawy artykuł. Jednak jak czyta się go z podtekstem historycznym nasuwa mi się pytanie czy kocioł bałkański został zastąpiony kotłem bliskowschodnim ale z taką różnicą, że mocodawców jest więcej, są silniejsi i stawka gry niebezpiecznie wzrosła
Are Poniedziałek, 06 Lutego 2017, 9:27
w przypadku Bałkanów i tzw. Bliskiego Wschodu cechą wspólną jest to, że przeciwnicy mieli zbyt wyrównany potencjał by konflikt rozstrzygnąć szybko, przez co się ciągnie i ciągnie. Innych podobieństw nie widzę. Ani w przyczynie, ani w sytuacji międzynarodowej. Teoretycznie może być tak, że Syria i Irak rozpadną się na mniejsze, w miarę niezależne od siebie kraje. Ale Kurdowie są zbyt słabi i zbyt duże są różnice pomiędzy nimi by przy mało sprzyjającej koniunkturze międzynarodowej (vide Turcja) wybić się na niepodległość, a sunnitom syryjskim chodziło o zrzucenie jarzma Asadów, a nie na budowie niezależnego bytu państwowego (jak np. Słoweńcom czy Chorwatom). Zresztą rejon Idlibu bez Aleppo będzie zbyt słaby by zdobyć niezależność. Teoretycznie, przy wsparciu tureckim, taki scenariusz miałby rację bytu, ale czy tak się stanie? Wątpię.
Eques76 Poniedziałek, 06 Lutego 2017, 23:56
Bardziej myślałem o beczce prochu jakim był kocioł bałkański, gdzie ścierały się interesy mocarstw. Teraz jeden albo seria ruchów może być zarzewiem większego bulgotania bliskowschodniego kotła.
Are Wtorek, 07 Lutego 2017, 23:19
Interesy mocarstw w latach 90-tych na terenie byłej Jugosławii? To, że ten konflikt się rozwinął i że tak długo trwał, to skutek tego, że żaden kraj czy instytucja międzynarodowa nie miała tam interesu w takiej skali by się jakoś poważnie angażować. To, że pod egidą ONZ w końcu jakoś zainterweniowano (sankcje, międzynarodowe siły zbrojne - zresztą w mocno niewystarczającej skali), to skutek nacisku opinii publicznej, a nie jakiś interesów.
Zukakip Wtorek, 07 Lutego 2017, 15:23
dla handlarzy bronią to jest kontynuacja...inny teatr działań, ale konflikt który trwa i się nie kończy...plus poligon, gdzie znów ścierać się mogą, jak dawniej, siły USA i Rosji
LD Poniedziałek, 06 Lutego 2017, 0:00
Szanse na zakończenie wojny w Syrii wydają się być duże, w Jemenie niewielkie. Dziękuj za wspaniałe podsumowanie układanki bliskowschodniej z ostatnich 10 lat. Pana analizy są więcej warte niż analizy wszystkich rodzimych ośrodków rządowych.
Pytanie co z Hezbollahem?
Are Niedziela, 05 Lutego 2017, 23:46
Trump, jako prezydent USA, będzie się starać mieć dobre relacje z tymi krajami, w których, jako Trump biznesmen, na terytorium których prowadził interesy. Wide Trump Towers. Czyli m.in. Arabia Saudyjska, Egipt, Turcja. Już publicyści w stanach zdążyli zauważyć, że tzw. dekret Trupma nie obejmuje ani Egiptu, ani Arabii, mimo iż to stamtąd wywodzi się większość tzw. zamachowców, a z takiej Syrii czy Iraku żaden.
Jestem ciekaw jak będzie z Turcją, gdzie ma całkiem sporą nieruchomość. Jak stany będą prowadzić politykę nie pomyśli Erdoana, to od razu pojawi się kwestia biznesów Trumpa w Turcji i groźba zamknięcia, czy przejęcia wieży Trumpa.
Cześć Poniedziałek, 06 Lutego 2017, 8:16
Hotele nie naleza w calosci do niego. Udziela franczyzny na logo. Cos jak Magda Gessler w kilku restauracjach ktore wszyscy mysla ze sa jej. Praktycznie we wszystkich hotelach na swiecie tej marki Trump dostaje 30% zysku.
Are Poniedziałek, 06 Lutego 2017, 9:29
Co w niczym nie zmienia faktu, że trudno mu będzie przedłożyć "interes państwowy" nad ten osobisty.
qqqq Niedziela, 05 Lutego 2017, 23:14
Czyli w skrócie nie ma szans na przerwanie walk w Syrii.
Piotr34 Niedziela, 05 Lutego 2017, 20:01
Izrael-przyjaciel,Iran-wrog?Czyli ta sama glupia polityka co zawsze.
ero Wtorek, 07 Lutego 2017, 1:59
To Izrael jest sojusznikiem Zachodu a tym i Polski, a nie żadni fanatycy.
@Polak_I_Maly Poniedziałek, 06 Lutego 2017, 17:47
To nie Izrael nazywa USA i Zachód "szatanem" i nie mówi, że trzeba nas zniszczyć
Oskar Niedziela, 05 Lutego 2017, 19:01
Przestałem czytać po pierwszych zdaniach, usa postawią na współpracę z danymi sojusznikami czyli między innymi Arabia saudyjska jako przewaga dla Rosji i sprzymierzeńcu do walki z bractwem muzułmańskim i is. Jak dla mnie świetna sprawą a do walki z chinami proponuję zaprosić szanghaj wraz z pekinem
Kosmit Wtorek, 07 Lutego 2017, 15:34
Bogate chińskie prowincje nadmorskie historycznie wykazywały tendencje odśrodkowe wobec centrali i biednego interioru, więc twój pomysł z Szanghajem nie jest tak głupi, jak myślisz, że jest. A przeciw uważaniu tego za mrzonki najlepiej świadczy wręcz paranoiczny strach Pekinu przed jakimkolwiek naruszaniem "integralności terytorialnej", co z kolei rzutuje na relacje z Tajwanem, przepraszam, ze "zbuntowaną prowincją Taipei". Oraz tytaniczne inwestycje w tymże interiorze, mające w założeniu niwelować różnice ekonomiczne ;)
j-23 Niedziela, 05 Lutego 2017, 18:38
W interesie Polski jest utrzymywanie dobrych relacji z Iranem, krajami zatoki Perskiej jak i oczywiście Izraelem.
Jednocześnie musimy mieć bardzo dobre stosunki z USA i nie dać się wciągnąć ( nawet werbalnie) w jakąś
anty Chińską awanturę. Pilnie potrzeba bardzo zręcznego dyplomaty a najlepiej całą ich armię, nie będzie łatwo.
jarol Poniedziałek, 06 Lutego 2017, 22:12
brawo , też tak myślę, czy tylko taka grupa osób w polskim rządzie się znajdzie....wątpliwe .
Mess Niedziela, 05 Lutego 2017, 18:14
Czyli wszystko zostaje po staremu.
Lali Wtorek, 07 Lutego 2017, 19:45
"Po staremu" w jakim sensie? Ośmioletnia polityka Obamy na BW została podsumowana krytycznie słowy "nasi wrogowie już się nas nie boją, a nasi sojusznicy już nam nie ufają". Najwyraźniej Trump chce to zmienić.
wer Poniedziałek, 06 Lutego 2017, 10:24
Oczywiście. Zmieniaja sie nazwiska prezydentów ale tylko naiwni mysla że to oznacza cos wiecej niż dla polityki USA niż zmiana wystroju Gabinetu Owalnego.
Dan Niedziela, 05 Lutego 2017, 18:14
Jak zwykle bardzo rzeczowe i ciekawe opracowanie na temat Bliskiego Wschodu spod ręki Pana Witolda. Oby takich więcej.